Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

poniedziałek, 30 marca 2009

Miłość Larsa


Polska jest krajem bardzo dziwnym, o czym wszyscy dobrze wiemy. Rodzimi dystrybutorzy też nie odstają za bardzo od tego określenia. Może chodzenie do kina nie jest narodową rozrywką, jednakże szkoda że w repertuarach rządzą głośne, wysokobudżetowe produkcje z Hollywood. Nie ma już miejsca i chyba chęci na wprowadzanie mniej znanych filmów. Jednym z nich, który udało mi się niedawno zobaczyć, jest "Lars and the Real Girl". W naszym kraju nie doczekał się premiery kinowej i nie wiem czy można go zdobyć legalnie na dvd. Ja dowiedziałem się o nim przypadkiem i po obejrzeniu trailera postanowiłem go ściągnąć. Film wyreżyserował w 2007 roku Craig Gillespie według scenariusza Nancy Oliver, scenarzystkę seriali "Sześć stóp pod ziemią" i "Czysta Krew".

"Miłość Larsa" opowiada historię młodego faceta, który samotnie mieszka w przygarażowym pokoiku. Ma wielkie trudności w nawiązywaniu kontaktów z innymi osobami i straszliwie boi się okazywać jakiekolwiek uczucia. Jego starszy brat i bratowa, którzy mieszkają w domku obok próbują, na różne sposoby, dotrzeć do niego i zapraszają go do siebie na małe pogawędki. Niewiele to się zdaje i Lars wciąż pozostaje na poboczu życia miasteczka. Na chłopaka ma oko pewna nowa dzieczyna z pracy - Margo, ale i jej wysiłek idzie na marne. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia. Lars zamawia lalkę naturalnych rozmiarów i przedstawia ją najbliższym jako swoją dziewczynę o imieniu Bianka.


Reakcje ludzi na takie towarzystwo zapewnia niezłą zabawę i wiele śmiesznych scen. W pewnym momencie urocza komedia zmienia się w dość przejmujący dramat o samotności. Każdy z nas potrzebuje kogoś z kim chcielibyśmy spędzać jak najwęcej czasu. Niektórzy mają ogromne problemy żeby taką osobę znaleźć, dlatego uciekają się do dość dziwnych sposobów. Mała społeczność miasteczka rozumie problem Larsa i pragnie mu pomóc, dlatego bardzo szybko akceptuje jego ukochaną i pomaga jej w przyzwyczajeniu się do życia w nowym miejscu. To wszystko sprawia, że i do tej pory wyalienowany Lars zaczyna częściej spotykać się z ludźmi i rozumieć, że oni nie są jego wrogami. W filmie występuje jeszcze jeden sposób na radzenie sobie z brakiem miłości, który prezentuje wspomiana Margo. Ona, klasycznie, próbuje wiązać się z różnymi mężczyznami, ale okazują się niezbyt odpowiedni i wciąż czuje się opuszczona. Film jest dość wzruszającą historią odnajdywania miłości i drugiej połówki. Może nie każdy się do tego otwarcie przyznaje ale wszyscy marzą o tej jedynej, która będzie mu towarzyszyć do końca swoich dni. Niektórzy mają problemy żeby o tym powiedzieć i ukrywają to pod płaszczemu czasami dziwnych zachowań. Jednakże dzięki pomocy najbliższych i przyjaciół jest to możliwe.

"Miłość Larsa" jest bardzo ładnie zrobionym, spokojnym filmem. Nie ma w nim nachalnych i niesmacznych żartów. Wszystko jest opowiadana w bardzo przyjemnej atmosferze troski i przyjaźni. Gra aktorów stoi na najwyższym poziomie i mnie szczególnie zauroczyła Kelli Gerner, w roli roześmianej i energicznej Margo. Ryan Gosling jako tytułowy bohater również zasługuje na wielkie brawa, gdyż stworzenie przekonywującego uczucia do lalki wymaga wielkich umiejętności. Serdecznie polecam obejrzenie tego filmu, gdyż nie ma za wiele komiedi, które w tak sympatyczny i nienachalny sposób epatują nadzieją i optymizmem. Szkoda tylko, że nie trafiają one do Polski w sposób legalny.

piątek, 27 marca 2009

Y #3 - Jeden mały krok

Razem z drugim tomem, Manzoku po kilku miesiącach przerwy, wydało część numer trzy. "Jeden mały krok" jest trochę grubszy i droższy niż poprzednicy. Znajdują się w niej 2 opowieści - tytułowa, oraz dwuzeszytowa "Komedia & Tragedia". Za rysunki, poza znaną Pia Guerrą, odpowiada jeszcze Paul Chadwick, którego styl jest bardzo podobny do głównej rysowniczki serii.

W tym tomie do głosu dochodzi kolejna grupa ścigająca Yoryka - odział żołnierek Izraela, które chcą przechwycić chłopaka na zlecenie pewnej amerykańskiej przedstawicielki władz. W międzyczasie spotykamy agentkę wywiadu rosyjskiego, która ma wiadomości o kolejnych żyjących mężczyznach. Komiks nabiera tempa i sensacyjnego klimatu. Odbywa się gra, której wygrany będzie posiadał ostatnich żyjących mężczyzn. Do tego dochodzi parę zabawnych scen, oraz pojawiają się, u dotychczas twardej Agentki 355, skrywane emocje.

Druga opowieść jest skupiona na trupie teatralnej, która wędruje od miasta do miasta i zabawia żyjące jeszcze kobiety wystawiając sztuki. Podczas jednej z prób znajdują małpkę, przez którą grupa postanawia stworzyć dramat o ostatnim mężczyźnie na Ziemi. Jak zostanie on przyjęty przez kobiety, których cierpienia spowodowane stratą mężów, synów i ojców wciąż są bardzo świeże? Ta historia pokazuje życie zwykłych obywatelek, które próbują dać sobie radę w nowej rzeczywistości. Ukazane są bardzo odmienne sposoby tego radzenia. Dodatkowo pojawia się, chyba kolejna organizacja polująca na ostatnich nosicieli chromosomu Y.


Tom lepszy niż poprzedni, ale wciąż niedorównujący #1. Historia ciągnie się dalej, jednakże nie mam wrażenia żeby zbliżała się do rozstrzygnięcia. Nie ma czasu na nudę, nie ma niepotrzebnych wywodów, całość czyta się bardzo dobrze i widać że wszystko jest przemyślane.

czwartek, 26 marca 2009

Imperator rysunku

Tytuł: "Star Wars: Mroczne Imperium"/"Dark Empire"
Scenariusz: Tom Weitch
Rysunek: Cam Kennedy
Wydanie: TM-Semic 1997

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce... rebeliancki oddział TM-Semic wydał komiks "Star Wars: Mroczne Imperium". Tytuł trafił na rynek w 1997 roku z okazji 20-lecia kinowej premiery "Nowej nadziei". Na całość składa się sześć części, u nas wydanych w trzech zeszytach. Numer pierwszy został wydany w sztywniejszej okładce i na papierze, który choć trochę cienki, nadal trzyma biały kolor. Kolejne części to już typowa dla TM-Semica "żółta gazetówka" i co gorsze, miększa okładka (przynajmniej za niższą cenę). Polskie wydanie nie uniknęło pomyłek. Znalazłem kilka błędów liternictwa gdzie pomylono końcówki, bądź całe wyrazy (np.'próbowania' zastąpiono 'porównania'). Najbardziej jednak irytowało tłumaczenie. Niektóre zdania są przełożone fatalnie! Nie mają ani sensu ani składni, co niesamowicie wkurza i rozprasza podczas czytania. Chmurki pełne są beznadziejnych zwrotów w stylu: 'droid łowca-zabójca', 'baza Pinnacle/iglica' czy choćby 'X-płatowiec' zamiast X-wing. Kwestie tracą także sens, gdy bohaterowie poruszają sprawę jasnej i ciemnej strony mocy oraz walki między nimi - wychodzi z tego zwyczajny bełkot (chyba, że tak było w oryginale, w co wątpię patrząc na całokształt pracy tłumacza).

