Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

czwartek, 26 lutego 2009

Udinese - Lech 2:1 (Rewanż)

Bramki: Rengifo (Lech, 11.), Pepe (56.), Di Natale (90.)

No i nie udało się. Jednakże po obejrzeniu drugiej części spotkania (pierwszej nie zdążyłem, z pewnych względów) widać było jak dużo dzieli nasz futbol od tego włoskiego. Nic nie pomoże dobra postawa w połowie meczu, kiedy w drugiej zespół zupełnie nie istnieje. Lech Poznań został stłamszony przez Udinese. Pozwolono im się wyszaleć i w odpowiednim momencie zostali nauczeni prawdziwej gry w piłkę.

Do tego dopasowali się komentatorzy, którzy na początku drugiej połowy śmiali się z Włochów, że to Lech gra cwańszą piłkę. Pod koniec ganili ich, że wykorzystują przerwy w grze jak najdłużej. Nie ma to jak hipokryzja na wizji... Szkoda Lecha, ale gdyby faktycznie zasłużył, i był lepszy niż Udinese, to w czasie przewagi strzeliłby więcej niż jedną bramkę. Ale stworzył mini-legendę, którą media przez kilka miesięcy będą się cieszyć, a kibice Kolejorza szczycić na meczach w Warszawie. Wszystko co dobre, szybko się kończy. Do następnego.

środa, 25 lutego 2009

Chelsea - Juventus 1:0

Bramki: Drogba (12.)

No cóż, stało się. Niestety mój ulubiony zespół przegrał i to dość wyraźnie. Nie wydaje mi się żeby Chelsea była zespołem poza zasięgiem, ale Juventus zagrał dziś fatalnie. Na początku dał się zepchnąć i szybko stracił bramkę. Podanie w środek pola karnego, piłka przeszła między obrońcami i Didier Drogba nie mógł nie skorzystać z takiej okazji. Buffon mógł się trochę lepiej zachować, ale i tak niewiele miał do powiedzenia. Potem Turyńczycy zaczęli grać trochę składniej, ale obrona wciąż szwankowała. Miałem wrażenie, że grają strasznie bojaźliwie, co dawało wiele okazji do kontrataków. Na szczęście żaden z nich się nie powiódł i skończyło się na, niezbyt sprawiedliwym, wyniku 1:0.

Okazało się że wystarczy przyjście Guusa Hiddinka i morale drużyny od razu się podnosi, a samym piłkarzom bardziej się chce. W Juve natomiast, mam wrażenie, Claudio Ranieri już się wypalił i nie ma za bardzo pomysłu na urozmaicenie gry. Poczekamy do rewanżu gdzie chciałbym zobaczyć ciekawszą grę Del Piero i spółki oraz przekonywujące zwycięstwo. W tym sezonie liczyć powinno się jedynie pierwsze miejsce w Lidze Mistrzów!

sobota, 21 lutego 2009

Przygody TinTina #6

Przed zakupem wydania zbiorczego Egmontu, o Tintinie wiedziałem tylko tyle że istnieje. Komiksu nie czytałem, serialu animowanego i filmów nie widziałem. Wszędzie chwalony, i uważany za najpopularniejszy europejski komiks postanowił po niego sięgnąć. Wybrałem tom 6 (stalowy), który składa się z przygód numer 15, 16 i 17. W latach 50, kiedy powstawały te komiksy, seria była już u szczytu popularności, a sam Hergé doszlifował swoje umiejętności, czyli teoretycznie kupiłem esencję Tintina.

Samo wydanie jest bardzo dobre. Oryginalnie przygody były publikowane w formacie A4, tutaj zostały pomniejszone do trochę większego od A5. Bynajmniej to nie przeszkadzało mi w czytaniu dużej ilości tekstu w chmurkach. Twarda okładka, miejscami lakierowana i ładny grzbiet robią wrażenie. W środku wysokiej jakości papier kredowy i 192 strony obserwowania przygód młodego dziennikarza i jego pieska. To wszystko za 39zł wydaje się niezbyt wygórowaną ceną, choć oczywiście mogło być o te 9zł tańsze, i wtedy dużo chętniej kupiłbym resztę integrali.


