Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

środa, 30 grudnia 2009

Star Wars Komiks Wydanie Specjalne #2

Tytuł: "Biggs Darklighter: Bohater Rebelii"
Scenariusz: Paul Chadwick
Rysunek: Doug Wheatley

Dziś drugi numer wydania specjalnego Star Wars Komiks. Po niezbyt udanej "Bitwie o Jabiim" miałem obawy co do poziomu całej serii, jednak tym razem Egmont stanął na wysokości zadania i wybrał naprawdę ciekawą historię ze świata Gwiezdnych Wojen.


"Biggs Darklighter" opowiada o wydarzeniach mających miejsce równolegle do akcji epizodu IV - "Nowej Nadziei". Tytuł skupia się na wątku bohatera, którego w filmie widzieliśmy ledwie kilka minut. Teraz doczekał się historii ze sobą w roli głównej. Biggs jest przyjacielem Luke'a Skywalkera i razem z nim spędza wolny czas na piaszczystym Tatooine. Ich ulubioną rozrywką jest oblatywanie ścigaczy i majsterkowanie przy maszynach. Obydwaj marzą o wyrwaniu się z rodzinnej planety i zobaczeniu odległych zakątków galaktyki. Marazm pustynnego krajobrazu jest nie do zniesienia dla młodych chłopaków pełnych sił i fantazji. Darklighter postanawia zaciągnąć się do służby w Imperium, widząc w tym jedyną drogę do wydostania się z Tatooine. Luke zostaje aby pomóc wujostwu w prowadzeniu farmy wodnej i jak wiemy jego przygoda również wkrótce się rozpocznie. Wracając do Darklightera, zaczynamy poznawać wydarzenia, których w filmie nie było dane nam zobaczyć. Opowieść podąża za Biggsem i opowiada o jego szkoleniu na pilota oraz pierwszych dniach służby w imperialnych siłach. Dla fanów żołnierzy w białym plastiku to cenne uzupełnienie ukazujące struktury organizacji Imperium. Podczas kolejnych misji bohater zdaje sobie sprawę, że armia Imperatora to nie sposób na darmowe podróże po galaktyce. Organizacja ta jest siłą zagrażającą pokojowi i stabilizacji w całym wszechświecie. Decyduje się zdezerterować i przyłączyć do Rebelii aby walczyć o sprawiedliwość. Aby pomóc sojuszowi a zarazem osłabić siły Imperatora postanawia uprowadzić gwiezdny niszczyciel na którym służy. Szybko okazuje się, że kilku innych oficerów także przejrzało na oczy i chce jakoś zaszkodzić Imperium. Podczas tajnych spotkań grupa ustala plan ucieczki i sposób na porwanie statku. Akcja nie przebiega jednak zgodnie z założeniami i buntownicy muszą salwować się ucieczką. Aby nie zdradzać za dużo, mogę jeszcze dodać, że Biggs przyłącza się ostatecznie do Rebelii i, czego nie dowiemy się z filmu, jego działania będą miały nie mały wpływ na finał - Bitwę o Yavin 4, podczas której zniszczona zostanie pierwsza Gwiazda Śmierci. Historia pogłębia wydarzenia z filmu i daje im dodatkowe tło - walka Rebelii nie trwała tylko na froncie głównych bohaterów. Wielu żołnierzy poświęciło życie aby doprowadzić do upadku Imperatora a ich przygody również zasługują na opowiedzenie. Jedynym słabym punktem jest ciut zbyt patetyczne zakończenie ale nie jest to jakoś szczególnie denerwujące.


Grafiki Wheatleya bardzo mi się spodobał. Mamy do czynienia z kreską realistyczną i szczegółową. W przygodach Biggsa rysunek jest wolny od wady, które wytknąłem "Bitwie o Jabiim". Autor zdecydowanie potrafi zróżnicować postaci, zarówno za pomocą sylwetek jak i charakterystycznych dla danej osoby szczegółów twarzy. Wygląd pojazdów jest oddany z pietyzmem, wręcz hiperrealistyczny. Dzięki licznym detalom jak śrubki, wgniecenia i zadrapania od razu widać, że jednostka ma za sobą niejedną przygodę i nie jest jedynie makietą dla działań bohaterów. Styl rysunku jest trochę szkicowy gdyż wyraźnie widać linie zarysowane ołówkiem przed położeniem tuszu. Kolory są troszkę przytłumione i płynnie przechodzą w cienie. Całość doprawia tło pełne drobnych szczegółów, od dziesiątek statków kosmicznych w panoramach kosmosu po zawiłe instalacje rur i kabli w pomieszczeniach pokładowych. Dokonania artystyczne Douga Wheatleya są jednymi z lepszych jakie widziałem w komiksach poświęconych Gwiezdnym Wojnom. Śmiem twierdzić, że rysunki są nawet lepsze niż w serii "Legacy".

Suma summarum mamy do czynienia z solidnym komiksem, który zasługuję na uwagę nie tylko fanów. Aby w pełni cieszyć się historią Biggsa należałoby przed czytaniem obejrzeć Epizod IV ale nie jest to konieczne do zrozumienia treści a raczej do wyłapania smaczków i nawiązań. Przygody Darklightera ukazują znane wydarzenia w nowym świetle. Główna postać okazuje się jednym z największych bohaterów Rebelii, który w raz z innymi poświęcił życie w walce z Imperium. Warto poświęcić godzinę i poznać historię człowieka, który dla słusznej idei zrobił nie mniej niż jego przyjaciel Luke Skywalker.

Scalped #1 – Indian country



Od równo 3 lat Jason Aaron zabiera nas na współczesny dziki zachód, na ziemie rządzone przez pozostałości rdzennych amerykanów. W swoim komiksie, publikowanym przez Vertigo, przedstawia fikcyjny rezerwat „Prairie Rose” zamieszkiwany przez indiańskie plemię Oglala Lakota.W tej podróży towarzyszy mu serbski rysownik R. M. Guera, dzięki któremu mamy okazję z bliska przyjrzeć się życiu w tym swoistym getcie dla czerwonoskórych.

Pierwszy tom „Indian Country” wprowadza nas w świat rządzony twardą ręką przez wodza Lincolna Red Crow. Kilkanaście lat wcześniej był aktywistą na rzecz obrony Indian, obecnie jest głównym orędownikiem i szefem otwieranego kasyna na terenie rezerwatu. Kieruje dobrze prosperującą organizacją, która ma przynosić zyski nie patrząc na dobro innych współplemieńców. Stał się najgorszym przykładem kapitalisty, z którym za młodu walczył nie zważając na środki. Aby osiągnąć swoje cele nie zawaha się w żadnym momencie.



Na to biedne i wystraszone terytorium, gdzie większość Indian straciło już swą dumę i honor przybywa, po 15 latach tułaczki, Dashiell Bad Horse. Od razu daje się we znaki tutejszej ‘ważniakom’ i trafia przed obliczę wodza. Ten postanawia wykorzystać umiejętności i twardość młodzieńca, angażując go w szeregi ‘policji plemiennej’, która na terenie rezerwatu ma strzec porządku, który definiuje Czerwony Kruk. I od tej pory jesteśmy świadkami działań Dasha, który nie przebiera w środkach by pozbywać się domorosłych terrorystów lub handlarzy narkotyków. Jednakże takie początki są również niejako próbą sprawdzenia jego wierności wobec wodza, który do końca nie wierzy w przypadkowy powrót młodzieńca.

W tomie numer jeden poznajemy również prawa, które panują w „Prairie Rose”, ale również historie z 1975 roku, kiedy matka Dashiella Gina Bad Horse razem z Lincolnem i kilkoma przyjaciółmi zamordowali dwóch agentów FBI, jednakże do więzienia trafiła najmniej odpowiedzialna osoba. Okazuje się także, że wspomniana relacja rodzinna nie chce być kontynuowana przez syna, który unika matki jak tylko może. Historia ma jedną wyraźnie zapisaną oś, wokół której odbywają się mniejsze konflikty. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele wspomnę jedynie, że występują tutaj również agenci federalni, nieprzekupni gliniarze i stara miłość.

„Scalped” jest rasową serią kryminalną, w której latają kule, krew leję się gęsto a zza pleców tego wszystkiego, z cygarem w ustach, krzywo uśmiecha się Red Crow. Przy okazji scenarzysta przemyca wiele spostrzeżeń na temat życia współczesnych Indian. Ogromne bezrobocie, biedę, alkoholizm i ogarniającą rozpacz. Czy przysyła im Bad Horse’a na ratunek, tego trzeba się samemu doczytać. W tej opowieści bardzo ważne jest podłoże wszystkich poczynań bohaterów, więc częstym zabiegiem autora jest retrospekcja. Zdaje mi się też, że niekiedy jej nadużywa, kiedy za jej pomocą przedstawia zdarzenia sprzed kilku dniu lub godzin, co powoduje, że nie ma większych niespodzianek.



Rysunki Guery są bardzo dynamiczne i pasujące do częstych męskich starć na pięści i rewolwery. Wszystkie postaci są charakterystyczne i bez trudno można ich rozpoznać. Jedynym mankamentem są, jak dla mnie, zbyt ciemne i jednolite kolory, przez które w wielu miejscach niezbyt wiele widać.

Ogólnie jest to fajna pozycja kryminalna, której jednak jeszcze trochę brakuje do „100 naboi”. Nie ma w niej tej magnetycznej siły, która by przyciągnęła i zmusiła do przeczytania kolejnej części. Niby wszystkie składowe są na miejscu jednak nie jest ona tak bardzo nieprzewidywalna jak komiks Azarello i Risso. W każdym razie, jeżeli chcesz kawał dobrej i mocnej rozrywki, a przeczytałeś już ‘Unknown Soldier’, to można śmiało sięgnąć po Scapled.

wtorek, 29 grudnia 2009

Y - the last man #4 - Safeword

Po długich ośmiu miesiącach czekania od pierwszego tomu, Manzoku wreszcie przyspieszyło i wypuściło dwa kolejne dając nadzieję na przyspieszenie cyklu wydawniczego. Niestety po kolejnych dziewięciu miesiącach jest jeszcze gorzej. Nie został opublikowany żaden komiks, nie podano żadnych nowych wiadomości, nie uaktualniono strony internetowej a z plotek wynika, że wydawnictwo ma spore problemy i nie wiadomo czy coś się w tej materii zmieni. Niestety ucierpią na tym fani dobrych komiksów, gdyż wiele ciekawych serii może zostać nieukończona, w tym i „Ostatni z mężczyzn”. Ja wykorzystałem tę okazję i postanowiłem zainwestować w oryginalne wydania w wersji DeLuxe. W tym poście połączę opis drugiego tomu tegoż wydania z zawartą w niej historią pierwotnie opublikowaną jako TPB pod tytułem „Safeword”.