Scenariusz:
Historia rozgrywa się po wydarzeniach znanych z klasycznej trylogii filmowej. Imperium ponownie reorganizuje swe siły, aby zadać Rebelii cios ostateczny. Atak przeprowadzony z zaskoczenia pozwala na zajęcie centrum galaktyki - planetę Coruscant. W odpowiedzi Rebelia przeprowadza kontratak pod dowództwem Luke'a Skywlakera i Lando Carlissiana. W trakcje bitwy statek z bohaterami rozbija się na powierzchni planety. Czytelnik dołącza do wydarzeń w momencie, gdy Leia i Han Solo wraz z Chewbaccą ruszają na misję ratunkową poczciwym Sokołem Millenium. Szybko udaję się odnaleźć Lando i resztę załogi z statku. Nigdzie nie ma natomiast śladu Skywalkera. Kiedy oddział ratunkowy zostaję zaskoczona atakiem imperialnego wojska, w ostatniej chwili pojawia się Luke. Od czasu wydarzeń z Bitwy o Endor (Epizod VI) stał się on potężnym rycerzem Jedi. Jednym ruchem ręki powala na ziemię ogromny transporter opancerzony AT-AT i ratuje przyjaciół z opresji. Leia szybko wyczuwa, że z bratem dzieje się coś niedobrego. Skywalker nakazuje wszystkim opuścić planetę i uciekać, gdyż przeczuwa nadciągające zło. Na niebie pojawia się potężna burza Mocy, która niszczy wszelkie pojazdy i żołnierzy stojących jej na drodze. Luke dobrowolnie się jej poddaje i pozwala pochłonąć wiedząc, że jest to jedyna droga do poznania nowego wroga. Pozostali bohaterowie docierają szczęśliwie do tajnej bazy rebeliantów, jednak Leia martwi się o brata i nie może sobie darować pozostawienia go samego na Coruscant. Okazuje się, że dotychczasowe ataki tylko odwróciły uwagę Rebelii od prawdziwego przeciwnika. Niczego nieświadoma, nie zauważyła potęgi rosnącej w głębokim jądrze galaktyki. Teraz owa siła ujawniła się wysyłając na planetę Mon Calamari niszczycieli planet - Dewastatory. Potworne maszyny wsysające powierzchnie i przerabiające ją, w ogromnych piecach, na myśliwce i inne uzbrojenie.

Powyżej opisałem zaledwie połowę pierwszego zeszytu. Dla zachęt mogę jeszcze dodać, że Dewastatory nie są jedyną super bronią jaką dysponuje tajemniczy wróg Rebelii a Han Solo znów spotka się z Boba Fettem. Największą niespodziankę przynoszą jednak losy Luke'a Skywalkera i jego nieuchronna konfrontacja z Ciemną Stroną.

Rysunek:
Rysunki Cama Kennedy'ego są absolutnie MOCarne! Charakterystyczne jest zastosowanie w ramce odcieni jednej barwy. I tak na przykład sceny rozgrywające się w kosmosie są nakreślone morską zielenią w różnych odcieniach. Kiedy bohaterowie trafiają na księżyc Nar Shaddaa, dominuje jasna zieleń i kilka jej ciemniejszych tonów, które kontrastują z prawie czarnym tłem. Walki rozgrywające się na wodnej planecie Mon Calamari to całe spektrum niebieskiego i granatu. Osobiście podobają mi się również sceny w ciemnych trzewiach statków kosmicznych, gdzie dominującą barwą jest czerwień bijąca z ekranów komputerów pokładowych. Często sposób rysowania zdradza malarskie korzenie artysty, choćby planety wypełniane są plamami farby w kilku odcieniach zieleni i wyraźnie widać chlapnięcia pędzla.

Przejdźmy teraz do samego kroju rysunków. Wygląd postaci przywodzi na myśl komiksy science-fiction z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Bohaterowie charakteryzują się dość topornymi sylwetkami o szerokich ramionach i pieńkowatych nogach. Twarze z kościstymi policzkami i wydatnymi szczękami pozwalają rysownikowi na grę cieni, w której wydają się jeszcze ostrzejsze i posępniejsze. Jedynie Leia mogłaby być bardziej kobieca i mieć smuklejszą twarz - rysunek kobiet nie jest mocną stroną Kennedy'ego. Hana i Luke'a rozpoznamy bez problemu, reszta bohaterów też raczej nie nastręcza trudności w identyfikacji.
Oddzielną sprawą są szkice pojazdów, których całe mnóstwo przewija się przez strony komiksu. Autor nie tylko dokłądnie odwzorował znane wszytskim jednostki jak Sokół Millenium, fregata Nebulon-B czy niszczyciele Imperium ale stworzył zupełnie nowe maszyny, które weszły na stałe do kanonu Gwiezdnych Wojen - myśliwce E-Wing, Tie/D, wspomniane wcześniej Dewastatory oraz przemytnicze Starlight Intruder i Hyperspace Marauder.

Klimat prac oddaje brud i śmietnik jaki panuje w galaktyce ogarniętej wojną. Dookoła walają się szczątki rozbitych jednostek, odpadki i inne świnstwa. Ulice są pełne podejrzanych postaci i niebezpiecznych zakamarków. Stworzony w komiksie obraz diametralnie odbiega od tego co pokazywały filmy. Nie ma tu sterylnie czytsych miast i statków, a wszytsko jest ciemne i nieprzyjazne obcym.


Moc w tym komiksie jest silna. Przygoda, w której uczestniczą bohaterowie, może nie zachwyca epickością, ale za to tworzy obraz mrocznej galaktyki wobec której, nawet najwięksi herosi są bezsilni. Całości dopełniają genialne prace rysownika. "Dark Empire" jest obowiązkową pozycją z Expanded Universe dla każdego zainteresowanego tematem Star Wars. Warto rozważyć zainwestowanie w wersje oryginalną (pojedyńcze zeszyty lub wydanie zbiorcze) aby pominąć niedoróbki i błędy wydania polskiego.

Ciemna i Jasna strona w znakomitym wydaniu.

Recenzja Dark Empire II

środa, 25 marca 2009

Punisher vs Max Payne

Tytuł: "Punisher: War Zone"
Reżyseria: Lexi Alexander
Scenariusz: Nick Santora i Art Marcum
Premiera: 5 grudnia 2008

Tytuł: "Max Payne"
Reżyseria: John Moore
Scenariusz: Shawn Ryan, Thomas Fenton i Beau Thorne
Premiera: 15 października 2008

Witam Państwa na walce wieczoru! Dzisiejszy pojedynek rozegra się między dwoma mścicielami, którzy nie znają litości dla wroga!


W lewym narożniku, ważący tonę, potężny Punisher alias Frank Castle - osiłek potrafiący przyjąć na klatę całą serię z cekaemu i nawet nie stęknąć. Nieznający strachu i zawsze wchodzący głównymi drzwiami w towarzystwie eksplozji i strzałów.
Prawy narożnik należy do Maxa Payne'a. Bardziej zwinny i szybszy od adwersarza nie przepada za frontalnym atakiem. Lubi zachodzić z boku i dopiero wtedy uderzać ze śmiertelną precyzją. Stosuję niebezpieczną taktykę podkradania się i celnych ciosów. Niejeden przeciwnik przekonał się, że nie ma z nim żartów.
Kto zwycięży pojedynek o lepszą ekranizację swych przygód? Kto okaże się lepszym wojownikiem i pierwszy wyprowadzi miażdżący cios? Dowiemy się tego już za chwilę.


Punisher rozpoczyna atak z pełnym impetem! Już na początku udaje mu się wtargnąć do domu rodziny mafijnej i przerywa im w dość brutalny sposób wspólne biesiadowanie. Trup skąpany w krwi ściele się gęsto. W dobrze znanym stylu dosłownie kasuje gangsterów jeden po drugim używając wszystkiego co wpadnie mu w ręce, że o arsenale który przyniósł ze sobą nie wspomnę. Niezmordowany mściciel nie poprzestaje jednak na tym. Jednemu z bossów udaje się uciec do kryjówki urządzonej w nabrzeżnych dokach. Frank dopada go w porcie i rozpoczyna się kolejna jatka. Niestety pan z czaszką traci impet a jego ciosy coraz częściej mijają cel. Podczas strzelaniny zabija agenta FBI działającego w mafii pod przykrywką. Kolejnym błędem jest pozostawienie szefa gangu, nie upewniwszy się czy na pewno nie żyje - najprostsza droga do pozyskania śmiertelnego wroga. Sceny, w których Billy Russoti cudem przeżywa i odradza się pod pseudonimem Jigsaw bardzo przypomina motyw z "powstaniem" Jokera w filmie Batman. Teoretycznie Punisher ładuje się w poważne tarapaty i powinien się nieźle napocić aby umknąć ścigającym go funkcjonariuszom FBI i mafii. W praktyce historia szybko robi się banalna a zakończenie nie dość, że przewidywalne, to jeszcze mało efektowne. Pierwsza próba ekranizacji z 1989 roku była tandetną sensacją nakręconą za kilka dolarów. Podejście drugie z 2004 zyskało solidnie wykonanie ale zostało spartaczone reżysersko i fabularnie. W porównaniu do Dolpha Lundgrena, którego twarz nie potrafi wyrazić nic i Thomasa Jane, który wygląda głupkowato, Ray Stevenson wypada poprawnie. Jego gra też nie poraża, ale Punisher wreszcie bez użycia słowa, samym sobą mówi: "Wszystkich was wykończę". Można powiedzieć, że nareszcie ma charakter i wygląda tak jak powinien od początku.