Jeśli chodzi o terść to chyba nie jest tak fajnie jak się spodziewałem z początku, ale po kolei.

Pierwszą przygodą jest "Tintin w krainie czarnego złota". Z niewyjaśnionych przyczyn benzyna wykorzystywana w samochodach i zapalniczkach wybucha i nie nadaje się do użytku. Tintin z Milusiem i dwójka policjantów Tajniak & Jawniak wyruszają do pewnego arabskiego kraju, który eksportuje cenny surowiec. Po serii niefortunnych zdarzeń i potyczek z przeciwnikami oraz rozpieszczonym bachorem bohaterom udaje się rozwiązać zagadkę.

Od razu rzuca się w oczy mocno uproszczony rysunek, który bardzo przypomina mi dokonania Mariana Walentynowicza w "Koziołku Matołku". Bynajmniej nie jest to wada, gdyż mimo prostoty jest on bardzo ładny i czytelny, a wszystkich bohaterów bez problemów da się rozróżnić. Najwięcej traci tło - bardzo ubogie w szczegóły, którym zazwyczaj jest goła ściana lub niebo. Nic nie wystaje poza ramki, które zawsze są prostokątne, nie ma także żadnych większych kadrów, a wszystko rozgrywa się w czterech wierszach na stronie. Hergé w zależności od tempa akcji zmniejsza lub wydłuża kadry. I tak gdy TinTin sprawdza czy ktoś jest w pokoju, rzucając w okiennice kamykami mamy 3 wąskie kadry, oraz dwa nad sobą w jednym wierszu. Natomiast podróżując przez pustynie, ramki są dłuższe, jedynie 3 w wierszu dzięki czemu czujemy długość podroży przez piaszczystą pustkę.



Czytając tę historię, miałem frajdę ze względu na humor, którego jest pod dostatkiem. Zazwyczaj polega on na przypadkowych upadkach lub zderzeniach z innymi. W czasach gdy w ludziach największy śmiech wzbudza goła dupa wystawiona przez okno jadącego samochodu, miło się ogląda takie niewinne sytuacje. Sama historia ma się odnosić do sytuacji z okresu lat 50, jednakże jakoś nie przywiązywałem do tego większej uwagi. Skupiłem się na akcji, której jest sporo. Nawet pewne niewiarygodne sytuacje, jak przetrwanie przez Tintina wybuchu flar w zamkniętym pomieszczeniu, nie są w stanie zepsuć całego dobrego wrażenia. Mimo wszystko odbieram "Przygody Tintina" jako komiks realistyczny, z małym dodatkiem wydarzeń mało prawdopodobnych.


Kolejne dwie części - "Kierunek Księżyc" i "Spacer po Księżycu" - tworzą spójną całość. Pierwsza opowiada o próbnej rakiecie mającej zrobić unikalne zdjęcia ciemnej stronie ziemskiego satelity. W drugiej, misją jest lądowanie ludzi na Księżycu. Pod względem graficznym nie różnią się od poprzedniej za bardzo. Rysownik dużo częściej korzysta z większych ramek na prawie całą stronę. Znalazła się nawet całostronicowa plansza ze schematem rakiety, która zabierze bohaterów w kosmos.

Scenariusz natomiast bardzo mnie rozczarował. Z komiksu można się dowiedzieć jak ludzie w latach 50. patrzyli na podbój kosmosu, jednakże cała historia jest strasznie dziecinna. Hergé robi krótkie wykłady na temat energii atomowej i sile przyciągania ale w żaden sposób nie pomaga to akcji, która w tych częściach jest dość powolna. Dużo gadaniny o kosmosie, rakietach i jakimś domniemanym spisku. Na początku mamy pokazane procedury zabezpieczające bazę, w której są przeprowadzane badania nad podbojem kosmosu, i przez co muszą przejść TinTin z kapitanem Baryłką, aby się do niej dostać. Następnie nie widomo jak i w sumie po co, przysłani zostają bliźniaczy policjanci. Większość historii zajmują sytuacje, w których Kapitan skarży się na swój pech i niemożność dogadania się profesorem Lakmusem. I tak jak w przygodzie w Arabii było to śmieszne, to tutaj jest tego stanowczo za dużo i szybko zaczyna nużyć.