Wydanie DeLuxe różni się od regularnego przede wszystkim większym formatem. Wszystkie plansze są powiększone z typowego B5 (170 x 260 mm) do 190 x 285 mm. Dostajemy więc możliwość jeszcze lepszego podziwiania poczynań rysowniczki Pia Guerry, która wykonuje świetną robotę. Następną cechą jest twarda okładka z obwolutą. Co prawda grafika na jej froncie nie powala niczym i jest dość prosto skonstruowana, natomiast super wygląda czarna okładka z ‘wygrawerowaną’ literą Y pod nią. Na końcu książki znajduje się cały scenariusz do jednego z zeszytów (w tomie #1 są wczesne wersje projektów postaci). Owe wydania są również znacznie grubsze, gdyż składają się na nie po dwa zwykłe TPB, dzięki czemu będzie ich jedynie 5. Zważywszy na cenę ($29,99) mała liczba tomów jest plusem. Natomiast jedynym zauważalnym w tej chwili minusem jest długi czas czekania na kolejne części. Tom numer 3 ma być dostępny w sklepach dopiero w maju. Choć pewnie i tak będzie to szybciej niż Manzoku.

Wracając do samej historii. Tytułowe safeword jest tzw. słowem kluczem (bezpieczeństwa) w BDSM, który przerywa ‘uciechy’. W kontekście opowieści jest to potrzebna informacja. Jednakże nie ma paniki, York nie zabawia się z panienkami za pomocą pejczy (może później?), ale dowiadujemy się o pewnych skrywanych tajemnicach głównego bohatera. Poznajemy również kolejnego agenta Culper Ring – 711, który w dość nietypowy sposób zmienia zachowanie ostatniego samca i temperuje jego samobójcze zachowania. Pia Guerra jak zwykle raczy nas miłymi dla oka rysunkami i naprawdę nie ma się nad czym rozpisywać.

Kolejną historią zawartą w tym tomie jest „Widow’s Pass” rysowaną dla odmiany przez Gorana Parlova. Prawie zupełnie nie widać różnicy w zmianie rysownika. Może są trochę bardziej oszczędne w szczegóły i ostrzejsze, ale zupełnie nie wybijają z rytmu, w którym trzyma nas Vaughan. Tym razem, naszych bohaterów zdążających do San Francisco, zatrzymuje blokada na autostradzie założona przez pozostałe członkinie „Son’s of Arizona” – wierzące, że wyginiecie mężczyzn to zorganizowany spisek rządu federalnego. Autor znów ukazuje kolejne idiotyczne zachowanie samotnych kobiet. Nie ważne, że przez ich działania z głodu umiera zachodnia część USA, najważniejsze żeby udowodnić swoją teorie. Poznajemy również młodą dziewczynę zakochaną w motoryzacji, której trzeba będzie zaufać.

Cały czas nie dają o sobie zapomnieć grupy pościgowe – Amazonki wraz z siostrą Yoryka Hero, oraz wywiad Izraela. Dzieję się trochę mniej niż poprzednim razem, ale to chyba cisza przed burzą. Wciąż mam wielką frajdę z czytania tego tytułu i już nie mogę się doczekać na kolejny gruby tom! Oby do maja!

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Baśnie #5 - Cztery pory roku

Piątym tomem fenomenalnej serii „Baśnie” jest „Cztery pory roku”. Po pierwszym starciu, wojsk Adwersarza z mieszkańcami Baśniogrodu, przedstawionym w poprzedniej części, następuje względny spokój. Jest też chwila oddechu dla Marka Buckinghama, którego w dwóch pierwszych opowieściach zastępuje Tony Atkins.

Willingham rozszerza w nich stworzony przez siebie świat. W „Kopciuszku zbereźnicy”, od zupełnie nieznanej strony poznajemy dziewczynkę od złotego pantofelka. Okazuję się ona być nie tylko zwykłym przedsiębiorcą handlującym butami, ale kimś znacznie bardziej niebezpiecznym. Jest to bardzo krótka i prosta historyjka sensacyjna, która chyba zapoczątkuje częstsze występy Kopciuszka. Zważywszy na to, że w USA rozpoczęto wydawanie mini-serii z nią w roli głównej, warto mieć ją na oku.

Kolejną historią są „Opowieści wojenne”, w których poznajemy losy Bigby’ego Wilka w czasie II Wojny Światowej. Wykorzystywał swoje umiejętności tropiciela i zabójcy w walce z Nazistami, którzy próbowali stworzyć broń ostateczną. Dość prosta opowieść wojenna o przyjaźni, oddaniu i Wilku pracującym dla Aliantów.

Rysunki Atkinsa są bardzo ładne, choć zdecydowanie prostsze od tych Buckinghama, jednakże w żaden sposób nie odrzucają od czytania. Wszyscy żołnierze w mundurach jak i ich bronie narysowani są niemalże identycznie, co trochę przeszkadza. Ale… kobiety wyglądają oszałamiająco, a szczególnie Kopciuszek w czerwonej sukience!

Ostatnią historią jest, czterozeszytowa, tytułowa „Cztery pory roku” – każdy z rozdziałów jest prezentowany w innej scenerii zmieniającej się pogody. Jest to bezpośrednia kontynuacja ciągu zdarzeń, które miały miejsce w „Marszu drewnianych żołnierzyków”. Królewna Śnieżka rodzi całkiem spory miot słodkich dzieciaczków, które po ojcu dziedziczą dość magiczne cechy. Wyniki wyborów na burmistrza doprowadzają do małej rewolucji w administracji Baśniogrodu. A oba zdarzenia zmuszają Śnieżkę do przeprowadzki, wraz z dziećmi, na Farmę, do której, jak wiemy, Bigby nie ma prawa wstępu. W międzyczasie odkrywamy trochę tajemnic, jesteśmy świadkami zniknięcia Niebieskiego Chłopca, kilku morderstw oraz poznajemy teścia Królewny! Jest wiele wydarzeń, które mogą sprawić jeszcze nie jedną katastrofę, jednak póki co jest w miarę spokojnie. Cieszy powrót do rysunków Marka Buchkinghama, którego rysunki już zdążyłem polubić i wciąż trzymają wysoki poziom w opisywaniu świata Baśni.

Szkoda, że Egmont tak długo każe czekać na kolejne części. Miejmy nadzieję, że nowy rok w tym względzie będzie lepszy, gdyż szósta część planowo ma ukazać się już w styczniu. Jeżeli wszystko będzie dobrze za roczek dobijemy do 8 lub 9 tomu. W USA w Marcu czeka nas tom 13 – połączenie wydarzeń z pobocznej serii „Jack of Fables”. Ciekawe jest, co Egmont zamierza zrobić właśnie z tym fantem, który oryginalnie dobrnął już do 6 części.

niedziela, 27 grudnia 2009

Baśnie #2 "Folwark Zwierzęcy"

Tytuł: "Baśnie: Folwark Zwierzęcy" / "Fables: Animal Farm"
Scenariusz: Bill Willingham
Rysunki: Mark Buckingham, Steve Leialoha


W pierwszym tomie Baśni "Na wygnaniu" poznaliśmy mieszkańców Baśniogrodu w Nowym Jorku. Dla równowagi zatem, twórcy dają nam okazję odwiedzić drugą część społeczności Baśniowców. Na farmę udajemy się wraz ze Śnieżką, podczas jej inspekcji na placówce. Na pierwszy rzut oka czas toczy się leniwie w sielskiej atmosferze. Spotykamy tu postaci, które ze względu na swoje zwierzęce przymioty nie mogą funkcjonować w normalnym społeczeństwie. Widzimy zatem Kota w butach, Trzy Świnki, czy Trzy Niedźwiadki z bajki o Złotowłosej.
Śnieżka szybko nabiera pierwszych podejrzeń, kiedy okazuje się, że zarządca farmy Wayland Kowal zniknął a żaden mieszkaniec folwarku nie wie co się z nim stało. Początkowo spokojna fasada wiejskiego życia zaczyna pękać i na jaw wychodzi niebezpieczny plan zwierząt dążących do przeprowadzenia rewolty. W przeciwieństwie do Baśniowców z miasta, nie posiadają żadnych swobód i nie wolno im wyjść z wyznaczonego terenu gospodarstwa. Postanawiają więc ujawnić się i walczyć o swoje prawa i równoprawne traktowanie. Najpierw planują zaatakować Nowy Jork i zniszczyć Woodland, po czym wyruszyć na wojnę z Adwersarzem i odzyskać utracone królestwa. Taka misja nie może skończyć się bez rozlewu krwi i śmierci.

Po kryminalnej przygodzie z "Na wygnaniu" dostajemy historię bliższą klimatem thrillerowi. Śnieżka odcięta od Baśniogrodu musi stawić czoła buntowi zwierząt. Z garstką ciągle wiernych sprzymierzeńców stara się powstrzymać rewolucję nieszczędzącą krwawych ofiar. Sytuacja jest diabelnie niebezpieczna a do jej rozwiązania potrzeba odwagi i przebiegłości. Całość robi na prawdę piorunujące wrażenie. Po pierwszym tomie, można było już się przyzwyczaić, że baśniowi bohaterowie nie są wcale tacy nieskazitelni. Teraz autorzy pokazują nam, że również te miłe futrzaki z babcinych opowieści są zdolne do zbrodni i okrucieństwa.

Graficznie komiks nadal prezentuje przyzwoity poziom, choć rysunki Lana Mediny z pierwszego tomu, były moim zdaniem ciut lepsze. Mark Buckingham wydaje się mieć bardziej uproszczony styl co widać po szczegółach tła i wyglądzie postaci. Kolory autorstwa Daniela Vozzo (m.in. Sandman) są dobrze dobrane i odpowiednio dopełniają całość utrzymując klimat spokojnej wsi i narastającego konfliktu.