Czas na kontratak Maxa! Detektyw rusza do akcji i już na początku plączą mu się nogi. Jeżeli ktoś lubił komputerowe przygody policjanta i razem z nim mścił się na sprawcach śmierci rodziny musi wiedzieć jedno, w filmie nic z tego nie zostało. Wątek morderstwa oczywiście jest, ale reszta to jakaś głupia historyjka o testach medycznych na żołnierzach i towarzyszących temu halucynacjach z walkirią w roli głównej. Brak klimatu, brak polotu i brak słów żeby opisać tandetę scenariusza i wkurzenie na twórców, że z ciekawej i poruszającej historii zrobili taki chłam. Jakby tego było mało Mark Wahlberg nie gra tylko chodzi po planie filmowym wygłaszając wyuczone kwestie. Po nominaci do Oscara za rolę w "Infiltracji" pomyślałem, że z aktora coś w końcu będzie. Ale najwidoczniej wyróżnienie nie pomogło. Kolejne role w banalnym "Snajperze", śmiertelnie nudnym "Wydarzeniu" i niezbyt udanym filmie "Królowie nocy" pogrążały go coraz bardziej w moich oczach. Na potwierdzenie dorzucił kaszanę pod tytułem: "Max Payne". Szkoda męczyć klawiaturę żeby to opisać...

Wynik walki może być tylko jeden. Po półtoragodzinnej rundzie Punisher masakruje Maxa i robi z niego papkę. I dobrze! Może to nauczy ekipę, żeby więcej nie brała się za film jak nie potrafi a Wahlberga aby się opamiętał zanim straci resztki godności. Pojedynek nie kończy się jednak łatwym zwycięstwem - Frank Castle stoi nad pokonanym Paynem ciężko dysząc i słaniając się na nogach. W kategorii ekranizacji komiksu Batman albo Ironman wytarliby nim podłogę, nie mówiąc o Watchmenach. Innymi słowy, jeżeli możecie ominąć te filmy, nie żałujcie - jest wiele innych, lepszych.

Ps. Zarówno komiksowy Punisher jak i komputerowy Max Payne są postaciami jak najbardziej interesującymi. Powyższe zestawienie opisuje jedynie ekranizacje a dobór tej pary wynika z podobnej genezy powstania, zemście za stratę rodziny oraz premiery filmów w tym samym okresie.

Zapaśnik


Najnowsze dzieło Darrena Aronofsky'ego różni się znacząco od jego poprzednich głośnych filmów. Nie mamy już do czynienia z żadną nadnaturalną tajemniczością, ani onirycznością w opowiadanej historii. Dostajemy film niemalże dokumentalny o najsławniejszym amerykańskim zapaśniku lat '80. W rolę Randy'ego "The Ram" Robinsona wcielił się zmartwychwstały Mickey Rourke, który po "Sin City. Miasto Grzechu" systematycznie wraca na szczyty Hollywood. Film też jest zapisem od kuchni bardzo popularnych w USA zapasów - wrestlingu. Pomimo, że walki są w dużym stopniu reżyserowane, uderzenia i ból z nimi związany są prawdziwe. Dlatego też film fragmentami jest dość brutalny.

Obserwujemy "The Ram" dwadzieścia lat po swoich największych sukcesach. Jest już podstarzałym facetem, który dalej robi to co umie najlepiej. Walczy w salach gimnastycznych w małych miasteczkach, gdzie przychodzą całe rodziny z dziećmi aby zobaczyć dawnego mistrza. Jednakże trudno z tego wyżyć i musi dodatkowo dorabiać w supermarkecie, gdzie jest upokarzany przez kierownika, lub pobierać opłaty za autografy. Mieszka w obskurnym baraku, na którego opłacenia nie zawsze go stać. Mimo to nie planuje rozstać się ze sportem, który dla wielu kojarzy się z głupotą.


Po jednym z turniejów Randy ląduje w szpitalu, gdzie lekarze zalecają przerwanie treningów. Poza wrestlingiem Zapaśnik spędzał czas w klubie ze striptizem, w którym miał jedyną przyjaciółkę Cassidy (Marisa Tomei, zdobywczyni Oskara). Ona doradziła mu, żeby znów nawiązał kontakt z opuszczoną przed laty córką (Evan Rachel Wood). Tylko czy dorastające, przez lata, bez ojca dziecko będzie chciało powrotu rodzica? Czy "The Ram" będzie w stanie porzucić sport i to co kochał na rzecz rodziny?

Aronofsky stworzył porządny film o tym jak trudno jest się zmienić. Jak ciężko zrezygnować z czegoś co robiło się przez całe życie, jeśli nawet może to się skończyć śmiercią. Nawet chęć zbliżenia się do jedynego dziecka, nie jest wystarczającym powodem do zapomnienia. Może nie jest to najoryginalniejszy temat, ale kreacja Mickey'a Rourke'a spowodowała że jest to bardzo dobry film. Aktor stworzył bardzo przekonywującą postać sportowca i człowieka potrzebującego wsparcia.


Chciałbym jeszcze wspomnieć o muzyce. W dużej części są wykorzystywane kawałki mocno rockowe. Dość często w tle słychać AC/DC i dość dobrze pasują do tego co widać na ekranie. Finałowa walka okraszona jest przebojem Guns'n Roses - "Sweet Child O' Mine". Szkoda tylko, że te zespoły nie są dostępne na oficjalnym soundtracku.

Po obejrzeniu, przeczytałem krótką biografię Mickey'a i było to coś szokującego. Jego życie niemalże przypomniało odgrywaną w tym filmie postać. Po wielkich latach osiemdziesiątych, gdy mógł wybierać w rolach stoczył się na dno. Dopiero niedawno znów powrócił do aktorstawa na najwyżczym poziomie, zrezygnował z alkoholu i narkotyków na rzecz normalnego życia. Jego osobiste doświadczenia znacznie pomogły w zagraniu i dzięki temu naprawdę można uwierzyć że "The Ram" i Mickey Rourke to te same osoby.

poniedziałek, 23 marca 2009

Y - ostatni z mężczyzn #2 - Cykle

Po 8 miesiącach Manzoku wreszcie wydało kontynuacje serii Briana K. Vauhgana. Należy się cieszyć że jakość wydania i, przede wszystkim, cena wciąż są na zadowalającym poziomie. Na końcu albumu znalazł się miły dodatek w postaci wstępnych szkicy postaci.

Yoryk, Agentka 355 i doktor Mann wyruszają w podróż do Kalifornii, do laboratorium, które ma pomóc w badaniach nad odrodzeniu mężczyzn. W drodzę trafiają do pewnego miasteczka, które nadspodzeiwanie dobrze radzi sobie bez pomocy chłopów. W przeciwieństwie do większości miast, posiadają elektryczność i świerze jedzenie. Niestety za bohaterami wciąż podąża między innymi grupa Amazonek, do której należy siostra Yoryka Hero. Ich jedynym celem jest zabicie ostatniego z ciemiężycieli kobiet. Dochodzi nawet do konfrontacji między nimi. Dowiadujemy się też, że kolejna grupa również szykuje się na konforntację z chłopakiem. Ogólnie, tempo trochę siadło, ale ostatni kadr zapowiada jeszcze ciekawsze rzeczy w kolejnym albumie.


Drugi tom już nie wywarł na mnie tak silnego wrażenia jak poprzedni. Chociaż wciąż jest interesująco, to strasznie irytuje mnie zachowanie dr Mann, która jest typową głupią kobitką (chociaż zna się na genetyce i klonowaniu jak nik inny). W końcu, w Yoryku i kobietach odzywają się instynkty i nikt już nie udaje świętoszków. Scenarzysta wciąż wplata w dialogi nawiązania do muzyków i klasyki filmowej dzięki czemu mamy dodatkową frajdę w czytaniu. Rysunki Pia Guerra'ery nic się nie zmieniły i nadal cieszą oko swoją prostotą. W tym tomie duże wrażenie zrobiły na mnie okładki autorstwa J. G. Jonesa, które jakoś mi umknęły przy lekturze poprzedniej części.

sobota, 21 marca 2009

Y - ostatni z mężczyzn #1 - Zaraza

Uzależniający, niesamowity, genialny... To pierwsze skojarzenia, które przychodzą mi namyśl po przeczytaniu pierwszej części serii "Y - ostatni z mężczyzn", którą zaczęło publikować Manzoku w lipcu roku 2008. W oryginale liczy sobie 10 tomów i mam wielką nadzieję że w Polsce wszystkie one zostaną wydane, gdyż jest to bardzo dobry komiks. Jakość wydania jest również wysoka, książka po wielokrotnym czytaniu się nie rozlatuje, kolory są wyraźne, tłumaczenie również nie sprawia problemów. Do tego dochodzi naprawdę niska cena za 128 stron bardzo wciągającej przygody, okraszonej ładnymi, choć dość prostymi rysunkami.