Nawet gdy wspomniany spisek, zostaje wytropiony, to po pierwszej nieudanej próbie powstrzymania go, zapomina się o niebezpieczeństwie i nie ma ono wpływu na przebieg akcji. Dopiero pod koniec pierwszej części, dowiadujemy się że jest plan w takim wypadku. Dyrastyczny, choć nikt nie rozpacza, że nie podjęto lepszej prewencji. W ostatniej historii jest bardzo podobnie. Znów niezbyt dużo akcji w kadrach, a dużo wyjaśniania jak i dlaczego to się wydażyło. Liczba nieprawdopodobnych sytuacji wzrasta wraz z odrywaniem kolejnych pasażeró na gapę w rakiecie (sic!).

Tak jak pierwsza przygoda mi się podobała i wciągnęła, tak dwie kolejne strasznie się wlokły i nie mogłem doczekać się końca. Nastąpiło w nich przeładowanie identycznych żartów i nic nie wnoszących dialogów. W kązdym razie każdy powinien zapoznać się z tą serią i wyrobić sobie własne zdanie. Ja na resztę tomów się raczej nie skuszę w najbliższej przyszłości. Jedynie, który zakupię będzie zbiorcze wydanie pierwszych dwóch przygód młodego dziennikarza - "TinTin w kraju Sowietów" i "TinTin w Kongo" - tom niebieski.

piątek, 20 lutego 2009

Yoryk pośród Zagubionych

I kolejny post. Dużo piszę bo mam trochę więcej wolnego czasu. Tym razem coś związanego z jednym z ciekawszych seriali telewizyjnych ostatnich lat - "Zagubionymi". Dziś udało mi się obejrzeć szósty odcinek piątego sezonu i spotkała mnie miła niespodzianka. Jeden z głównych bohaterów Hurley czyta, czekając na samolot, hiszpańskojęzyczną edycje świetnego komiksu.


Komiksu, który w Polsce rozpoczęło publikowanie oficyna Manzoku, czyli "Y ostatni z mężczyzn". Póki co, dostępny jest pierwszy tom pt. "Zaraza", a kolejne dwa zapowiedziane są na Warszawskie Spotkania Komiksowe. Hugo natomiast posiada tom 3: "Y, el Ultimo Hombre: Un Pequeño Paso" (wydawnictwa Norma Editorial), czyli po naszemu: "Jeden mały krok"



Nie jest jednak przypadkiem, że akurat ten komiks znalazł się w 'obsadzie' serialu. Jednym ze scenarzystów jest, twórca tego komiksu, Brian K. Vaughan, czyli mała kryptoreklama samego siebie. Póki robi tak wyśmienite rzeczy, niech je umieszcza gdzie tylko chce.

Ze swej strony, obie rzeczy bardzo polecam. Z historii obrazkowych to według mnie najlepsza wydawana obecnie seria u nas w kraju. Szkoda, że tak długo trwa spełnianie obietnic o szybszym ukazywaniu się kolejnych tomów.

Na razie, o samym serialu raczej nie będę pisał, aby nie zepsuć zabawy w oglądanie nieziemsko zakręconych przygód rozbitków z lotu 815 linii Oceanic. Natomiast o komiksie spróbuje coś wyskrobać przy okazji (ewentualnego) ukazania się nowych albumów.

czwartek, 19 lutego 2009

Lech - Udinese 2:2

Bramki: Quagliarella (Udinese, 50.), Arboleda (55. - samobój), Rengifo (81.), Arboleda (84.)

Kibicem Lecha Poznań nie jestem, ale gratulacje dla Kolejorza. Wynik powinien ich cieszyć bo, co by nie mówić, Udinese jest trochę lepszym zespołem. Szkoda głupio straconych bramek, ale na szczęście i Włosi nie utrzymali koncentracji do końca więc i oni stracili dwie. Sam mecz nie był najwyższych lotów, ale oglądało się bardzo przyjemnie. Widać że Lechici nie próżnowali na zgrupowaniach i bardzo chcieli dziś wygrać. Nie udało się, ale dobrze jest że nie przegrali.

