Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

wtorek, 20 października 2009

Co w kinie piszczy...

Dziś kolejna porcja krótkich recenzji filmów, widzianych przeze mnie w ostatnim czasie. Ponownie są to trzy tytuły, mimo że efekt ten nie jest zamierzony, może stanie się regułą w następnych postach z "serii". Zaczynamy...

"First Squad" to anime będące efektem kooperacji japońsko-rosyjskiej. Tematem jest Druga Wojna Światowa, a dokładnie konflikt pomiędzy nazistowskimi Niemcami a Związkiem Radzieckim. Historia koncentruje się na specjalnej jednostce spirytystycznej Armii Czerwonej (od duchów, nie wódki). Główna bohaterka Nadia jest jedyna ocalałą z tytułowego first squadu a znalazła się tam dzięki zdolność widzenia przyszłości. Musi stawić czoła bliźniaczej formacji po stronie Wehrmachtu, która zamierza wskrzesić ducha rycerza poległego w 1244 roku. Ów baron Von Wolff może być wezwany z zaświatów po 700 latach czyli, co za zbieg okoliczności, w 1944. Wtedy też Niemcy nie pogardzą dowodzoną przez niego armią zombi. Miło, że do wskrzeszenia wojownika wystarczy jego miecz i kilka zaklęć. Rosjanie nie obijają się tym czasem i wysyłają Nadię do zaświatów aby odnalazła swoich dawnych kompanów (potrafią tylko strzelać z pepeszy więc nie wiem co robili w jednostce paranormalnej). Najbardziej raził chyba fakt, że te bzdury były przerywane wstawkami z wypowiedziami weteranów i historyków. Mariaż dramatycznych wspomnień i propagandowego bełkotu z naciąganą historyjką o duchach to jak śledź do lodów w ćwikle. Myślę, że wynika to z podziału ról jaki przypadł stronom projektu. Japończycy stworzyli prosta bajeczkę o wojnie a Rosjanie podeszli do tematu poważnie. Twierdzenia jakoby bohaterska Rosja stawiała czoła inwazji nazistowskiej wywoływało śmiech na sali, szczególnie, że nic nie powiedziano o jej roli w wywołaniu wojny. Strona wizualna jest na niezłym poziomie głównie dzięki scenom walk na froncie. Szkoda, że do animacji czołgów czy samolotów użyto komputera co trochę nie pasowało do historycznego klimatu wojny. Wiem, że teraz to standard, ale klasyczny rysunek lepiej by odpowiadał tematyce filmu.
Lubie animę, a to trwało ledwie 70 minut, mimo to i tak się wynudziłem.

Nie byłem wielkim fanem Tarantino, kiedy wybrałem się do kina na "Bękarty Wojny". Historia o żydowskim oddziale eliminującym nazistów nie brzmi może zbyt porywająco ale w rzeczywistości jest niesamowicie wciągająca. Świetnie skonstruowana fabuła, pełna smaczków a momentami niezwykle zabawna przekonała mnie do Quentina i jego wizji kina. Nie będę nawet próbował streszczać wydarzeń bo tylko popsułbym radość z oglądania, musicie zobaczyć to sami! Z resztą historia nie jest tu tak istotna. To co stanowi o wielkości tego filmu to dialogi, klimat, muzyka i gra aktorska. Tarantino obsadził w rolach Amerykanów, Anglików, Niemców czy Francuzów wykonawców o tych samych narodowościach. O ile Brad Pitt w świetnej roli porucznika Aldo Raine'a jest postawieniem na gwiazdę, która przyciągnie ludzi do kina, o tyle reszta obsady to praktycznie nieznani aktorzy. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Pitta i pewnie gdyby nie on, nie poszedłbym na film w ogóle. Chodzi mi raczej o to, że Tarantino mistrzowsko przeprowadził casting do pozostałych ról (może z wyjątkiem niemieckiego bohatera wojennego). Ci którzy widzieli film już zapewne wiedzą do czego zmierzam... i nie mylą się. Christoph Waltz genialnie wykreował pułkownika Hansa Landę i jest to bodaj najlepsza rola jaką widziałem od kilku lat! Nie gorzej wypada Melanie Laurent jako francuska żydówka czy chłopaki ze składu Bękartów, ale to Waltz jest gwiazdą "Inglorius Basterds". Przyćmiewa Pitta i dominuje w filmie. Każda scena z jego udziałem oczarowuje, czasem jest zabawny i uprzejmy, kiedy indziej poważny ale zawsze bije z niego groza i terror oficera SS. Mam nadzieję, że widzom nie dane będzie długo oczekiwać na jego kolejne kreacje, niech no mu tylko nie dadzą Oscara! Nie żałuję ani minuty na seansie i niecierpliwie czekam na DVD, a znam takich co nie wytrzymali i poszli na film drugi raz.