O czym natomiast opowiada ten komiks? Przedstawia alternatywną rzeczywistość gdy w jednej sekundzie wszyscy samce na Ziemi giną z niewyjaśnionej przyczyny. Jedynymi nosicielami chromosomu Y pozostali Yoryk oraz jego małpka Ampersand. Dlaczego to się wydarzyło i czemu tylko oni zdołali przeżyć zagładę? Na razie nie dowiadujemy się tego, jednakże powoli odkrywamy nowy świat - bez mężczyzn. Polski czytelnik może mieć uczucie wtórności po równie genialnej komedii Juliusza Machulskiego "Seksmisja", jednakże nic bardziej mylnego. Niby punkt wyjścia podobny, jednakże rozwiązania są zupełnie inne i służą zupełnie innym celom. Po lekturze tego komiksu wcale nie jest nam do śmiechu.


Po zaistnieniu omawianej katastrofy okazuje się, że telefony, elektrownie, linie lotnicze przestają działać. Pozostałe przy życiu kobiety muszą się zorganizować. Jedne tworzą gangi, które nie chcą dopuścić do odrodzenia rodzaju męskiego. Inne, pod przewodnictwem polityków, chcą wykorzystać Yoryka do zbadania przyczyn zaistniałej tragedii. Tak zaczyna się podróż głównego bohatera wraz z agentką służb specjalnych 355, w poszukiwaniu pani doktor genetyki, która może pomóc rozwiązać zagadkę.

Scenariusz stworzył Brian K. Vaughan, którego miłośnicy serialu "Lost. Zgubieni" zdążyli już poznać. Facet ma niesamowity dar opowiadania historii, potrafi budować napięcie i kązdy zeszyt zawarty w pierwszym tomie kończy się tak, że chcemy przewrócić stronę i poznać dalsze losy. Dodatkowo pośród dialogów umieszcza liczne odwołania do współczesnej popkultury USA. Pierwszy zeszyt jest również świetny pod względem kompozycji. Już na pierwszej stronie dowiadujemy się co się stało, a potem cofamy się w przeszłość i odliczamy do nieuchronnego. Patrzymy na wiele postaci, które w codziennych sytuacjach doczekały zagłady. Czy któraś z nich zrobiła coś co ją wywołało? Może tak się okaże, ale póki co nic nie wiemy i chcemy czytać dalej. Za rysunki odpowiada Pia Guerra. Jej praca charakteryzuje się ładnymi postaciami i niezbyt bogatym tłem. Poza tym nie uważam żeby były jakieś wyjątkowe, ale dzięki temu bardzo miło się to wszystko ogląda.


W tej chwili jest to chyba najlepsza seria komiksowa wydawana w Polsce. Zagrozić jej mogą jedynie "Baśnie", o których niedługo też mam nadzieję napisać, lub samo wydawnictwo, które spóźnieniami może doprowadzić czytelników do rezygnacji z długiego oczekiwania na kolejne części. Mocno polecam ten komiks wszystkim, którzy lubią porządną przygodę i dobrze opowiedzianą historię. A za niedługo napiszę coś o tomach #2 i #3

czwartek, 19 marca 2009

Watchmen. Strażnicy


Kinowa adaptacja komiksu "Watchmen" (scenariusz Alana Moore'a i ilustracje Dave'a Gibbonsa), przez wielu uważanego za najlepszy w historii. W Polsce pierwowzór wydał w 2003 roku Egmont, który przeczytałem kilka lat temu, jednak go nie kupiłem oczekując na lepsze wydanie. Z tego względu nie mogę go porównywać do filmu, gdyż niewiele pamiętam a dzieje się tam bardzo dużo. W ekranizacji również.

Obraz jest wyreżyserowany przez Zacka Snydera, twórcę filmu "300". Tak jak tam, tutaj też zadbał o jak najwierniejsze oddanie treści i obrazów z komiksu. Oczywiście nie wszystko dało się zmieścić, ale i tak powstało 2,5 godzinne niesamowite przedstawienie. Wersja na DVD/BD ma być jeszcze dłuższa, a oddzielnie, już teraz, można zakupić "Tales of the Black Freighter" - animowane przygody marynarza, które są krótką adaptacją komiksu w komiksie i w filmie nie występują.

"Watchmen. Strażnicy" jest skierowany przede wszystkim do fanów komiksu i nie ma się co spodziewać, że wielu ludzi, zupełnie nie znających amerykańskich superbohaterów, wyjdzie z seansu zadowolonych. Jest to historia, która przełamuje stereotypowe kreacje bohaterów i żeby to zauważyć należałoby mieć choć trochę wiedzy o tym jak w USA przedstawiani byli Superman lub Captain America. Kolejnym tematem, na którym skupia się film jest strach przed nuklearną zagładą, której w obecnych czasach społeczeństwo już nie odczuwa. Zarzut niezbyt aktualnej tematyki jest jak dla mnie całkiem uzasadniony, nie tylko ze względu na zakończenie Zimnej Wojny, ale i zmiany pośród superherosów. Zmiany, które zaszły również dzięki dziełu Alana Moore'a.


Kiedyś bohaterem mógł zostać jedynie ktoś nieskazitelny, bez wad, oraz kochający innych ludzi. Wystarczy wskazać filmowe wersje z dawnych lat. Superman pomagał ludziom zawsze i wszędzie, a wychowujący, jego alter ego, rodzice byli kochającymi ludźmi. Batman zwalczał przestępczość, jednakże nigdy nie stosował brudnych zagrywek. Strażnicy nie są, w żadnym stopniu, tak znanymi postaciami, jednakże bardzo łatwo każdego z nich przyporządkować do takowego. Dzięki temu dostajemy bardziej uniwersalną opowieść, którą można odnieść nie tylko do Uniwersum DC. Spotykamy w filmie przebierańców, którzy nie zawsze mieli szczęśliwe dzieciństwo. Ich nastawienie do ludzi jest zupełnie inne niż mogłoby się zdawać. Ratowanie potrzebujących jest nieczęsto jedynie celem do wystąpienia w telewizyjnej bądź gazetowej relacji. Na szczęście nie wszyscy z nich tacy są, jednakże czy będą w stanie zwyciężyć trzymając się swoich zasad?

Film stara się też opowiadać co by było gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę. Gdyby istniał ktoś zdolny do niszczenia wszystkiego jednym kiwnięciem palca, lub na tyle silny aby poradzić sobie z brutalnym gangiem. Czy byliby idolami wśród społeczeństwa? Odgrywa się to w trochę zmienionej rzeczywistości - Amerykanie wygrywają w Wietnamie, a Nixon (bez odkrycia afery Water Gate) po raz trzeci zostaje prezydentem. Już niewiele zostaje aby wywołać ostateczną wojnę w ZSRR, i cały świat drży przed zbliżającym się końcem, a zamaskowani mściciele zostali prawnie zakazani na ulicach miast.

Wszystko to skłąda się, jak już wspomniałem, na dość długi film. Według mnie było kilka momentów, na których mogliby zaoszczędzić czas. Niektóre sceny były przegadane, a inne zbytnio napakowane efektami znanymi z trylogii Matrix. Ogólnie jednak film mi się podobał. Świetnie zrealizowany, oddający charakter lat '80, oraz zagrożenia nieuniknioną katastrofą nuklearną. Duża część historii dzieje się podczas sceny z napisami początkowymi, gdzie są ukazane zmiany wśród bohaterów.

Sama historia jest dość prosta. Mamy Rorschacha, który jako jedyny wciąż działający w ukryciu superbohater-detektyw, walczy ze złem na ulicach. Wraz ze śmiercią jednego ze znajomych - Komedianta - postanawia odkryć dlaczego tak się stało. Podczas śledztwa natrafia na coś znacznie większego i bardziej skomplikowanego niż mogło mu się wydawać z początku. Inni byli superbohaterowie mają swoje powody dlaczego nie bardzo kwapią się z pomocą.

Odtwórca roli Rorschacha - Jackie Haley - jest mocno wyróżniającym się aktorem na tle reszty. Nocny Puchacz II (Patrick Wilson) i Komediant (Jeffrey Morgan) również byli bardzo przekonywujący, zwłaszcza ten pierwszy grając sporego 'ciamajdę'. Jedwabna Zjawa II (Malin Akerman), Ozymandiasz (Matthew Goode) i Dr Manhattan (Billy Crudup) wypadli bardzo sztywno, choć u tego ostatniego tak miało pewnie być. Dobranie mało znanych aktorów wyszło filmowi na dobre, można było się skupić jedynie na kreacjach a nie na głośnych nazwiskach.