"Folwark zwierzęcy" jest udaną kontynuacją przygód Baśniowców i i utrzymuje wysoki poziom poprzednika. Czekam na więcej!

sobota, 26 grudnia 2009

Unknown Soldier #1

Od przeszło roku imprint Vertigo prezentuje historię tworzoną przez Joshua'e Dysarta i Alberta Ponticelliego o zamaskowanym lekarzu, który stosuje bardzo niekonwencjonalne metody 'leczenia'. Niedawno seria ta została uznana, przez prestiżowy portal IGN, za najlepszy komiks 2009 roku i pomimo, że nie czytałem zbyt wielu nowości jestem w stanie zgodzić się z taką decyzją. Jednakże zacznijmy od początku, czyli co kryje w sobie tom pierwszy - "Hounted House"

Dr Lwanga Moses i jego śliczna żona - Sera - organizują pomoc humanitarną dla Ugandy. Wiele lat wcześniej jako dzieci zostali zmuszeni do ucieczki do USA. Tam zdobyli wykształcenie, które teraz pragną wykorzystać do ratowania życia w, wciąż ogarniętej wojną domową, ojczyźnie. Pełni nadziei i zapału zszywają rany po nożach, wyciągają kule z ciał małych dzieci. Mimo całej okropności tej sytuacji starają się wytrzymać i uratować jak najwięcej osób. Żonie pomaga w tym przedsięwzięciu wiara w Boga, Lwandze dodatkowo dokuczają koszmary.

Pewnego razu do ich obozu trafia ranny chłopiec, który opowiada o porwaniu jego siostry. To wydarzenie powoduje w Mosesie wybuch i nieoczekiwaną reakcję. Wybiega w celu odnalezienia dziewczynki. Udaje mu się to zrobić w sposób sobie nawet nie znany. Jednakże kosztem jej życia okazało się złamanie reguł, którymi starał się kierować do tej pory. Dołączył do konfliktu, który próbował ugasić. Kierowany wyrzutami sumienia okaleczył sobie twarz i postanowił czekać na pewną śmierć, która nie nadeszła.

Dysert w krótki ale bardzo obrazowy sposób przedstawia nam narodziny 'Nieznanego żołnierza'. Człowieka, który widząc zło postanowił działać według zastanych zasad, ale zarazem mającego świadomość że wyklucza się ze społeczeństwa. W pierwszym tomie Lwanga dopiero poznaje swoje możliwości, które okazją się wykraczać ponad umiejętności lekarskie. Dodatkowo pojawia się tajemnicza postać agenta służb specjalnych, który zapewne jeszcze nie raz powróci.

Kliknij w obrazek aby zobaczyć przykładowe strony

Wraz z bohaterem obserwujemy horror mieszkańców Ugandy, którzy muszą żyć w strachu przed złożonymi z dzieci oddziałów partyzantów a brutalnym, rządowym wojskiem. W takim miejscu nie ma miejsca na litość, a Bóg działa tylko na krótką metę - również pod dyktando osobnika z karabinem w rękach.

To wszystko okraszone jest bardzo dobrymi rysunkami Ponticelliego. W pełni oddają tragedię kontynentu i głównego bohatera. Kadry są czytelne, bardzo dynamiczne i w odpowiednich momentach bardzo realistyczne. Kreska jest szczegółowa choć robiąca wrażenie bardzo niechlujnej i szybko tworzonej. Kolory natomiast są bardzo jasne i słoneczne dające poczucie panującego tam upału. Jednakże zastosowana paleta jest dość mocno ograniczona do odcieni złota, zieleni, szarości i czerwieni krwi. W niewielu miejscach pojawiają się inne barwy. To wzmacnia jeszcze bardziej poczucie grozy historii.

Nie jest to jakiś wybitny komiks, lecz bardzo dobrze napisana seria przygodowa, która dodatkowo porusza ważne kwestie społeczne. Autorzy zdecydowali się przypomnieć o tym co dzieje się w Afryce i zobaczymy co z tym zrobią. Czy pozostaniemy jedynie biernymi obserwatorami odbywających się tam rzezi na ludności cywilnej, czy będą się starali, za pomocą Nieznanego żołnierza, wskazywać jakieś rozwiązania lub chociażby prawdziwe źródła tych problemów. Zdecydowanie polecam ten komiks, tym nawet którzy nie lubują się w strzelaninach i super-zabójcach gdyż jest w tej opowieści znacznie więcej niż się może wydawać na pierwszy rzut oka.

Na stronie Vertigo dostępny do ściągnięcia jest pierwszy zeszyt tej serii.

piątek, 25 grudnia 2009

Baśnie #1 "Na wygnaniu"

Tytuł: "Baśnie: Na wygnaniu" / "Fables: Legends in Exile"
Scenariusz: Bill Willingham
Rysunek: Steve Leialoha, Lan Medina, Craig Hamilton

Seria "Baśnie", wydawana przez Egmont, szturmem zdobyła komiksowy rynek i miejsce na półkach kolekcjonerów. Wielu czytelników z niecierpliwością czeka na kolejne tomy, lub po prostu zaopatruje się w bieżące wydania oryginalne. Od momentu premiery w Polsce ukazało się już pięć tomów, czas więc podsumować co się wydarzyło w komiksie i przyjrzeć się bliżej twórczości panów z Vertigo. Wypada nadmienić, że ekipa pracująca przy tym tytule to bardzo utalentowani ludzie, którzy dzięki "Baśniom" otrzymali wiele nagród i wyróżnień, w tym wielokrotnie Nagrodę Eisnera. W Stanach Zjednoczonych seria przekracza właśnie dziewięćdziesiąty numer. Ukazują się także spin-offy "Jack of Fables" oraz "Cinderella: From Fabletown with love". Zapowiada się zatem długa i ciekawa seria, mająca duże szanse uplasować się wśród najlepszych dzieł komiksowych.


"Na wygnaniu" to swego rodzaju wstęp do świata "Baśni" i przedstawienie głównych bohaterów. Nie jest to jednak opis w stylu: "dawno, dawno temu żyli sobie ... a teraz mieszkają tu i tu". Bill Willingham w sprytny sposób wymieszał prezentację postaci i mitologię nowego dla czytelnika uniwersum z głównym wątkiem komiksu. Dzięki takiemu zabiegowi, śledzimy kryminalną aferę w Baśniogrodzie a zarazem bawimy się, wyłapując kolejne fragmenty jego genezy. Rozdzielmy zatem oba wątki i przyjrzyjmy się im bliżej.

Każdy z nas mniej lub bardziej lubił bajki opowiadane w dzieciństwie przez rodziców czy dziadków. Niektórzy mieli kilka ulubionych, które kazali powtarzać sobie wielokrotnie, inni woleli poznawać kolejne z nowymi bohaterami. Takie postaci jak Czerwony Kapturek, Pinokio, Tomcio Paluch czy Kot w butach są znane chyba wszystkim. Scenarzysta komiksu umieścił je w jednej baśniowej krainie, gdzie żyły długo i szczęśliwie a kolejne pokolenia dzieci mogły poznawać ich historię. Sielanka i równowaga czarodziejskiego świata została zaburzona przez Adwersarza, który przy pomocy potężnej armii trolli, orków i piekielnych potworów rozpoczął podbój magicznych królestw. Ich mieszkańcy musieli salwować się ucieczką a jedynym niestrzeżonym portalem był ten prowadzący do... świata ludzi. Od tej pory uchodźcy ukrywają się między nami a ich siedziba znajduje się w Nowym Yorku. Ci, którzy mają ludzką ludzką postać, mieszkają w centrum miasta, reszta musi się zadowolić miejscem na farmie poza metropolią. Tak z grubsza wygląda sytuacja uciekinierów. Dodać jeszcze można, że Baśniogrodem zawiaduje Król Cole (w Polsce postać mało znana). Na swego zastępce w stolicy - Woodlandzie - mianował Królewnę Śnieżkę a jej odpowiednikiem na farmie uczynił Waylanda Kowala. Szeryfem jest nie kto inny jak Bigby Wilk, odpowiedzialny wcześniej za kłopoty Kapturka i Trzech Świnek. Urządzenie baśniowej społeczności w ten sposób byłoby niemożliwe bez Wielkiej Amnestii, odpuszczającej wszelkie winy za przewinienia jakich dopuszczono się przed emigracją. Wyzerowanie kartotek ma zapobiec rozpadowi kruchej społeczności Baśniowców w wyniku rozliczeń za dawne występki i zbrodnie. Niemniej, animozji i zgrzytów nie da się uniknąć, na szczęście są one raczej źródłem przytyków i uszczypliwości niż powodem do poważnych kłótni.
Postaci z bajek zostały rzucone w zupełnie nowe dla siebie otoczenie. Autor urealnił je i pokazał ich słabostki, zdawałoby się zarezerwowane dla zwykłych ludzi, czyli Docześniaków. Kłócą się, lubią przekląć, wypić i poszaleć na imprezach. Taki opis pasuje raczej do gwiazdek pop niż zacnych wzorców moralnych dla dzieci. Czytając "Baśnie" odnosi się wrażenie, że w bajkach ratują oni świat, kierując się honorem, odwagą i bezinteresownością a po skończeniu opowieści, gdy nikt z nas ich nie widzi, odkładają na bok swój nieskazitelny wizerunek niczym kostium.


Teraz, kiedy wiemy już jak wygląda sytuacja Baśniogrodu, możemy przejść do głównego wątku "Na wygnaniu" a jest nim zaginięcie siostry Królewny Śnieżki - Róży Czerwonej. Jej chłopak Jack, ten od wdrapywania się na łodygę fasoli, powiadamia o zniknięciu dziewczyny Bigbiego, który z miejsca rozpoczyna śledztwo. Mieszkanie Róży jest zdemolowane i wszędzie widoczne są ślady krwi. Wilk musi przeprowadzić żmudny proces zbierania dowodów i poszlak oraz przesłuchiwania potencjalnych sprawców. W dochodzenie wplątuje się również Śnieżka, chcąca na bieżąco mieć wszelkie informacje o postępie sprawy. Kryminalna historia ma klasyczny przebieg, łącznie z "wielkim finałem", kiedy to Bigby zbiera wszystkich Baśniowców i wygłasza swoje wnioski odnośnie śledztwa. Klimatem przypomina mi to powieści Agathy Christie o detektywie Herkulesie Poirot czy serial "Columbo" z Peterem Falkiem. Całość czyta się niezwykle przyjemnie a za każdym kolejnym razem odkrywamy nowe szczegóły i smaczki. Historia ma ciężki, sensacyjny klimat i czasem aż się zapomina, że mamy do czynienia z Baśniowcami a nie z pospolitymi przestępcami.

Niebagatelny wpływ na odbiór całości ma także oprawa graficzna. Rysunek autorstwa Lana Mediny stoi na na prawadę wysokim poziomie. Niektóre plansze robią wrażenie rozmiarem i ilością szczegółów na nich się znajdujących, jak na przykład ujęcie gabinetu Śnieżki z całym magicznym inwentarzem w drugim planie - po prostu miodzio. To co szczególnie urzekło mnie w jego stylu to nieszablonowe tworzenie postaci. Każdy bohater ma swoje własne cechy aparycji i postury. Dzięki temu nie mamy wrażenia oglądania xero tej samej twarzy z nieco inną grzywką. Gorzej sprawa wygląda przy dynamicznych ujęciach gdzie rysownik czasem gubi proporcję i perspektywę. Kolory nałożone przez Leialohę i Hamiltona świetnie uzupełniają klimat wydarzeń. Radość poranka, groza lochów czy szarość miasta oddane są perfekcyjnie dobraną paletą barw i cieni. Średnia jest zatem bardzo wysoka i całość zdecydowanie przypadła mi do gustu.