Ostatnim obrazem dziś omawianym będzie "Dystrykt 9". Film science-fiction opowiadający o Ziemi w niedalekiej przyszłości. Na naszej planecie pojawia się ogromny statek Obcych a jako miejsce postoju wybiera sobie Johannesburg. Władze wysyłają oddział żołnierzy mający sprawdzić wnętrze maszyny. Kiedy w środku odnajdują tysiące zaniedbanych potworków postanawiają przetransportować je do obozu zaimprowizowanego poniżej, gdzie dostaną pomoc i żywność. Całością przedsięwzięcia zawiaduje Multi National United czyli ministerstwo do spraw obcych. Mija 20 lat a alieny nadal koczują w tym samym miejscu, które do tego czasu przekształciło się w slumsy. Liczebność "krewetek" (jak nazywają ich ludzie) ciągle wzrasta i zaczyna przeszkadzać mieszkańcom miasta. Rząd postanawia wyeksmitować przybyszów z obcej planety i przenieść do oddalonego o 200 km nowego ośrodka. Głównym bohaterem filmu jest urzędnik MNU Wikus Van De Merwe, który dzięki protekcji teścia, ma przeprowadzić tę prestiżową i ważną operację. Jak się zwykle dzieje w takich sytuacjach, łatwy początek szybko przekształca się w trudną sytuację. Wikus spryskuje sobie twarz tajemnicza substancją i pojawiają się u niego symptomy nieznanej choroby. Nie powiem nic więcej, bo rozwiniecie wątku jest ciekawe. Scenariusz filmu opiera się na oryginalnym ukazaniu obcych. W 90% Oni napadają na Ziemię i musimy jej bronić, w 9% my natrafiamy na Ich bazę w kosmosie i... musimy się bronić, tutaj Obcy to uchodźcy, których życie w pełni zależy od ludzi. Szkoda, że opowieści starcza mniej więcej na połowę filmu, kiedy to większość tajemnic się wyjaśnia i duża część czaru ulatuje. Mnie rozczarowała również "skala" wydarzeń w jakich bohater bierze udział. Zwiastuny zapowiadały raczej coś na wzór "Dnia Niepodległości", spektakularnej walki, super efektów i mocnego uderzenia na koniec. Jest niestety na odwrót a finał ma rozmiar mikro. Po prostu - dobry film nie sprostał dużym oczekiwaniom. Efekty są świetnie zrealizowane i nie przytłaczają obrazu, o co coraz ciężej w dobie komputerowej grafiki. Niemniej ma się niedosyt i brakuje kilku wybuchów więcej. Fani science-fiction powinni być zadowoleni choć nie jest to tytuł przełomowy w gatunku.

piątek, 9 października 2009

"Opowieści grozy" i "Torpedo" od Taurus Media

Tytuł: "Opowieści grozy" / "Tales of terror"
Scenariusz: Carlos Trillo
Rysunek: Eduardo Risso
Wydanie: Taurus Media 2008

Tytuł: "Torpedo"
Scenariusz: Enrique Sanchez Abuli
Rysunek: Jordi Bernet
Wydanie: Taurus Media 2009

Dziś komentarze do dwóch komiksów wydanych przez Taurus Media, które zakupiłem w ostatnim miesiącu. Na pierwszy ogień idą "Opowieści grozy". Do zakupu zachęciło mnie nazwisko Risso (100 Naboi) i ... okazyjna cena. Tytuł został zamknięty w 160 stronach i miękkiej okładce.


Scenariusz:

Na tom składa się 11 krótkich opowiadań grozy. Każde z nich stara się w trochę inny sposób przestraszyć czytelnika celną puentą lub ironią losu bohaterów. W niektórych rozdziałach się to udaje, w innych mniej. Streszczenie nie ma sensu ze względu na krótka formę historyjek, kilka zdań opisałoby całą fabułę. Generalnie im dalej tym lepiej. Wygląda to tak jakby Trillo rozgrzewał się i dopiero ostanie kilka opowiadań jest w pełni udanych. Przyznam, że większość bohaterów szybko mi umykała i nie potrafiłbym teraz doliczyć się jedenastu motywów. W jednej z historyjek poznajemy detektywa, który dostaje zlecenie zabicia tajemniczej kobiety i łamie zakaz rozmawiania z nią co nie kończy się dla niego dobrze. Ciekawy pomysł zaprezentowano w opowiadaniu, gdzie wampir przychodzi na bal maskowy w stroju... mumii. Oryginalnym rozwiązaniem zakończyły się także problemy małżeńskie pewnej ekscentrycznej pary. Numerem jeden jest, moim zdaniem, ostania nowelka o Frankensteinie, który przybywa do wielkiego miasta w poszukiwaniu swojego miejsca. Puenta jest zaskakująca i zarazem daje najwięcej do myślenia spośród pozostałych historii. Widać, że scenarzysta czerpał całymi garściami z dorobku horroru i zapożyczył wiele postaci z jego kanonu a kilka opowiadań ma gangsterski, brutalny klimat.
Charakterystyczne jest przekazanie narracji poszczególnym bohaterom, dzięki czemu mimo krótkiej fabuły, można się o nich dowiedzieć całkiem sporo. Na bieżąco komentują swoje przemyślenia i wydarzenia w otaczającym świecie. Podsumowując, komiks zawiera kilka ciekawych pomysłów, ale ma się wrażenie niedopracowania i całość mogła by być bardziej dopieszczona gdyż groza potrafi się szybko ulotnić.