"Watchmen" można pochwalić za oprawę wizualną, jest bardzo ale to bardzo dobra. Sceny walki, wszelkie komputerowo generowany obrazy wyglądają niesamowicie. Kolejną bardzo dobrą stroną filmu jest muzyka. Piosenki użyte pochodzą właśnie z okresu lat '80 i niesamowicie pasują do wybranych scen. Dodają dramtaurgii i wzmacniają odbiór tego co widać na ekranie.


Mimo wszystko film polecam jedynie osobom zaznajomionym z tematem komiksów. Nie jest to kolejny film o tym jak zamaskowany rycerz walczy o dobro w miasteczku, jednakże bardziej poważna rozprawa o naturze superherosów, i w sumie zwykłych ludzi też. Trzeba przyznać Snyderowi, że po raz kolejny udało mu się przekonać do siebie fanów historii obrazkowych.

PS. Osobiście, film "Watchmen. Strażnicy" spodobał mi się bardziej niż "Mroczny Rycerz"

środa, 18 marca 2009

Zawodowy debiut

Wykonawca : Out of tune
Wydanie: 2008 EMI Music Poland

01. This Crepancy
02. Plastikowy
03. What you're missin'
04. Phone call
05. Slowmotionpicture
06. Nie próbuj
07. Vintage violence
08. Confidence
09. Those things will kill you
10. Przywidzenia
11. 247
12. Refugees
13. Ink-a-bink

Zespół działa od 2005 roku w składzie:
wokal: Eryk Sarniak
gitara: Maciej Sobczyński
perkusja: Michał Witkowski
W 2006 roku dołączył Mateusz Gągol (klawisze i chórek).

Omawiana dziś płyta miała premierę dwudziestego drugiego sierpnia 2008, a więc pół roku temu. Na usprawiedliwienie opóźnienia mogę powiedzieć, że zależało mi na dokładnym zapoznaniu się z prezentowanym materiałem i daniem sobie trochę czasu na osłuchanie. Minęło przeszło sześć miesięcy i nadal lubię sięgnąć po ten krążek, co już samo w sobie dobrze o nim świadczy.
Zawarte na nim utwory są w większości nowe i powstały specjalnie na płytę. Pozostałe to dobrze znane fanom utwory z EP-ki "Killer pop machine". Na tych czterech utworach najłatwiej można usłyszeć zmiany jakie zaszły w zespole od jej wydania. Już po pierwszym przesłuchaniu nasuwają się wnioski dotyczące "jakości" albumu. Piosenki będące niewątpliwie świetnymi kawałkami i dobrym pomysłem "na muzykę" otrzymały pod kierownictwem producenta (Piotr Chancewicz) szlify, które pozwoliły wykorzystać ukryty w nich potencjał.
"What you're missin'" - utwór chwytliwy i melodyjny, był zarazem trochę monotonny brzmieniowo i brakowało mu jakiegoś urozmaicenia. Wszystko to zniknęło w nowej wersji na płycie. Uwierzcie, na żywo jest bombą energii!
"Nie próbuj" - wcześniej znane jako "Killer pop machine", oprócz polskiego tekstu (który niezbyt przypadł mi do gustu) i zmiany tytułu zyskało trochę ogłady i ciekawe, dojrzalsze brzmienie, dzięki czemu jest jednym z jaśniejszych punktów na płycie.
"Vintage violence" - zachowało praktycznie klimat z EP-ki, ale zdecydowanie przyjemniej i mocniej gra gitara, jakby lepiej zestrojona i dopasowana do reszty. Korzystniej wypada też wokal, który zyskał siłę i czystszy dźwięk.
"247" - poprzednio "Find a reason". W tym kawałku zaszły chyba największe zmiany z omawianych powyżej. Polski tekst, odrobinę szybsze tempo, żywszy śpiew wokalisty i co najlepsze - ekstra chórek w wykonaniu Mateusza, który w refrenie rewelacyjnie uzupełnia głos Eryka.


Jeżeli ktoś myśli, że zespół odgrzał "stare kotlety" i dograł kilka kawałków żeby zapchać krążek, to jest w WIELKIM błędzie. Nowe utwory są równie dobre i nie ustępują pola sprawdzonym hitom Out of tune. Moim faworytem jest "Refugees". Posiada wszystko to, co najlepszego chłopaki mają do zaoferowania i najdłużej pozostaje w pamięci. Przyjemny wokal, ciekawe partie gitary, świetnie uzupełniająca elektronika, a wszystko to w rytm niezłej perkusji. Aż dziw bierze, że to nie ten utwór wybrano na singiel promujący i dopiero teraz pojawi się teledysk. Skoro już o singlu mowa, to został nim "Plastikowy". Z jego oceną mam trochę problemu. Jest to niewątpliwie dobry kawałek muzyki, ale podczas słuchania odnosi się wrażenie, że zespołowi brakowało trochę sił i całość zagrano bez ikry - szkoda, bo kompozycyjnie jest bardzo przyzwoity. Odrobina "kopa" i zmuszenie wokalisty do większego zaangażowania dałoby pożądany efekt. Daleko nie szukając, jako przykład można podać "Przywidzenia", gdzie Eryk zdecydowanie bardziej się "przykłada" i to od razu słychać.
"Phone call" i "Slowmotionpicture" traktuję jak swego rodzaju eksperyment, z odchodzącymi w stronę electro dźwiękami. Utrzymane w zdecydowanie spokojniejszym nastroju, kuszą ciekawym brzmieniem i są nieźle skomponowane od strony muzycznej. Przy czym, trzeba być w odpowiednim nastroju żeby ich słuchać - na pewno nie nadają się do słuchania "na co dzień". Pozostając w klimatach electro, chłopaki podkręcają tempo w "Confidence". Wokal schodzi na drugi plan (Eryk używa megafonu) a na pierwszy wysuwa się gra klawiszy, gitary i perkusji. Miłym zaskoczeniem była dla mnie piosenka "Those things will kill you". Wolny, senny początek przechodzi w rytmiczne, wręcz raźne rozwinięcie. Całość brzmi niezwykle pozytywnie i... świeżo.

Żeby przy każdej piosence nie pisać tego samego, oddzielny akapit poświęcę Mateuszowi. Chórki i elektronika w jego wykonaniu są na prawdę genialnym uzupełnieniem muzyki zespołu i świetnie się komponują z całością, mając nie bagatelny wpływ na odbiór płyty. Duży plus.

Podsumowując, mamy do czynienia z kawałem solidnej roboty, na którą składa się siła świeżości i mnóstwo pomysłów na siebie i swoją muzykę, a wszystko to pod okiem doświadczonego producenta. Nie wiem jak zespół, ale ja nie wyobrażam sobie lepszego debiut. Czekam na płytę "numer 2"!

Ps. Na końcu chciałbym jeszcze zachęcić do odwiedzenia profilu zespołu na MySpace i posłuchania remiksu "Szklanej pogody" Lombardu. Utwór trafił na składankę "Wszystkie covery świata" i jest udaną wersją hitu z lat osiemdziesiątych.

wtorek, 17 marca 2009

Po WSK 2009

Impreza się skończyła, jednakże wspomnienia z niej nie pozostaną na długo w pamięci. Przynajmniej te związane z autografami, panelami i ogólnie mówiąc z komiksami. O sobocie - gdyby nie plecak uginający plecy od ciężaru zakupionych nowości - przez grzeczność, można byłoby w ogóle nie wspominać. Żadne z zaplanowanych wydarzeń nie było na tyle interesujące aby przyjechać do Palladium zbyt wcześnie. Byliśmy jedynie świadkami początku spotkania z twórcami "Komiks W-wa", które zaczęło się szybkim wstępem Makaka i równie szybkim jego zniknięciem z imprezy. Następnie trójka autorów sobie usiadła i gadała, gdyż nie było nikogo kto prowadziłby z nimi rozmowę. Samych słuchaczy również nie było zbyt wielu, jednakże mogło to być dość mylące ze względu na duży rozmiar sali. Po tym zwątpiliśmy i już do Wielkiej Sali nie wróciliśmy. Dla nas ten dzień oznaczał jedynie pozbywanie się pieniędzy i buszowanie wśród ogromnej liczby komiksów.

Na WSK pojawiły się wszystkie, znaczące w Polsce, wydawnictwa: Egmont, Kultura Gniewu, Timof i cisi wspólnicy, Taurus Media, Post, Hanami (jedyny przedstawiciel wydawnictw mangowych, co bardzo smuci), Pro-Arte, Mucha Comics, Ongrys. Do tego dochodzą stoiska Multiversum i Komikslandii z zagranicznymi tytułami, stoisko z art-bookami oraz z archiwaliami i zeszytami zagranicznymi. Niestety nie pojawiło się Manzoku, i nie przywieźli ze sobą długo oczekiwanego przeze mnie "Y- ostatni z mężczyzn" - z kilku źródeł wiadomo, że dwa tomy mają pojawić się na dniach. Największym minusem była mała ilość starych tytułów więc zakupiliśmy jedynie nowości. Ja swoje plany plany, poza wspomnianym "Y", zrealizowałem prawie w całości. Część jeszcze, uzupełnię w tygodniu wizytując Centrum Komiksu.