Podsumowując, "Fables" są komiksem nietuzinkowym. Genialnie nakreślony świat z paletą ciekawych postaci daje praktycznie nieograniczone możliwości wprowadzania nowych bohaterów i rozwoju zdarzeń. Willingham i spółka stworzyli dzieło kompletne w którym przemyślany scenariusz dopełniają kapitalne rysunki. Miejmy nadzieje, że seria obierze dobry kurs i nie zawiedzie czytelników.

wtorek, 24 listopada 2009

Esencja z Pająka

Tytuł: "ESSENTIAL : The Amazing Spiderman #1"
Scenariusz: Stan Lee
Rysunek: Steve Ditko

Moja znajomość postaci Człowieka-Pająka opierała się do tej pory na kilku zeszytach z TM-Semic oraz serialu animowanym. Dopiero znacznie później pojawiła się trylogia filmowa z Tobey Maquirem w roli głównej. Kiedy więc podsumowałem swoją wiedzę o tym bohaterze udało mi się ustalić ledwie kilka faktów. Student o imieniu Peter Parker zwiedzał wystawę naukową, akurat gdy jedno z urządzeń napromieniowało pająka znajdującego się w pobliżu. Owad ugryzł następnie nieszczęśnika i zapoczątkował przemianę w organizmie chłopaka. Parker odkrył, że posiadł zdolności pająka do chodzenia po ścianach, nadludzką siłę i sprawność oraz pajęczy zmysł, ostrzegający go przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. To wiedzą wszyscy, nieobcy powinien być również wątek śmierci wujka Bena, która powoduje, że Spiderman wkroczył na ścieżkę walki ze złem i postanowił wykorzystać swoje talenty w zwalczaniu przestępczości. Trzecim motywem, mającym wpływ na poczynania Petera, jest jego miłość do Mary Jane. Na tym kończyły się znane mi informacje dotyczące tego bohatera. Dla uzupełnienia mogę jeszcze wymienić kilku największych łotrów jak Doktor Octopus i Green Goblin oraz Venom.


Chcąc być szanującym się fanem komiksu postanowiłem sięgnąć po zbiorcze wydanie zeszytów z serii "Essential". Największą różnicą między starymi numerami z lat sześćdziesiątych a integralem jest czarno-biały druk. Spowodowane jest to redukcją kosztów, gdyż tak opasłe tomisko w pełnym kolorze, zabijałoby ceną nawet największych fanów. I od razu chcę zaznaczyć, że zmiana ta w ogóle nie przeszkadza w czytaniu. W USA tytuł wydano na gazetowym papierze i w miękkiej oprawie, czego na szczęście nie powtórzył polski wydawca. Nie jest to pozycja wagi piórkowej, ponad pięćset stron dobrej jakości papieru i gruba oprawa przywodzą na myśl raczej biblię niż komiks. Taka wersja jest bardziej godna antologii o jednym z najpopularniejszych superbohaterów.

Scenariusz:
Stan Lee i Steve Ditko stworzyli jedną z bardziej rozpoznawalnych historii superbohatera obok Supermana i Batman. Pierwszy odcinek przygód Pająka został umieszczony w "Amazing Fantasy #15" i był swego rodzaju testem czy postać zyska sympatię fanów. Tym właśnie zeszytem zaczyna się "Essential". Ze względu na "reklamową" formę numeru, powstanie Spidermana musiało zostać skondensowane i objąć zarówno mutację jak i drogę do powstania postaci. Peter przypadkowo odkrywa nowe zdolności zdobyte na skutek ugryzienia przez napromieniowanego pająka. Z początku postanawia wykorzystać moc w nielegalnych zapasach. Po jednej z walk zostaje oszukany przez organizatora i nie dostaje umówionej zapłaty. Kiedy więc ów człowiek zostaje napadnięty, Peter nie zatrzymuje złodzieja i pozwala mu uciec. Bezczynność szybko jednak zwraca się przeciwko chłopakowi. Ten sam zbir napada na wujka Bena i zabija go. Zrozpaczony Parker przywdziewa swój kostium i udaje się na poszukiwanie sprawiedliwości. Bez trudu odnajduje przestępce i wyręcza policje w jego schwytaniu. Od tej pory postanawia pomagać słabym i bezbronnym w walce z przestępczością chcąc, choć w części, odkupić swą winę za śmierć wujka. Postać Petera Parkera musiał się spodobać, skoro uzyskał zielone światło na własną serię i jest ona wydawana do dziś.

Zeszyty tworzą zamkniętą całość i skupiają się na konkretnym łotrze, którego Spiderman musi powstrzymać. Zaskoczył mnie klimat jaki panuje w opowieści i narracji Stana Lee. Całość jest utrzymana w stylu, który mogę określić tylko jednym słowem - show. Każda historia zaczyna się krótkim wstępem zachęcającym do lektury poprzez zapewnienie o "wspaniałych przygodach i groźniejszych przeciwnikach!". Niczym komentator przed meczem, Stan Lee zapowiada pasjonujące starcia i poznanie kolejnych tajemnic związanych z Człowiekiem-Pająkiem. Dzięki temu całość czyta się tak, jakby oglądało się serial w telewizji. Nie jest to może niczym odkrywczym ale ciągle pamiętam klimat z późniejszych odcinków, gdzie wszystko brano na poważnie, setki stron mijały na trawieniu wewnętrznych rozterek Petera a całość zamykała się w kanwie (nie)superbohatera z ludzką twarzą. Tutaj, wszystko nastawione jest na rozrywkę i dynamiczną akcją. Nie zabraknie także wątku miłosnego, nie będzie to jeszcze uczucie do Mary Jane lecz do koleżanki z pracy. Z czasem zostaje też rozwinięta postać redaktora naczelnego gazety dla której Peter robi zdjęcia. J.J.Jameson pała wyjątkową nienawiścią do Spidermana i za wszelką cenę chce udowodnić, że Pająk nie zasługuje na szacunek większy niż bandyci których ściga. W tle cały czas pojawia się również ciocia May, która opiekuje się Peterem z wielka czułością. Wdowa po wujku Benie, z racji podeszłego wieku, ma coraz większe problemy zdrowotne i niedługo to chłopak zacznie troszczyć się o nią. Tutaj mała dygresja, w nowych odcinkach Spidermana, ciocia May umarła, zmartwychwstała i została sklonowana, to chyba mówi samo za siebie jakie absurdy pojawiają się kiedy seria ciągnie się za długo.


Wróćmy jednak do momentu, gdy Spiderman jest na początku swej drogi, a twórcom nie brak pomysłów i nie wprowadzają przegiętych udziwnień. Opowieść jest prowadzona w lekkiej atmosferze przygodowej, którą momentami "dociąża" jakaś poważniejsza kwestia. Panuje tu klarowny podział na dobrych i złych. Zawsze wiadomo kto jest tym Niegodziwym, a kto ofiarą, którą należy uratować. Z nowo poznanych wątków podoba mi się obecność Fantastycznej Czwórki, traktowanej jak prawdziwi bohaterowie i obrońcy ludzkości. Spiderman jest w porównaniu do nich tylko lokalnym stróżem, podczas gdy czwórka herosów zajmuję się problemami większej skali. Wcześniej nie znałem historii o niedoszłej współpracy Parkera z Czwórką oraz ich wzajemnych relacjach. Oczywiście w miarę coraz większych uczynków na rzecz porządku i prawa, nasz bohater zyskuje odpowiedni status, ale miło zobaczyć że musiał na niego zasłużyć. W tle pojawia się też coraz więcej superbohaterów jak Torn, Dare Devil czy Ironman. Czasami za to zgrzytnąłem zębami, kiedy pojawiali się nowi przeciwnicy. Przepraszam, ale walka z robotem-mózgiem czy Marsjanami nawet w kontekście zmutowanego faceta w rajtuzach, wydaje się naiwna. Na szczęście większość to złoczyńcy z prawdziwego zdarzenia jak wspomniany Doktor Octopus, Volture, Sandman czy Electro.

Rysunek:
Pracę Stevena Ditko można, a nawet należy, ocenić w dwóch kontekstach. Pierwszy to ówczesne kanony rysunku superbohaterów, w którym jego szkice były tworzone. Poziom jest bardzo przyzwoity, a czasem dostajemy duże plansze na których widać, masę pracy jaką autor musiał włożyć w detale tła i wyglądu bohaterów. Strony tytułowe prezentują ciekawą kompozycję Spidermana w otoczeniu złoczyńców, z którymi zmierzy się w danym odcinku. W środku również nie można się do niczego przyczepić choć kilka niedociągnięć w proporcjach ludzi się zdarza. Rysunek jest dość oszczędny i skupia się na pierwszym planie pozostawiając z reguły tło trochę niedopracowane. Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest przyjemna w odbiorze i nie drażni podczas lektury. Osobiście lubię czarno-białe rysunki i usunięcie kolorów w stosunku do oryginału w niczym mi nie przeszkadza. Świetnie wypada wydanie specjalne "Annual #1", gdzie Parker musi zmierzyć się po raz pierwszy z Sinister Six - grupą zrzeszającą jego największych wrogów. Na każdą z sześciu potyczek z kolejnymi zbirami przypada całostronicowa plansza z dynamicznym ujęciem walczących. Wszystkie, bez wyjątku, są genialne skomponowane i szczegółowe.
Drugie podejście to porównanie do prac autorów aktualnie pracujących nad Spidermanem czy innymi herosami. Niestety tutaj klasyczny styl Ditko wypada bladziej i fanów współczesnego mainstreamu jego prace raczej nie zachwycą. Dla mnie mają klimat i są klasyczne w jak najbardziej pozytywnym sensie.


Komiks idealnie sprawdza się w sytuacji, gdy nie mamy ochoty sięgać po dłuższe opowieści i wystarczy nam kilkanaście stron czystej akcji. Dla miłośników Spidermana obowiązkowe musisz to mieć bez którego kolekcja nie będzie pełna. Czytelnicy chcący dopiero poznać osobę Petera Parkera mają świetną okazję aby to uczynić. Po przeczytaniu "Essential: Spiderman" na nowo zdefiniowałem postać Pająka i cieszę się, że miałem przyjemność poznać jego historię według oryginału Stana Lee i Steve'a Ditko, teraz na pewno mogę o nim powiedzieć znacznie więcej.
Na koniec napisze tylko tyle: Już kupiłem drugi tom!