Rysunek:
Eduard Risso zyskał uznanie za wykonanie grafiki do serii "100 Naboi". W "Opowieściach grozy" utrzymuje swój styl szkicu i rysowania postaci. Tym razem nie używa jednak kolorów co pozwala zachować mroczny klimat opowiadań. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że czytam kontynuację "Sin City" Franka Millera. Sposób "barwienia" przy użyciu jedynie bieli i czerni bardzo przypomina millerowskie miasto grzechu. Nie wiem czy był to celowy zabieg czy tylko przypadek. Pomijając to podobieństwo, rysunek pasuje idealnie do całości i zasługuje na uznanie.

Drugim omawianym komiksem będzie "Torpedo". Tom numer 1 to trzy pierwsze części oryginału a każda z nich zawiera kilka krótkich opowiadań. Twarda okładka robi lepsze wrażenie niż soft cover z "Opowieści grozy" ale to techniczne detale. Poza tym "Torpedo" również jest tytułem czarno-białym.


Scenariusz:

Fabuła to historia gangstera Luci Torpedo, rozgrywająca się w 1936 roku w Nowym Jorku. Podobnie jak poprzedni komiks tak i ten jest zbiorem krótkich opowiastek, tym razem ze świata mafii. Do tej pory nie dopatrzyłem się wspólnego wątku ale myślę, że w kolejnych tomach kilka postaci może ponownie pojawić się na scenie i zagmatwać losy gangstera. Wśród odcinków dziejących się aktualnie, wpleciono kilka poświęconych przeszłości i młodości Luci. Dzięki tym retrospekcjom poznajemy początki jego przestępczej drogi, pierwsze zabójstwo i pierwszy napad na bank - taki rodzaj pamiętniczka. Sam Torpedo to drań bez skrupułów. Autor w żaden sposób go nie usprawiedliwia za to co robi, nikt go nie zaczepia ani nie zmusza do działania. Torpedo sam przyjmuje zlecenia i wykonuje je z zimną krwią. Używa podstępów, potrafi strzelić w plecy, pozbywa się współpracowników i z lubością wykorzystuje kobiety. Czasami takie zachowanie uchodzi mu na sucho, czasem dostaje za swoje. W świecie mafii nie ma sprawiedliwości i wszystko zależy tylko od Luci. Jego spryt pozwala mu przeżyć w niebezpiecznym środowisku, niestety nie zawsze uchroni go przed skutkami niecnych zachowań. Jedynym zaufanym jest pomocnik Rascal , który wspiera szefa w wykonywanych misjach. Postać Torpedo zdecydowanie ma mocny i wyrazisty charakter twardziela. Uroku dodają mu odzywki, które są przekręconą wersją znanych powiedzeń. Z kopcącym papieroskiem przypomina złego brata Humphreya Bogarta z "Casablanci". Jedynym wyznacznikiem jego działania jest kwota, jaką zgarnie za zlecenie i nic innego nie ma znaczenia.

Rysunek:
Strona wizualna prezentuje się na bardzo przyzwoitym poziomie. Pierwsze dwa odcinki zostały narysowane przez Alexa Totha. Twórca był dość mocno związany z amerykańskim mainstreamem superbohaterów co widać w kanciastych sylwetkach i uproszczonym rysunku tła. Nie zachwyciły mnie jego prace a kiedy doszedłem do trzeciego zeszytu i zobaczyłem możliwości Jordi Berneta od razu wiedziałem, że zmiana rysownika wyszła serii na plus. Bernet trochę karykaturuje postaci mężczyzn przerysowując podbródki, uszy czy nos ale kobiety rysuje w stylu pin up z dużą dawką seksapilu. Pełne usta, duże oczy i pokaźny biust są genialnie wkomponowane w smukłe sylwetki pań, które pojawiają się w komiksie. Całość jest realistyczna, autor zachowuje proporcje budynków, samochodów czy broni oraz raczy szczegółami otoczenia. Styl prac Berneta i jego sposób kadrowania akcji przypadł mi do gustu zapewniając mu miejsce na liście Moi ulubieni rysownicy. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że Torpedo to gangsterska wersja Lucky Lucka, szczególnie z pogiętym papierosem w ustach i przekrzywionym kapeluszu. Najlepiej przejrzeć kilka stron z komiksu i przekonać się samemu. Dla mnie rewelacja.


Podsumowując, oba komisy są zbiorem krótkich nowelek. Łączy je również czarno-biały rysunek i ciężki klimat historyjek z mocną puentą. "Opowieści grozy" to tytuł na jedno czytanie, raczej nie będę do niego wracał w najbliższym czasie. Pozycja z potencjałem dobrych pomysłów i mrocznym przesłaniem, niestety trochę niedorobiona. "Torpedo" to początek cyklu o mafijnym zabójcy, który wprowadza w klimat noir. Najprawdopodobniej na jednym tomie nie skończę i Luca zagości jeszcze w mojej kolekcji z kolejnymi częściami.