Niedziela miała zacząć się, dla nas, od Gwiezdnych Wojen, ale spotkanie z redakcją magazynu "Star Wars Komiks" skończyło się szybciej niż zdążyliśmy zająć miejsca. Potem pojawili się żołnierze Imeprium z 501 Legionu, którzy wzbudzili ogólny zachwyt wśród dzieciaków. Nam też dał się on we znaki i parę fotek sobie pstryknęliśmy. Jako, że kolejne spotkania mało nas interesowały powróciliśmy do Palladium na panele z wydawcami. Ciekawe rozmowy dotyczące przyszłości i planowanych tytułów zostały spisane na Kolorowych Zeszytach.

Ogólnie impreza była średnia i mało profesjonalnie zorganizowana. Brak szatni i konieczność noszenia na sobie, zimowych jeszcze, kurtek mocno przeszkadzało w przeglądaniu komiksów. Goście byli, przynajmniej dla nas, mało atrakcyjnym punktem więc nie musieliśmy stać w kolejkach, które był dość długie. To też pokazywało marność miejsca, gdzie się to odbywało czyli korytarz między stoiskami wydawców. Na szczęście nie mieszkamy zbyt daleko od Centrum, więc w kolejnym roku, mimo tegorocznych wpadek, pojawimy się na pewno (ja na 100%).

Mam nadzieję, że w tym roku wybierzemy się jeszcze na Międzynarodowy Festiwal Komiksu do Łodzi. Wstępne plany tegorocznej edycji opublikował portal Poltergeist. Zdjęcia z Warszawskich Spotkań Komiksowych, których kilka udało mi się zrobić, zamieściłem TUTAJ.

WSK 9 - Wrażenia

Bum, bęc, łubudu i po WSK! Czas zatem podsumować i omówić wydarzenia weekendu.

W sobotę przybyłem wraz z helsingiem na WSK przed godziną 15. Pierwsze wrażenia? KIEPSKO! W tym roku, ze względu na darmowy wstęp, organizatorzy podnieśli stawki za stoiska. Efektem była wręcz skandalicznie mała ilość sprzedawców "prywatnych". Do tej pory byli oni jednym z głównych powodów zachęcających do odwiedzenia imprezy. W nieskończonej ilości skrzynek wystawiali na sprzedaż tony komiksów co pozwalało na całe godziny grzebania i szukania brakujących numerów do ulubionych serii. W tym roku doliczyłem się ledwie dwóch stoisk. Na jednym oferowano tytuły głównie sprowadzone z USA, drugie prezentowało bardzo ciekawe art booki w bardzo solidnych i bardzo drogich wydaniach. Reszta stoisk to już "zawodowi" wydawcy. Egmont (stoisko Centrum Komiksu), Taurus Media, Mucha Komiks, Hanami, Timof i Kultura Gniewu. Obejście całości zajęło kilkanaście minut i skończyło się w "wielkiej sali" na panelu poświęconym ciekawemu bądź co bądź tytułowi "Komiksy W-wa". Tutaj nastąpiło kolejne rozczarowanie. Nie dziwiła mała ilość ludzi, skoro spotkanie nie było moderowane. Twórcy usiedli za stolikiem i zaczęli po prostu mówić. Zero organizacji, przygotowanego zestawu pytań, planu, czegokolwiek!

Nie czekając na kolejny panel ruszyliśmy "na zakupy". Największy wydatek poczyniliśmy na stoisku Centrum Komiksu, gdzie Egmont oferował swoje nowe i już wcześniej wydane tytuły. W moim plecaku znalazły się (helsing zapewne opowie o sowich łupach we własnym poście):
"Niebo nad Brukselą" BERNARD YSLAIRE
"Sygnał do szumu" NEIL GAIMAN i DAVE McKEAN
"STAR WARS: Dziedzictwo #3 Smocze szpony" JOHN OSTRANDER i JAN DUURSEMA
"Baśnie #3 Kroniki miłosne" BILL WILLINGHAM i MARK BUCKINGHAM, LAN MEDINA, BRIAN TALBOT
"Baśnie #4 Marsz drewnianych żołnierzyków" BILL WILLINGHAM i MARK BUCKINGHAM, LAN MEDINA, BRIAN TALBOT
a także od Taurus Media:
"Trup i sofa" TONY SANDOVAL
Na tym, jakże optymistycznym akcencie, zakończyły się dla nas sobotnie WSK.

W niedzielę powróciliśmy o 10;45 na panel poświęcony Star Wars. Ponownie, brak organizacji zaowocował spotkaniem trwającym ledwie kilkanaście minut. Odczułem duży niedosyt (czyt. wściekłość), gdyż liczyłem na dużo więcej informacji i szczegółów związanych z wydawanym przez Egmont "Star Wars Komiks". Myśląc już, że tegoroczne WSK będzie klapą totalną, zostałem zaskoczony najmilszą niespodzianką weekendu! Na konwencje pojawili się żołnierze Imperium z 501 Legionu w postaci oddziału trooperów pod dowództwem Admirała Thrawn'a. Panowie od razu zgromadzili wokół siebie tłum fanów i ciekawskich, stając się główną atrakcją dnia (moim zdaniem całej imprezy). Imperialni chętnie pozowali do zdjęć i wprowadzili bardzo miłą atmosferę na spotkaniu. Sam nie oparłem się pokusie kilku fotek z żołnierzami odległej galaktyki - przyjemna pamiątka dla każdego fana!

Czekaliśmy na przewidywane na 14;30 spotkania z wydawcami mającymi swoje stoiska na konwencie. Tutaj nastąpiło kolejne zaskoczenie, wreszcie doczekaliśmy się prowadzącego rozmowy, w osobie głównego organizatora, Maćka Pietrasika. Panel z Egmontem przebiegł bardzo sprawnie i w przyjaznej atmosferze. Kolejnym punktem było spotkanie z przedstawicielami Hanami, Timofa, Kultury Gniewu i Mucha Komiks. Panowie byli sympatyczni, pozwalali sobie na żarty i chętnie odpowiadali na pytania dotyczące wydawania komiksów i ich rynku w Polsce. Przedstawili również palny wydawnicze wywołując uśmiech na twarzy i piszczenie portfela w kieszeni.
Tak skończyła się dla nas przygoda z WSK numer 9. Pierwszy dzień nie napawał optymizmem i nie wyróżnił się niczym szczególnym, na szczęście niedziela nadrobiła braki i potknięcia - warto było przyjechać. Za rok? Będziemy znów!

Ps. Zakupione komiksy stoją w szeregu na półce czekając na przeczytanie i zrecenzowanie.

niedziela, 15 marca 2009

Misery


18 lat po premierze, w końcu, nadrobiłem jeden z lepszych filmów na podstawie prozy Stephena Kinga. Książki jeszcze nie miałem okazji czytać ale i na nią przyjdzie pora. Póki co skupię się jedynie na filmie bez porównań do pierwowzoru. Reżyserem tego obrazu jest Rob Reiner - twórca między innymi: bardzo sympatycznego "The Bucket List" oraz znanych, ale nie widzianych przeze mnie, "When Harry Met Sally" i "A Few Good Men". Scenariusz stworzył William Goldman - dwukrotny zdobywca Oskara za działalność pisarską. Do tej niezłej dwójki dochodzi jeszcze świetna ekipa aktorów.

Film opowiada historię Paula Sheldona (James Caan). Pisarza, który postanowił uśmierci główną bohaterkę swojej najpopularniejszej serii, tytułową Misery. Po skończeniu pisania wyrusza ze swego domku na prowincji aby zawieść maszynopis do agentki w Nowym Jorku. Z powodu śnieżycy, bardzo szybko, jego samochód wypada z drogi i grzęźnie między drzewami. I gdy zdawałoby się, że jest w beznadziejnej sytuacji, pojawia się wybawienie. Z wraku wyciąga go i opatruje rany, dawna pielęgniarka, Annie Wilkes (Kathy Bates). Okazuje się też, że jest ona najwierniejszą fanką Paula i Misery. To jest właśnie punkt wyjścia do dalszego przebiegu zdarzeń, który niekoniecznie prowadzi do miłych pogawędek na temat książek.