Piszę na temat tego meczu, ponieważ zastanawia mnie jedna rzecz. Dlaczego polski klub nie wykorzystuje warunków atmosferycznych aby pokonać lepszego przeciwnika. Rozumiem, że taka zima w Polsce ostatnio to też nie często się zdarza ale nie mając porządnie wyszkolonych piłkarzy powinniśmy mieć przewagę w grze w niesprzyjających warunkach. Wiedzieć jak podać, jak zachować się na śliskiej nawierzchni. Jeżeli chcemy aby polskie drużyny częściej grały na wiosnę w europejskich pucharach i nie kończyły przygody na pierwszym przeciwniku, należy zacząć wykorzystywać mało sprzyjające warunki pogodowe początku rundy wiosennej. To chyba będzie prostsze do wykonania, niż te całe plany o lepszym szkoleniu technicznym dzieci i młodzieży.

Życzę udanej gry w rewanżu! Będzie ciężko ale może się uda strzelić jedną bramkę więcej (jakoś ;).

U2 - No Line on the Horizon

Najnowszy album super-grupy U2 zostanie wydany jakoś na przełomie lutego i marca. Dzięki temu że ciekawość i chęć dzielenia się z innymi jest, wśród ludzi pracujących w tłoczarniach i sklepach z muzyką, dość spora to już dziś można posłuchać 11 nowych utworów panów z Zielonej Wyspy. Poniżej okładka i tracklista:

1. “No Line on the Horizon”
2. “Magnificent”
3. “Moment of Surrender”
4. "Unknown Caller”
5. “I’ll Go Crazy If I Don’t Go Crazy Tonight
6. “Get on Your Boots
7. “Stand Up Comedy”
8. “Fez – Being Born”
9. “White as Snow”
10. “Breathe”
11. “Cedars of Lebanon”

Nie jestem zagorzałym fanem, jednakże bardzo lubię posłuchać sobie, od czasu do czasu, ich piosenek. Ciekawie zagrane, wyśmienicie zaśpiewane i zawsze niosące ze sobą jakieś emocje. To wszystko składa się na to, że chętnie wracam do takich hitów jak "Beautiful Day" czy "Pride". Na tej płycie, tego ostatniego zabrakło.

Słucham i przy każdej piosence mam wrażenie, że gdzieś już to było. Poprzednia płyta, uważana przez samego Bono za niezbyt udaną, wydaje mi się że miała ciekawsze kompozycje. Promujący płytę singiel jest najmocniejszym i najszybszym utworem. "Get on Your Boots" nie ma jednak porównania do "Vertigo", który od pierwszych dźwięków pobudzał do skakania i był rozpoznawalny. Puszczony w rockowym radio "Get on Your Boots" zupełnie nie różni się od całej reszty granych tam utworów. Dla takiej potęgi jak U2 nie jest to raczej pocieszające. Teledysk również niczego nie ratuje. Jest ładny i nic poza tym.

W sumie o każdej piosence można byłoby napisać to samo. Po pierwszym przesłuchaniu najbardziej spodobał mi się “Magnificent”, który też nie jest czymś odkrywczym, ale kawałkiem porządnej muzyki bez żadnych udziwnień i zawodzeń. A na tej płycie, Bono udowodnił że może długo i często wyjękiwać półsłówka. Może za jakiś czas zmienię zdanie i coś więcej mi się spodoba, zobaczymy.

Ogólnie nie jest to zła płyta, jednakże spodziewałem się czegoś bardziej żywego, i ciekawszego. Dostaliśmy fachową robotę, jednakże dla mnie to za mało żebym zakupił oryginał, a i do wersji mp3 raczej wracać nie będę. Na koncertach będzie się ten materiał prezentował pewnie znacznie lepiej, więc na ewentualny występ wybiorę się znacznie szybciej niż do sklepu.

Pierwszy post|Testing|試し

初め!
漫画とか映画やTV番組等についてのブログだ、でも日記ではない、日記になりたくない。
試みのポストだから日本語を使った、次のがポーランド語で書かれる。

A po normalnemu: Witam i sprawdzam z czym to całe blogowanie się je! ;)

Postaram się produkować na tematy mi najbliższe: komiksy, filmy, seriale TV (w tym produkcje animowane). Jeżeli najdzie mnie ochota napiszę i o czymś więcej. Jednakże niczego nie obiecuję i od razu ostrzegam - słaby ze mnie pismak!