Recenzja tomu drugiego.

wtorek, 3 listopada 2009

Star Wars Komiks Wydanie Specjalne #1

Tytuł: "Bitwa o Jabiim"
Scenariusz: Haden Blackman
Rysunek: Brian Ching

Na rynku od ponad roku istnieje seria Star Wars Komiks Egmontu. Tytuł musiał przyjąć się dobrze, skoro wydawca postanowił rozszerzył linię o kwartalne wydania specjalne. W odróżnieniu od regularnego miesięcznika, zawierającego trzy krótkie historie na 48 stronach, dodatkowe numery prezentują pojedynczą opowieść na 96 stronach. Do tej pory ukazały się dwa albumy z tej serii i dziś postaram się przybliżyć Wam zawartość pierwszego (kolejny niedługo).


Wydanie specjalne #1 został poświęcone zdarzeniom rozgrywającym się w czasie Wojen Klonów. Ciekawostką jest okładka wykonana przez Jan Duurseme rysująca w "Star Wars Legacy". Za prace w środku odpowiada już Brian Ching. Autorowi z pewnością udało się oddać klimat planety Jabiim. W każdej ramce wszędobylski są chmury i deszcz tworzące nieprzyjazną aurę. Spodobały mi się zwłaszcza plansze przedstawiające pole bitwy pełne błotnistych kałuż, w których grzęzną żołnierze i maszyny. Panoramy walk są zdecydowanie najmocniejszym punktem oprawy komiksu. Kolory są żywe i nasycone, szczególnie soczyście wyglądają wybuchy i rozbłyski blasterów. Na minus mogę zaliczyć sposób rysowania ludzi. Wiadomo że maszyny są identyczne, również żołnierze Republiki to klony, ale jednakowy wygląd bohaterów można tłumaczyć już tylko brakiem wyobraźni rysownika. Ching, choć robi to nieźle, potrafi narysować jeden, góra dwa, wzorce postaci. Mężczyźni są wysocy i barczyści a dziewczyny niskie i drobne. Młodzi wojownicy są niemal identyczni a starsi, jak Obi Wan, mają wygląd Wikingów, z brodami, długimi włosami i wiecznie zmarszczonymi nosami. Oprócz Anakina i Kenobiego większość twarzy to nowi bohaterowie, więc momentami nie wiadomo kto jest na rysunku i gubi się wątek. Czasem szwankuje również proporcjonalność sylwetek podczas dynamicznych ujęć walk ale to już detal i nie razi za bardzo. Szablonowość kreski i niezbyt dokładne szkice maszyn ledwo bronią się ujęciami bitew w szerszej perspektywie i ładnymi kolorami.


Historia opowiada o konflikcie jaki rozegrał się na planecie Jabiim. Świat ten wiele lat temu przyłączył się do Republiki, mimo tego, mieszkańcy nie mogli liczyć na pomoc z centrum galaktyki. Teraz sytuacja zmieniła się, kiedy na jaw wyszło, iż planeta jest bogata w surowce. Dowiedzieli się o tym również Separatyści i zaproponowali w zamian swoją protekcję. Doprowadziło to do podziału na zwolenników jednej z dwóch stron konfliktu. Następstwem jest okrutna wojna domowa wyniszczająca ludność Jabiim. Republika i Separatyści wspierają walczących widząc w tym swój interes i szanse na pozyskanie cennych złóż. Na planetę przybywamy razem z Rycerzami Jedi, którzy mają wesprzeć bunt przeciw uzurpatorowi Alto Stratusowi popierającemu Hrabiego Dooku. Pierwszy miesiąc walk przynosi pasmo zwycięstw dla Zakonu. Coraz bardziej rozciągnięte linie zaopatrzenia nie pozwalają jednak na dalszą ekspansję i stają się łatwym celem dla wroga, który przejmuje inicjatywę i zmusza Republikę do odwrotu.

Opowieść mogę pochwalić za ukazanie trudów walki obu stron. Ciągłe deszcze nie pozwalają na dotarcie posiłków przez co każda jednostka jest na wagę złota i może przesądzić o wygranej. Ścierające się wojska ponoszą ogromne straty i tak naprawdę ciężko wskazać zwycięzce. Również pokazanie Republiki i Separatystów jako równorzędnych stron konfliktów, bez wybielania czy oczerniania, jest czymś innym od tego co pokazywały filmy.
Wadą scenariusza jest jego "poszarpanie" na części. Czterdzieści dni akcji dzieli się na początek i koniec oddzielone fragmentami niektórych starć na froncie. Dostajemy więc niezbyt rozbudowaną historię dopełnioną scenami nie wiele wnoszącymi do całości. Szkoda, że tych stron nie poświęcono na pokazanie wojny domowej czy machinacji Separatystów i Republiki. Komiks zyskałby trochę głębi i ciekawsze tło wydarzeń, a tak mamy opowiastkę o jednej z wielu wojen klonów. "Złego" Stratusa poznajemy na początku ale buntowników wspieranych przez Jedi widzimy praktycznie na kilku ostatnich stronach, jakby w ogóle nie brali udziału w walce. Całość sprawia więc wrażenie nie przemyślanej i naciąganej na siłę.


Myślę że nie będzie to zbytni spoiler, ale tym co nie czytali, radze pominąć ten akapit. Wiemy, że Obi Wan dożył III-ego Epizodu, niemniej jego wątek w komiksie to czysty idiotyzm. W pierwszej potyczce, podczas ewakuacji transportera, następuje wybuch maszyny i rycerz zostaje uznany za martwego. Anakin, jak gdyby nigdy nic, kontynuuje walkę i nawet nie wspomni mistrza. I nagle, na ostatniej stronie komiksu, widzimy Kenobiego uwięzionego przez Asajj Ventress. Nie ma w tym żadnej logiki. Czy mam rozumieć, że Sith wyciągnął go po kryjomu z wraku i uprowadził na inną planetę?

Tytuł ma cięższy klimat od tego z filmów, jak choćby wojna na Geonosis z Epizodu II. Zyskuje go jednak głównie dzięki deszczowym rysunkom. Sam scenariusz niestety nie wnosi dużo do uniwersum, mimo wolnej ręki przy tworzeniu historii autor nie błysnął niczym nadzwyczajnym. Fanom sagi mogę ten komiks ostatecznie polecić, jak na to nie patrzeć to prawie 100 stron za niecałe 10 złotych, innym odradzam.

Ps. Drobna wskazówka dla tych, którzy zbierają regularne wydanie. "Bitwa o Jabiim" oryginalnie ukazała się w serii Star Wars Republic (nr 55-58). W Star Wars Komiks nr 3/2009 opublikowano "Za linią wroga" autorstwa wspomnianej już Jan Duursemy i Johna Ostrandera - duetu od "Star Wars Legacy". Pierwotnie był to 59 numer Star Wars Republic, a więc bezpośrednia kontynuacja przygód Anakina Skywalkera po bitwie na Jabiim.

wtorek, 20 października 2009

Co w kinie piszczy...

Dziś kolejna porcja krótkich recenzji filmów, widzianych przeze mnie w ostatnim czasie. Ponownie są to trzy tytuły, mimo że efekt ten nie jest zamierzony, może stanie się regułą w następnych postach z "serii". Zaczynamy...

"First Squad" to anime będące efektem kooperacji japońsko-rosyjskiej. Tematem jest Druga Wojna Światowa, a dokładnie konflikt pomiędzy nazistowskimi Niemcami a Związkiem Radzieckim. Historia koncentruje się na specjalnej jednostce spirytystycznej Armii Czerwonej (od duchów, nie wódki). Główna bohaterka Nadia jest jedyna ocalałą z tytułowego first squadu a znalazła się tam dzięki zdolność widzenia przyszłości. Musi stawić czoła bliźniaczej formacji po stronie Wehrmachtu, która zamierza wskrzesić ducha rycerza poległego w 1244 roku. Ów baron Von Wolff może być wezwany z zaświatów po 700 latach czyli, co za zbieg okoliczności, w 1944. Wtedy też Niemcy nie pogardzą dowodzoną przez niego armią zombi. Miło, że do wskrzeszenia wojownika wystarczy jego miecz i kilka zaklęć. Rosjanie nie obijają się tym czasem i wysyłają Nadię do zaświatów aby odnalazła swoich dawnych kompanów (potrafią tylko strzelać z pepeszy więc nie wiem co robili w jednostce paranormalnej). Najbardziej raził chyba fakt, że te bzdury były przerywane wstawkami z wypowiedziami weteranów i historyków. Mariaż dramatycznych wspomnień i propagandowego bełkotu z naciąganą historyjką o duchach to jak śledź do lodów w ćwikle. Myślę, że wynika to z podziału ról jaki przypadł stronom projektu. Japończycy stworzyli prosta bajeczkę o wojnie a Rosjanie podeszli do tematu poważnie. Twierdzenia jakoby bohaterska Rosja stawiała czoła inwazji nazistowskiej wywoływało śmiech na sali, szczególnie, że nic nie powiedziano o jej roli w wywołaniu wojny. Strona wizualna jest na niezłym poziomie głównie dzięki scenom walk na froncie. Szkoda, że do animacji czołgów czy samolotów użyto komputera co trochę nie pasowało do historycznego klimatu wojny. Wiem, że teraz to standard, ale klasyczny rysunek lepiej by odpowiadał tematyce filmu.
Lubie animę, a to trwało ledwie 70 minut, mimo to i tak się wynudziłem.