Po obejrzeniu filmu największe wrażenie sprawiła na mnie odtwórczyni roli Annie - Kathy Bates. Wcieliła się w rolę z wielkim zaangażowniem i uczuciem. Niesamowicie ukazała mroczną stronę człowieka samotnego i zagubionego, który za wszelką cenę dąży aby osiągnąć wymarzony cel. Efekt dodatkowo jest wzmacniany przez świadomość swojego zachowania - wie, że niepotrzebnie się unosi, ale tak już z nią jest. Po pierwszej części filmu zdecydowanie baczniej przyglądałem się bohaterce, tak jakbym obawiał się jej niespodziewanego wybuchu gniewu. Właśnie za tę rolę Kathy Bates otrzymała Oskara i cieszę się, że tak została doceniona. James Caan, w swojej roli, również nie zawiódł. Widać było emocje i cierpienie, które wywoływane były przez hospitalizację. Reszta postaci, których jednak nie było za dużo, również nie zawiodła, ale Kathy przyćmiła ich wszystkich.

Film zupełnie nie zanudzał. Może początek był trochę przydługi, jednakże dalsza konfrontacja pisarza i jego fanki cały czas trzymała w napięciu. Świetna była scena 'romantycznej' kolacji w salonie, gdzie Paul dyskretnie próbował flirtować ze swoją zbawczynią lub końcowa wymiana zdań tuż przed uczczeniem napisania nowej książki. Reżyser często korzystał ze zbliżeń na ważne elementy scen, jak zamknięty zamek lub schowek w materacu. Budował napięcie częstymi zmianami widoku twarzy rozmawiających bohaterów. Do tego dochodzi parę scen, które mogą śnić się po nocach, a po przebudzeniu będziemy sprawdzać nasze nogi czy są w całości. Naprawdę dobrze wykonana robota.


Cały film, jak już we wstępie wspomniałem, jest naprawdę wart uwagi. Może się wydawać że chwalę ten film, bo tak wypada, jednakże rzeczywiście dałem się wciągnąć w historię i trzymałem kciuki za Paula. Dla fanów książek Kinga, jest to pozycja obowiązkowa, dla reszty powinna być lepszą alternatywą niż bardziej współczesne thrillery lub horrory. Jeżeli będziesz miał ochotę na niedługi film ten się jak najbardziej nadaje.

sobota, 14 marca 2009

Lucyfer #3 - Potępieńcze związki

Egmont po 10 miesiącach oczekiwania, w końcu, wydał 3 tom przygód Gwiazdy Zarannej. Ta przerwa pozwoliła mi na przypomnienie sobie poprzednich, czego efektem są dwa moje wpisy na temat tej serii. Teraz mam nadzieję, że nie będę musiał czekać do następnego roku po kolejne części i będę mógł pisać o nich na bieżąco.

Na początek dostajemy 3 historie składające się na tryptyk. Każda z nich jest na różny temat. Najpierw mamy Mazikeen, powracającą do swego ludu - Lilim. W kolejnej podróżujemy z Elain po różnych światach w postaci ducha. Ostatnią częścią jest ukazanie, na wzór Księgi Genesis, tworzenia nowego świata przez Lucyfer. Jednakże rolę się odwracają i kto inny jest teraz kusicielem do złego. Drugą część albumu tworzy tytułowe opowiadanie "Potępieńcze związki". Okazuje się, że w piekle też są mody i akurat teraz demony upodobały sobie epokę XVIII wiecznej Europy. Wszyscy są przyodziani w oryginalne stroje, jako broni używa się szpady, a nawet przestrzegają ówczesnego kodesku honorowego. W takiej scenerii nie zabrakło, znanych chociażby z książek Dumasa, mezaliansów, intryg i pojedynków. Sam Lucyfer zjawia się jedynie na koniec, i nie odgrywa znaczącej roli poza pokazaniem swojego ciekawego podejścia do zadawania cierpienia. Kończąca cały zbiór opowieść domyka wątek bramy.

Carey kontynuuje to co rozpoczął w pierwszym tomie i nie daje odetchnąć Lucyferowi. Widać jego złożoną grę i multum postaci, które będą musiały w niej grać, niekoniecznie świadomie. W, wspomnianej wyżej, drugiej części Tryptyku, Elain ucieka z domu i przenosi się w różne miejsca. Ta opowieść łączy nam wszystko co jest zawarte w tym tomie. Jest tam gdzie coś się dzieje, dzięki czemu mamy świadomość, że historia jest jakoś z góry zaplanowana i nie będzie niczego niepotrzebnego w tym komiksie, a przynajmniej mam taką nadzieję. Graficznie album jest identyczny jak poprzedni. Ci sami rysownicy i rysunki wciąż mi się podobają, choć jak już wspominałem nie jest to nic nadzwyczajnego.

Album wciąż utrzymuje Lucyfera na dobrym poziomie i chyba kupił mnie na dobre. Chcę się dowiedzieć co jeszcze knuje Niosący Światło i mam nadzieję się tego dowiedzieć po polsku.

piątek, 13 marca 2009

Postmodernistyczny Prometeusz


Po dłuższej przerwie wróciłem do oglądania, jednego z moich ulubionych seriali telewizyjnych, Z Archiwum X. Powrót, szczęśliwym trafem, nastąpił na 5 epizod piątego sezonu, oryginalnie wyemitowanego w listopadzie 1997 roku. Odpowiedzialnym za scenariusz i reżyserię jest, twórca całego zamieszania z agentami FBI, Chris Carter.

Osoby, które nie oglądały za dużo przygód Mulder i Scully mogą się zdziwić, ale nie wszystkie odcinki opowiadają o ich zmaganiach z konspiracyjnym rządem, ufoludkami i innymi niewobrażalnymi potworami. Są wśród nich perełki, nie związane z całą mitologią Archiwum X, takie jak "Small Potatoes" z sezonu czwartego, lub właśnie obejrzany przeze mnie "The Post-Modern Prometheus".


Dlaczego jest on tak wyjątkowy? Zaczyna się całkiem zwyczajnie - agenci jadą do kobiety, która twierdzi, że znów została porwana przez kosmitów. Na miejscu, w małej miejscowości gdzie wszyscy żyją telewizją i plotkami prasowymi, zamiast obcych pojawia pewien 'stwór', który uwielbia masło orzechowe. Więcej nie zdradzę ponieważ koniecznie trzeba to obejrzeć. Carter stworzył wspaniały odcinek wzorując się na klasyce kinematografii - "Dr. Frankensteinie". Spotkanie z podejrzanym naukowcem odbywa się na tle nocne burzy. Efekt wzmacniają niesamowite ujęcia, zmienne oświetlenie oraz to, że cały odcinek został nakręcony w czerni i bieli. Do tego dodane zostały wyraźne odwołania do filmu "Maska" i występuącej w nim Cher. Jest jeszcze więcej mrugania okiem do widza, ale to musicie sami wyłapać.

Innym ciekawym elementem jest to, że cała historia zostałą zamknięta w ramy komiksu. Na początku mamy okładkę "The Great Mutato", a za nią kryje się czarno biała stronica rozpoczynająca całość. Na koniec znów widzimy rysunkowy kadr i kolorową tylną okładkę. Sam komiks obecny jest również w epizodzie, gdzie dowiadujemy się o jego autorze sporo ciekawych rzeczy.


Mam nadzieję że, co jakiś czas autorzy, Z Archiwum X będą nas częstować takimi małymi-arcydziełami. Po takim odcinku znów można wrócić do intryg, ufolufków i innych rzeczy, które przyniosły serialowi status kultowego.

PS. Pozwole sobie tutaj zalinkować do świetnego omówienia tego odcinka na stronach Klubu Miłośników Filmu. Uwaga na spoliery, większe niż u mnie.

PS2. 今日は十三日の金曜日だから「あぶない!」。実は僕が嬉しい。昨日、日本語能力試験三級を合格した事が知らせられた。

Strzał w "10"? (część 2)

Tytuł: „Za garść posoki” /’Fistful of Blood’/
Scenariusz: Kevin Eastman
Rysunki: Simon Bisley
Wydanie: Hella Komiks 2008

CZĘŚĆ PIERWSZA


Dziś wracam do recenzji komiksu „Za garść posoki” i prezentuje jej drugą część.

RYSUNEK:

Grafika powinna być teoretycznie największa zaletą komiksu, ale jest też niestety jego przekleństwem. Nie wiem czy to wynik szybkiej pracy nad albumem czy zwykłego lenistwa, ale poziom graficzny jest bardzo nierówny. Autor zachwyca nas, wypełniając całą stronę genialnym artem, by za chwile na następnej, przyłożyć czytelnikowi obuchem niedokończonych bazgrołów. Raz mamy wykonane z pietyzmem obrazy, raz wstępne szkice, które ktoś zapomniał dorysować. Bisley, chyba zbyt skupiony na największych kadrach, zatracił poczucie czasu i resztę dorysowywał na kolanie u wydawcy na chwilę przed drukiem. Świetnie wykonane rysunki znajdują się obok ramek, z których ciężko wywnioskować co zostało zaprezentowane. Może poczucie chaosu było zaplanowane i miało pomóc czytelnikowi wczuć się w klimat walki i strzelanin, ale to wytłumaczenie do mnie nie przemawia.