Nie byłem wielkim fanem Tarantino, kiedy wybrałem się do kina na "Bękarty Wojny". Historia o żydowskim oddziale eliminującym nazistów nie brzmi może zbyt porywająco ale w rzeczywistości jest niesamowicie wciągająca. Świetnie skonstruowana fabuła, pełna smaczków a momentami niezwykle zabawna przekonała mnie do Quentina i jego wizji kina. Nie będę nawet próbował streszczać wydarzeń bo tylko popsułbym radość z oglądania, musicie zobaczyć to sami! Z resztą historia nie jest tu tak istotna. To co stanowi o wielkości tego filmu to dialogi, klimat, muzyka i gra aktorska. Tarantino obsadził w rolach Amerykanów, Anglików, Niemców czy Francuzów wykonawców o tych samych narodowościach. O ile Brad Pitt w świetnej roli porucznika Aldo Raine'a jest postawieniem na gwiazdę, która przyciągnie ludzi do kina, o tyle reszta obsady to praktycznie nieznani aktorzy. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Pitta i pewnie gdyby nie on, nie poszedłbym na film w ogóle. Chodzi mi raczej o to, że Tarantino mistrzowsko przeprowadził casting do pozostałych ról (może z wyjątkiem niemieckiego bohatera wojennego). Ci którzy widzieli film już zapewne wiedzą do czego zmierzam... i nie mylą się. Christoph Waltz genialnie wykreował pułkownika Hansa Landę i jest to bodaj najlepsza rola jaką widziałem od kilku lat! Nie gorzej wypada Melanie Laurent jako francuska żydówka czy chłopaki ze składu Bękartów, ale to Waltz jest gwiazdą "Inglorius Basterds". Przyćmiewa Pitta i dominuje w filmie. Każda scena z jego udziałem oczarowuje, czasem jest zabawny i uprzejmy, kiedy indziej poważny ale zawsze bije z niego groza i terror oficera SS. Mam nadzieję, że widzom nie dane będzie długo oczekiwać na jego kolejne kreacje, niech no mu tylko nie dadzą Oscara! Nie żałuję ani minuty na seansie i niecierpliwie czekam na DVD, a znam takich co nie wytrzymali i poszli na film drugi raz.

Ostatnim obrazem dziś omawianym będzie "Dystrykt 9". Film science-fiction opowiadający o Ziemi w niedalekiej przyszłości. Na naszej planecie pojawia się ogromny statek Obcych a jako miejsce postoju wybiera sobie Johannesburg. Władze wysyłają oddział żołnierzy mający sprawdzić wnętrze maszyny. Kiedy w środku odnajdują tysiące zaniedbanych potworków postanawiają przetransportować je do obozu zaimprowizowanego poniżej, gdzie dostaną pomoc i żywność. Całością przedsięwzięcia zawiaduje Multi National United czyli ministerstwo do spraw obcych. Mija 20 lat a alieny nadal koczują w tym samym miejscu, które do tego czasu przekształciło się w slumsy. Liczebność "krewetek" (jak nazywają ich ludzie) ciągle wzrasta i zaczyna przeszkadzać mieszkańcom miasta. Rząd postanawia wyeksmitować przybyszów z obcej planety i przenieść do oddalonego o 200 km nowego ośrodka. Głównym bohaterem filmu jest urzędnik MNU Wikus Van De Merwe, który dzięki protekcji teścia, ma przeprowadzić tę prestiżową i ważną operację. Jak się zwykle dzieje w takich sytuacjach, łatwy początek szybko przekształca się w trudną sytuację. Wikus spryskuje sobie twarz tajemnicza substancją i pojawiają się u niego symptomy nieznanej choroby. Nie powiem nic więcej, bo rozwiniecie wątku jest ciekawe. Scenariusz filmu opiera się na oryginalnym ukazaniu obcych. W 90% Oni napadają na Ziemię i musimy jej bronić, w 9% my natrafiamy na Ich bazę w kosmosie i... musimy się bronić, tutaj Obcy to uchodźcy, których życie w pełni zależy od ludzi. Szkoda, że opowieści starcza mniej więcej na połowę filmu, kiedy to większość tajemnic się wyjaśnia i duża część czaru ulatuje. Mnie rozczarowała również "skala" wydarzeń w jakich bohater bierze udział. Zwiastuny zapowiadały raczej coś na wzór "Dnia Niepodległości", spektakularnej walki, super efektów i mocnego uderzenia na koniec. Jest niestety na odwrót a finał ma rozmiar mikro. Po prostu - dobry film nie sprostał dużym oczekiwaniom. Efekty są świetnie zrealizowane i nie przytłaczają obrazu, o co coraz ciężej w dobie komputerowej grafiki. Niemniej ma się niedosyt i brakuje kilku wybuchów więcej. Fani science-fiction powinni być zadowoleni choć nie jest to tytuł przełomowy w gatunku.

piątek, 9 października 2009

"Opowieści grozy" i "Torpedo" od Taurus Media

Tytuł: "Opowieści grozy" / "Tales of terror"
Scenariusz: Carlos Trillo
Rysunek: Eduardo Risso
Wydanie: Taurus Media 2008

Tytuł: "Torpedo"
Scenariusz: Enrique Sanchez Abuli
Rysunek: Jordi Bernet
Wydanie: Taurus Media 2009

Dziś komentarze do dwóch komiksów wydanych przez Taurus Media, które zakupiłem w ostatnim miesiącu. Na pierwszy ogień idą "Opowieści grozy". Do zakupu zachęciło mnie nazwisko Risso (100 Naboi) i ... okazyjna cena. Tytuł został zamknięty w 160 stronach i miękkiej okładce.


Scenariusz:

Na tom składa się 11 krótkich opowiadań grozy. Każde z nich stara się w trochę inny sposób przestraszyć czytelnika celną puentą lub ironią losu bohaterów. W niektórych rozdziałach się to udaje, w innych mniej. Streszczenie nie ma sensu ze względu na krótka formę historyjek, kilka zdań opisałoby całą fabułę. Generalnie im dalej tym lepiej. Wygląda to tak jakby Trillo rozgrzewał się i dopiero ostanie kilka opowiadań jest w pełni udanych. Przyznam, że większość bohaterów szybko mi umykała i nie potrafiłbym teraz doliczyć się jedenastu motywów. W jednej z historyjek poznajemy detektywa, który dostaje zlecenie zabicia tajemniczej kobiety i łamie zakaz rozmawiania z nią co nie kończy się dla niego dobrze. Ciekawy pomysł zaprezentowano w opowiadaniu, gdzie wampir przychodzi na bal maskowy w stroju... mumii. Oryginalnym rozwiązaniem zakończyły się także problemy małżeńskie pewnej ekscentrycznej pary. Numerem jeden jest, moim zdaniem, ostania nowelka o Frankensteinie, który przybywa do wielkiego miasta w poszukiwaniu swojego miejsca. Puenta jest zaskakująca i zarazem daje najwięcej do myślenia spośród pozostałych historii. Widać, że scenarzysta czerpał całymi garściami z dorobku horroru i zapożyczył wiele postaci z jego kanonu a kilka opowiadań ma gangsterski, brutalny klimat.
Charakterystyczne jest przekazanie narracji poszczególnym bohaterom, dzięki czemu mimo krótkiej fabuły, można się o nich dowiedzieć całkiem sporo. Na bieżąco komentują swoje przemyślenia i wydarzenia w otaczającym świecie. Podsumowując, komiks zawiera kilka ciekawych pomysłów, ale ma się wrażenie niedopracowania i całość mogła by być bardziej dopieszczona gdyż groza potrafi się szybko ulotnić.

Rysunek:
Eduard Risso zyskał uznanie za wykonanie grafiki do serii "100 Naboi". W "Opowieściach grozy" utrzymuje swój styl szkicu i rysowania postaci. Tym razem nie używa jednak kolorów co pozwala zachować mroczny klimat opowiadań. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że czytam kontynuację "Sin City" Franka Millera. Sposób "barwienia" przy użyciu jedynie bieli i czerni bardzo przypomina millerowskie miasto grzechu. Nie wiem czy był to celowy zabieg czy tylko przypadek. Pomijając to podobieństwo, rysunek pasuje idealnie do całości i zasługuje na uznanie.

Drugim omawianym komiksem będzie "Torpedo". Tom numer 1 to trzy pierwsze części oryginału a każda z nich zawiera kilka krótkich opowiadań. Twarda okładka robi lepsze wrażenie niż soft cover z "Opowieści grozy" ale to techniczne detale. Poza tym "Torpedo" również jest tytułem czarno-białym.


Scenariusz:

Fabuła to historia gangstera Luci Torpedo, rozgrywająca się w 1936 roku w Nowym Jorku. Podobnie jak poprzedni komiks tak i ten jest zbiorem krótkich opowiastek, tym razem ze świata mafii. Do tej pory nie dopatrzyłem się wspólnego wątku ale myślę, że w kolejnych tomach kilka postaci może ponownie pojawić się na scenie i zagmatwać losy gangstera. Wśród odcinków dziejących się aktualnie, wpleciono kilka poświęconych przeszłości i młodości Luci. Dzięki tym retrospekcjom poznajemy początki jego przestępczej drogi, pierwsze zabójstwo i pierwszy napad na bank - taki rodzaj pamiętniczka. Sam Torpedo to drań bez skrupułów. Autor w żaden sposób go nie usprawiedliwia za to co robi, nikt go nie zaczepia ani nie zmusza do działania. Torpedo sam przyjmuje zlecenia i wykonuje je z zimną krwią. Używa podstępów, potrafi strzelić w plecy, pozbywa się współpracowników i z lubością wykorzystuje kobiety. Czasami takie zachowanie uchodzi mu na sucho, czasem dostaje za swoje. W świecie mafii nie ma sprawiedliwości i wszystko zależy tylko od Luci. Jego spryt pozwala mu przeżyć w niebezpiecznym środowisku, niestety nie zawsze uchroni go przed skutkami niecnych zachowań. Jedynym zaufanym jest pomocnik Rascal , który wspiera szefa w wykonywanych misjach. Postać Torpedo zdecydowanie ma mocny i wyrazisty charakter twardziela. Uroku dodają mu odzywki, które są przekręconą wersją znanych powiedzeń. Z kopcącym papieroskiem przypomina złego brata Humphreya Bogarta z "Casablanci". Jedynym wyznacznikiem jego działania jest kwota, jaką zgarnie za zlecenie i nic innego nie ma znaczenia.

Rysunek:
Strona wizualna prezentuje się na bardzo przyzwoitym poziomie. Pierwsze dwa odcinki zostały narysowane przez Alexa Totha. Twórca był dość mocno związany z amerykańskim mainstreamem superbohaterów co widać w kanciastych sylwetkach i uproszczonym rysunku tła. Nie zachwyciły mnie jego prace a kiedy doszedłem do trzeciego zeszytu i zobaczyłem możliwości Jordi Berneta od razu wiedziałem, że zmiana rysownika wyszła serii na plus. Bernet trochę karykaturuje postaci mężczyzn przerysowując podbródki, uszy czy nos ale kobiety rysuje w stylu pin up z dużą dawką seksapilu. Pełne usta, duże oczy i pokaźny biust są genialnie wkomponowane w smukłe sylwetki pań, które pojawiają się w komiksie. Całość jest realistyczna, autor zachowuje proporcje budynków, samochodów czy broni oraz raczy szczegółami otoczenia. Styl prac Berneta i jego sposób kadrowania akcji przypadł mi do gustu zapewniając mu miejsce na liście Moi ulubieni rysownicy. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że Torpedo to gangsterska wersja Lucky Lucka, szczególnie z pogiętym papierosem w ustach i przekrzywionym kapeluszu. Najlepiej przejrzeć kilka stron z komiksu i przekonać się samemu. Dla mnie rewelacja.


Podsumowując, oba komisy są zbiorem krótkich nowelek. Łączy je również czarno-biały rysunek i ciężki klimat historyjek z mocną puentą. "Opowieści grozy" to tytuł na jedno czytanie, raczej nie będę do niego wracał w najbliższym czasie. Pozycja z potencjałem dobrych pomysłów i mrocznym przesłaniem, niestety trochę niedorobiona. "Torpedo" to początek cyklu o mafijnym zabójcy, który wprowadza w klimat noir. Najprawdopodobniej na jednym tomie nie skończę i Luca zagości jeszcze w mojej kolekcji z kolejnymi częściami.

piątek, 4 września 2009

Ferrari vs Lamborghini

Dzisiejszy post będzie trochę nietypowy gdyż odbiega od tematyki jaką zajmujemy się normalnie na naszym blogu i porusza tematy motoryzacyjne.

Świat samochodów jest pełen przeróżnych marek a każda z nich oferuje pokaźną liczbę modeli, którą należy jeszcze przemnożyć przez różnorakie wersje aby otrzymamy pełną paletę dostępną na rynku. Coraz częściej firmy te łączą się w wielkie koncerny i powoli zatracają indywidualny styl. Obecnie ciężko rozróżnić poszczególne modele jednej firmy a postępująca unifikacja i oszczędność zacierają różnice miedzy markami. Już dawno zatracono charakterystyczne cechy i fantazję projektów ale dopiero teraz wkraczamy w okres gdzie samochody zlewają się w jedną masę zapełniającą nasze ulice. Istnieją na szczęście przedsiębiorstwa, które utrzymują swój design i wykonanie na niezmiennie wysokim poziomie indywidualizmu. Będą to jednak z reguły marki luksusowe jak Rolls Royce, Aston Martin, Porsche czy Bentley. Co prawda do nich również wkrada się powoli korporacyjne zapożyczanie z innych firm, ale udaje im się oprzeć wtłoczeniu w szereg, głównie dzięki wysokiej cenie. Nie ma już co liczyć na odmienny styl Opla, Toyoty czy Forda. Samochody masowe dawno zostały sklonowane...
Pozostańmy jednak w sferze marzeń, tam gdzie panują dwunastocylindrowe silniki, bezkompromisowe wykonanie i nikt nie patrzy na spalanie czy emisję dwutlenku węgla. W tej rzeczywistości panują sportowe samochody pełne oktanów i nieujarzmionej mocy. Każdy ma swojego faworyta do tytułu najlepszego wozu i pewnie często padną nazwy Bugatti, Pagani, Koenigsegg, Porsche czy Maserati. Myślę jednak że najczęściej wymieniane będą dwie firmy: Ferrari i Lamborghini.

Trwa odwieczny pojedynek włoskich super-samochodów o prymat w klasie. Krwiście czerwony bolid z Maranello czy wściekle żółty pocisk z Santa Agata? Który lepszy? Spór fanów można porównać do innej legendarnego rywalizacji: Mitsubishi Lancer EVO kontra Subaru Impreza WRX STi (ale to już oddzielna historia). Obie strony mają oddanych fanatyków, wolących jeździć rowerem niż samochodem "wroga". Czy słusznie? Nie mam zamiaru odpowiadać na to pytanie. Każdy ma swoje gusta i podejście do obu firm. Przedstawię raczej moje odczucia i spostrzeżenia na ten temat nagromadzone w ciągu kilku ostatnich lat. Nie będę rozwodził się nad kolejnymi modelami i ich porównaniem, skupię się raczej na pokazaniu, zapewne subiektywnie, profilu obu marek, bo to jest najważniejsze przy takich samochodach - charakter i osobowość. Od razu mogę się też przyznać do słabości względem Lamborghini, ale gdyby ktoś mi zaproponował Ferrari...

Obie marki pochodzą z Włoch i obie są tam (jak z resztą na całym świecie) urzeczywistnieniem sportu, bogactwa i adrenaliny. Nie dziwi chyba zatem, że w kraju makaronu i mafii samochody te konkurują o względy klientów wyjątkowo zaciekle. Laik nie zauważy różnicy między nimi i co najwyżej skomentuje: "fajne sportowe autko". Różnice są jednak znaczne, oczywiście w skali motoryzacyjnego segmentu sportowego i determinują odbiór firmy przez fanów.

Symbol galopującego konia w znaku Ferrari oznacza szczęście i chyba spełnia swoje zadanie biorąc pod uwagę ponad sześćdziesiąt lat produkcji i sprzedaży samochodów, przez wielu uznawanych za najlepsze na świecie. Nie wyobrażam sobie aby ktoś mógł nie słyszeć słowa "ferrari" i nie kojarzyć go z czerwonym kolorem rosso corsa. Sama geneza tej barwy jest dość ciekawa. Czerwień jest wynikiem międzynarodowego podziału jaki ustalono podczas wyścigów Formuły 1 całe wieki temu. Uznano wtedy, że każdy z krajów biorący udział w sezonie powinien mieć przypisaną konkretną barwę nadwozia. I tak Francja otrzymała niebieski, Niemcy biały, Anglia zielony a Włochy czerwony. Dla fanów motoryzacji nie jest tajemnicą, że kolory te na długo przylgnęły do marek, które startowały w ówczesnych wyścigach. Francuskie Bugatti prezentowało swoje wozy w niebieskim, w Anglii legendarny jest kolor british racing green z Jaguara czy Aston Martina a Niemcy tylko przez przypadek zamieniły biały na srebrny, od tej pory będący kolorem wszystkich sportowych Mercedesów i Audi (wtedy jeszcze Auto Union). Prawdopodobnie podczas jednego z wyścigów bolid Mercedesa był za ciężki o kilka kilogramów i mechanicy odchudzili pojazd zdrapując z niego biały lakier zostawiając gołą, srebrną blachę poszycia. Włosi natomiast dostali czerwony, który na zawsze już połączono z wizerunkiem Alfa Romeo i właśnie Ferrari.

Ferrari 250 GTO

Enzo Ferrari (1898-1988), założyciel firmy, od zawsze interesował się wyścigami i stawiał je na pierwszym miejscu. Karierę rozpoczynał jako kierowca w zespole Alfa Romeo aby później założyć własny team Scuderia Ferrari. Od 1950 roku Scuderia bierze praktycznie nieprzerwanie udział w wyścigach Formuły 1 stając się najbardziej utytułowanym konstruktorem. Rozpoczęcie sprzedaży samochodów cywilnych w 1947 roku było głównie podyktowane potrzebą finansowania wyścigów i nowych projektów. Jak mawiał Enzo: "Należy wyprodukować tyle samochodów ilu jest chętnych, minus jeden". Ferrari słynął z twardego podejścia do zarządzania firmą i kadrą pracowników do końca życia osobiście pozostając u steru. Nie był zachwycony koniecznością sprzedaży samochodów i uważał klientów jedynie za dawców pieniędzy na jego kolejne plany. Mimo tej szorstkości reprezentował również siłę i upór w dążeniu do celu i osiągnął go pozostawiając po sobie symbol motoryzacyjnego kunsztu.

Historia Lamborghini nie jest tak bogata i nie ma żadnych wyścigowych korzeni. Wręcz odwrotnie, Ferruccio Lamborghini (1916-1993) był właścicielem manufaktury produkującej traktory i kombajny odnoszącej spore sukcesy finansowe. Nie dziwi zatem chęć sprawienia sobie sportowego auta z prawdziwego zdarzenia. Jak głosi legenda, w ten właśnie sposób spotkał się z Enzo w salonie Ferrari. Ferruccio zakupił jeden z modeli Ferrari, nie był jednak do końca zadowolony. Wrócił zatem do sprzedawcy i zaproponował kilka poprawek mogących usprawnić osiągi i prowadzenie samochodu. Ferrari nie miał najmniejszego zamiaru słuchać "laika" i między panami wybuchła zażarta kłótnia. Podobno po niej nigdy więcej już się nie spotkali. Jej następstwa jednak nie przeszły bez echa i dały początek nowej marce super-samochodów - Lamborghini. Pierwszy model 350GTV powstał w ciągu roku (1963) i od razu mocno dał się we znaki firmie z Maranello. Wyprodukowano tylko jedną sztukę, wystarczyło to jednak do pokazania, że Lamborghini chce i może stworzyć lepsze wozy od Enzo. Kolejny samochód ujrzał światło dzienne już w 1966 i został jednym z najważniejszych projektów w historii motoryzacji. Szkice Miury wyszły z pod ręki Marcello Gandiniego i był jego pierwszym projektem a kolor to... żółty z etykiety ulubionego szampana Ferruccio. Piękna sylwetka rozsławiła firmę na cały świat dając jej napływ zamówień i uznanie wśród klientów. Jak pokazała praktyka, samochód prowadził się ciężko i łatwo traciło się kontrolę nad 350 koniami mechanicznymi. Niemniej Miura szybko zyskała status kultowego i trafiła do garaży wielu bogatych i znanych. W tym czasie Ferrari również nie próżnowało wypuszczając na rynek legendarne już 250GTO będący do dziś symbolem marki i jednym z bardziej upragnionych przez kolekcjonerów modeli.

Lamborghini Miura

Od tej pory firmy rywalizują o pozycję najlepszego na rynku. Fabryka w Santa Agata ma jednak w ofercie tylko dwie linie modelowe; superszybki Murcielago i mniejszy Gallardo. Oba modele doczekały się wersji spider (bez dachu) i kilku kolejnych modyfikacji podnoszących moc. Pojawił się również Reventon, limitowana do 19 sztuk wersja Murcielago, z nowym nadwoziem przypominającym myśliwiec (niedługo doczekamy się wersji bez dachu). Krążą też plotki o czterodrzwiowym coupe ale to na razie sfera projektów. Jednak to katalog Ferrari jest bardziej obszerny. Odpowiednikami dla Lamborghini będą modele Enzo i F430 (niedługo zastąpiony przez F485 Italia), ale paleta jest znacznie szersza. Mamy zatem luksusowe 612 Scaglietti w klasie grand tour, mniejszego 599 Fiorano i bardziej "lanserską" Californię. Dla każdego coś dobrego. Ferrari także nie skąpi mocniejszych wersji i choćby F430 proponuje w odmianie Scuderia, którą kalibrował sam Michael Schumacher. Powstała też limitowana wersja Enzo pod nazwą FXX dla najwierniejszych klientów.

Lamborghini Reventon

Zarówno Lamborghini jak i Ferrari mają silniki umieszczone centralnie, czyli za fotelami kierowcy i pasażera (w ofercie Ferrari modele z silnikiem umieszczonym z przodu to 599, 612 i California). Taki układ daje rozłożenie masy pojazdu, między przednią a tylną osią, zbliżony do proporcji 50/50. Rozwiązanie takie znacząco wpływa na jakość prowadzenia i zapewnia świetną przyczepność oraz kontrolę samochodu na zakrętach. Z technicznego punktu widzenia największą różnicą będzie przeniesienie napędu na koła. Ferrari od zawsze jest wierne napędowi tylnemu. Mimo narowistości tego rozwiązania - kilkaset koni uwalnia się jedynie przez tylną oś - Ferrari słynie z genialnego prowadzenia i wykorzystania mocy. Daleko do takiej precyzji amerykańskim Viperom i Corvettom. Lamborghini z powodzeniem, od modelu Murcielago, stosuje napęd na wszystkie koła. Daje to znacznie lepszą przyczepność i pewność prowadzenia. Minusem tego układu będzie niższa prędkość maksymalna i ubytki mocy spowodowane większym obciążeniem silnika. Tutaj chyba pogrzebana jest największa różnica między markami. Ferrari to raczej samochód torowy, do pobijania rekordów okrążenia o kolejne setne sekundy i wymagający od kierowcy sporych umiejętności. Taki rodzaj bolidu na weekend, którym można na co dzień jeździć do pracy... byle po równych drogach. Marka czerpie garściami z doświadczenia zespołu Formuły 1 i stosuje najwyższy poziom technologii w drogowych modelach. Całość bez wątpienia stwarza otoczkę blichtru wyścigowego światka i dodaje prestiżu.
Lamborghini także pojedzie szybko choć nie tak aby zagrozić samochodom z Maranello. Wozy z pod znaku byka to brutalna siła i moc ale brak im takiej precyzji prowadzenia. To raczej pojazd do zabawy w jazdę kontrolowanym poślizgiem i przejażdżkach po górskich serpentynach, który nie potrzebuje tak dużej wprawy prowadzącego.
Stylistycznie obie marki również dzieli przepaść. Ferrari to kwintesencja stylu i finezji, ich projekty zawszę są lekki i pieszczą oko krągłościami i smukłością. Odpowiadają za nie najwięksi styliści włoscy jak Pinifarina czy Bertone. Osobiście potrzebowałem trochę czasu aby przekonać się do takich modeli jak Enzo czy F430, ale nie mogę odmówić im uroku, a najnowszy F485 to majstersztyk. Lamborghini stawia na projekty nowoczesne i futurystyczne gdzie dominują płaszczyzn łamiące się pod różnymi kątami. Całość sprawia wrażenie kanciastej i sterylnej koncepcji, przez co niektórzy mogą zarzucać im brak duszy.

Ferrari 485 Italia

Ferrari to wysoko urodzony pan w skórzanych rękawiczkach i szalu, skoncentrowany na precyzji i szybkości. Typ, który najbardziej lubi spędzać popołudnie w towarzystwie znajomych na koktajlu w ogrodzie. Dżentelmen i elegant w każdym calu. Lamborghini to bawidamek z osiedla, który przesiaduje na siłowni a wieczorem lubi pohałasować w barze i wypić kilka piwek. Kumpel na imprezę i do oglądania meczu. Którego bardziej polubicie? To zależy od was.
Jak widać włosi mają we krwi współzawodnictwo i obie marki do tej pory toczą bitwę o pierwszeństwo w segmencie, choć do zwycięstwa dążą innymi drogami. Wybór lepszego, moim zdaniem będzie czysto subiektywny. Ja odpowiedzieć nie potrafię i najpewniej zbierałbym pieniądze aż odłożę na obydwa. Jak się uda i pojeżdżę, to napiszę który mi bardziej pasuje:) Fanom pozostaje się cieszyć, że efektem starcia firm są coraz szybsze i piękniejsze bolidy, a chłopcy jeszcze długi czas będą mieli co wieszać na plakatach w swoich pokojach.

wtorek, 1 września 2009

Chłopiec w pasiastej piżamie

Tytuł: "Chłopiec w pasiastej piżamie"
Autor: John Boyne
Wydano: 2006

Tytuł filmu: "Chłopiec w pasiastej piżamie"
Reżyseria i scenariusz: Mark Herman
Premiera: sierpień 2008

Niedawno trafiła mi się okazja obejrzenia filmu pod tytułem "Chłopiec w pasiastej piżamie". Ponieważ interesuję się tematyką II Wojny Światowej, z chęcią poświęciłem wieczór na obejrzenie produkcji poruszającej tragedię jaką były obozy koncentracyjne.


Film opowiada historię 9-letniego chłopca, która wydarzyła się w 1942 roku. Bruno mieszka wraz z rodzicami i siostrą Gretel w Berlinie. Ojciec jest wysokiej rangą oficerem niemieckiej armii i właśnie otrzymał nominacje na komendanta obozu zagłady w Oświęcimiu. Rodzina musi więc przeprowadzić się do wojskowego domu nieopodal zabudowań przeznaczonych dla więźniów. Początkowo Bruno odczuwa żal i rozdrażnienie, gdyż w Berlinie zostawił przyjaciół a kontakt z rówieśnikami w szkole zostaję zastąpiony prywatnym korepetytorem. Nauczyciel surowo pilnuje lekcji geografii i historii kładąc nacisk na ich nacjonalistyczny wydźwięk i pomija "nieistotne" przedmioty. Trapiony brakiem zajęć i kompanów do zabawy chłopiec postanawia zwiedzić pobliską okolicę bawiąc się w odkrywcę. Idąc wzdłuż ogrodzenia natrafia na chłopca po drugiej stronie siatki. Rozradowany odnalezieniem nowego kolegi rozpoczyna z nim beztroską rozmowę. Od tej pory Bruno codziennie odwiedza Szmula i wypytuje o rzeczy dziejące się w "miasteczku za płotem". Myślę, że te spotkania są najważniejszym punktem fabuły. Z jednej strony płotu mamy syna niemieckiego oficera, który nie zdaje sobie nawet sprawy jaka tragedia rozgrywa się codziennie w obozie. Straszne warunki egzystencji uwięzionych porównuje do swojego, ciasnego pokoju w nowym domu i braku kolegów do zabawy. Ciągle dziwi się dlaczego ktoś zamknął Szmula i innych chłopców wraz z mężczyznami w barakach, czemu cały dzień mogą chodzić w piżamach i dlaczego żołnierze tak na nich krzyczą. W jego chłopięcym świecie nie ma miejsca na słowa: nazizm, śmierć, głód czy rasa. Wszystko stara się sobie wytłumaczyć na swój własny sposób. Po drugiej stronie siedzi żydowskie dziecko, które z dnia na dzień chudnie i mizernieje. Szmul stracił kontakt z dziadkiem i matką zaraz po przyjeździe do obozu i pozostał mu tylko ojciec. Codziennie musi ciężko pracować a za każde przewinienie jest dotkliwie bity. Najważniejsze dla niego jest przetrwanie do kolejnego dnia. Pozorne podobieństwo obu chłopców rozbija się o jedną rzecz - pochodzenie. Ten jeden szczegół zweryfikował ich całe życie w świetle wojny i jej następstw.

Film ukazuje również problemy innych członków rodziny. Matka Bruno nie może znieść presji psychicznej, spowodowanej świadomością, iż mąż jest odpowiedzialny za codzienną kaźń tysięcy ludzi i ich śmierć. Zaczyna sięgać po alkohol i coraz częściej wszczynać kłótnie małżeńskie. Również babcia chłopca nie umie się pogodzić z faktem, że syn z dumą prezentuje mundur i symbol trupiej czaszki. Poruszony zostaje też wątek indoktrynacji, kiedy pod wpływem prywatnych lekcji Gretel wyrzuca do piwnicy wszystkie lalki i wykleja pokój plakatami z niemieckimi żołnierzami i swastyką. Ledwie 12-letnia dziewczynka poświęca wolny czas na czytanie nacjonalistycznych pism i książek nie wiele z nich rozumiejąc. Przeprowadzka z Berlina wpłynęła na los całej rodziny i zmieniła ich wzajemne relacje doprowadzając ją na skraj rozłamu. Nie mam tu jednak na myśli rozwodu czy separacji ale zamknięcie się każdego członka rodziny we własnym, oddzielnym świecie.

Po obejrzeniu filmu zainteresowałem się książką, która dała podstawę do scenariusza. Wychodzę z założenia, że ekranizacja jest z reguły streszczeniem książki, dlatego liczyłem na rozwinięcie i pogłębienie wątków zarysowanych w wersji aktorskiej. Przebieg fabuły jest bardzo zbliżony i tylko zakończenie nieznacznie się różni. Niestety tekst Boyna okazał się bardziej okrojony w stosunku do filmu. Chyba po raz pierwszy zdarzyła mi się taka sytuacja, w której książka jest mniej zasobna w treść. Osią wydarzeń pozostaje historia małego Bruno, ale pozostali członkowie rodziny zostają zdecydowanie zepchnięci na drugi plan. Wątek konfliktu ojca z matką jest tylko delikatnie napomknięty, tak samo jak wpływ indoktrynacji na Gretel. Fakt, że opowieść jest prowadzona z perspektywy 9-letniego chłopca nie tłumaczy płytkiej fabuły. Nie jest to narracja w pierwszej osobie i liczyłem, że to czego chłopiec nie rozumie, autor uzupełni kryjąc odpowiedzi w wypowiedziach i zachowaniach innych osób. Nic z tego, całość wypada dość płytko i infantylnie. Książkę nie wywiera nawet w połowie takiego wrażenia jaki film i można potraktować ją raczej jako uzupełnienie.

Jeżeli ktoś nie lubi kina wojennego z potężnymi bataliami i walkami a woli skupić się na dramacie ludzi, którzy nawet nie ocierając się o front odczuwają skutki wojny, powinien obejrzeć film. Niemniej, w tym gatunku bardziej cenię sobie "Życie jest piękne" Roberta Benigniego, daleko bardziej poruszające i zapadające w pamięć, choć to już chyba niedoścignione dzieło. Co do książki mam na tyle mieszane uczucia, że nie mogę jej polecić i raczej proponuje poświęcić wieczór na obejrzenie któregoś z powyższych filmów.