Dość narzekania, bo ogólnie, choć poziom nierówny, to i tak jest przyzwoity. Tuszu (wyłącznie czarnego) użyto tylko do tła. Reszta planszy jest wykonana całkowicie ołówkiem o różnych stopniach twardości grafitu. Od bardzo miękkich i rozmytych linii używanych do cieniowania i „kolorowania” na szaro, po bardzo twarde i mocne linie podkreślające ostre kontury i szczegóły. Schemat rysunku kobiety (głównej bohaterki) pozostaję typowy dla Bisley’a. Wydatne wargi, okazały biust i nie mała pupa połączone są z muskularnymi nogami i szerokimi biodrami. O ile jeszcze w tym przypadku można mówić o jakichkolwiek proporcjach (bądź co bądź kulturystyczno-silikonowych) to reszta bohaterów zdaję się być bardziej „pokręcona” i oderwana od standardu. Cała plejada osób z planu B, to wysocy i mali, kościści i przesadnie grubi lub o bliżej nieokreślonym kształcie. Ma to swój urok, biorąc pod uwagę, że w większości są to zniekształcone trupy i widmowe wampiry. Praca Bisleya, choć wnerwia niedokładnością to z powodzeniem oddaje klimat opowieści i ten nieuchwytny "żar" dzikiego zachodu unoszący się w opustoszałym miasteczku.


Czas na podsumowanie, niełatwe dla fana Bisley'a. Piękne wydanie i oszałamiająco duży format obiecują równie powalającą „jakość” tytułu. Po przeczytaniu jednak, odczuwa się spory niedosyt. Scenariusz jest niezły, ale nie grzeszy oryginalnością, a rysunki zamiast tylko powalać na kolana, potrafią także zirytować niedbalstwem. Na korzyść przemawia niewygórowana cena, która nie zaboli bardzo, gdy komiks po pierwszym przeczytaniu trafi na półkę, a kolejny raz sięgniemy po niego tylko po to, żeby przejrzeć TYCH kilkanaście plansz i pokazać je znajomym.

Na pewno to nie jest strzał w stopę, ale autorzy nie trafili w "10", a szkoda, bo potencjał był spory...

czwartek, 12 marca 2009

Przed WSK 2009

W najbliższy weekend (14-15 marca) odbędą się dziewiąte Warszawskie Spotkania Komiksowe. W tym roku miejscem, w którym zbiorą się fani komiksu będzie klub Palladium w samym centrum stolicy. Dużą niespodzianką jest darmowa wejściówka na całą imprezę, więc naprawdę warto przybyć. Logo tegorocznej edycji zaprojektował Robert Adler.


Natomiast program WSK wygląda następująco:


Sobota 14 marca
SALA GŁÓWNA
  • 9:00 Otwarcie 9 WSK
  • 9:15-10:00 Spotkanie z Danielem Grzeszkiewiczem
  • 10:00-10:45 Portugalska karykatura- spotkanie z autorami
  • 10:45-11:45 Jak to się robi u Disneya- spotkanie z rysownikiem Cesarem Ferioli
  • 11:45-12:30 Mega Mikropolis- spotkanie z Dennisem Wojdą i Krzysztofem Gawronkiewiczem
  • 12:30-13:30 Prywatne życie Hectora Umbro- spotkanie z Uli Oesterle
  • 13:30-14:15 Powstanie '44- spotkanie z autorami antologii
  • 14:15-15:15 Słowacki sen- spotkanie z Branko Jelinkiem (Oskar Ed)
  • 15:15-16:00 Komiks W-wa- spotkanie z autorami (Kłoś, Truściński, Kwaśniewski)
  • 16:00-16:45 Ten piekielny Kubuś- spotkanie z Szarlotą Pawel
  • 16:45-17:45 Wojna i pokój- spotkanie z Christopem Heuerem (Pierwsza Wiosna)
  • 17:45-18:30 Komiks "Dick4Dick"- spotkanie z Jakubem Rebelką
  • 18:30-19:30 Bitwy komiksowe
  • 19:30-20:00 Nagrody WSK

  • SALA MAŁA
  • 10:00-10:45 Spotkanie z autorami Biocosmosis
  • 11:00-11:45 Spotkanie z autorami komiksu "Czak Norys"
  • 12:00-13:45 Spotkanie z Tadeuszem Raczkiewiczem
  • 14:00-15:15 "Internowani" spotkanie z Pawłem Dobajem i Krzysztofem Mucharskim
  • 15:15-16:00 Spotkanie z Ryszardem Dąbrowskim
  • 16:00-16:45 "Fun Home"-spotkanie z wydawcami
  • 16:45-17:45 Spotkanie z redakcją "Ziniola"

  • AUTOGRAFY
  • 12:30-13:30 K. Gawronkiewicz, D. Wojda, Cesare Ferioli
  • 13:30-15:00 Uli Oesterle, Christoph Heuer, Szarlota Pawel
  • 15.15-16.45 Branko Jelinek, Jakub Rebelka, Ryszard Dąbrowski, Tadeusz Raczkiewicz
  • 16:45-18:00 Autorzy "Komiks W-wa", autorzy "Powstanie 44"

  • Niedziela 15 marca
    SALA GŁÓWNA
  • 10:00-10:45 Komiks-fantastyka- spotkanie z Maciejem Parowskim
  • 10:45-11:30 Co piszczy w odległej galaktyce- spotkanie z redakcją "Star Wars Komiks"
  • 11:30-12:15 Konkurs wiedzy o Star Wars
  • 12:15-13:15 Warsztaty prowadzone przez Cesara Feroli
  • 13:15-13:45 15 lat minęło- spotkanie z redakcją Kaczora Donalda
  • 13:45-14:30 Czarodziejsko- spotkanie z redakcją W.I.T.C.H.
  • 14:30-15:15 Zapytaj wydawcę: spotkanie z Egmont Polska
  • 15:15-16:30 Zapytaj wydawcę: spotkanie z Timofem, Taurus Media, Hanami, Kulturą Gniewu, Mucha Comics
  • 16:30-17:00 Zapytaj wydawcę: Mroja Press
  • 17:00-18:00 Konkurs wiedzy komiksowej z nagrodami



  • Rozmach tegorocznej imprezy robi wrażenie! Nas szczególnie interesują panele z wydawcami w niedzielę, na których będą mogli się pochwalić planami na przyszłość. Sobotnie propozycję jeszcze przemyślimy ale pojawimy się na pewno aby pobuszować między stoiskami wydawnictw i na giełdzie komiksowej. Za cel główny stawiamy kilka pozycji, które znajdziecie na liście poniżej. Premiery wydawnicze przewidziane na WSK (i marzec) można znaleźć w kilku miejscach: Gildia Komiksu, Aleja Komiksu, Motyw Drogi, WRAK.pl. Tutaj natomiast, chcielibyśmy przedstawić nasze osobiste plany i "musisz-mieć" związane z WSK9.

    Nasze Typy:
    Niestety, nasze budżety nie są bez dna, dlatego ograniczymy się do kilku pozycji z bogatej, tegorocznej oferty. Na pewno kupimy: "Baśnie" #4 - kolejny tom wyśmienitej serii (polecamy!); "Sygnał do Szumu" - komiks mistrzowskiego duetu Gaiman/McKean (helsing mnie namówił;D); "Wartości rodzinne" #2 - seria Śledzia, która po pierwszej części narobiła apetytu (ale tylko helsingowi); jeżeli tylko Manzoku zdąży to również trafi do mnie "Y - ostatni z mężczyzn" #2, #3 (helsingowy tytuł "numer1");"Księga wiatru" - one-shot od Hanami; "Muzyka Marie" - pierwszy z dwutomowej serii Hanami (dla Red_AV pewniak).

    Dodatkowo, zastanawiamy się poważnie nad komiksami: "Niebo nad Brukselą" - z nowej serii Egmontu XX wiek/wiek XXI; "Skasowałem Adolfa Hitlera" lub "Gang Hemingway'a" - nowe albumy Jasona. Poza tym z dużym zainteresowaniem powędrujemy na giełdę w poszukiwaniu amerykańskich wydań pierwszych tomów "Hellblazera" (helsing), i starych zeszytów TM-Semic i Star Wars (Red_AV). Mam nadzieję, że kasy nie zabraknie i będziemy mogli te plany zrealizować.

    Walc z Baszirem


    Izraelsko-francuski film animowany, w reżyserii Ari Folmana z 2008 roku, w polskich kinach zagości dopiero w kwietniu. Trochę późno jak na obraz nominowany do Złotej Palmy i Oskara oraz zdobywce Złotego Globu. Na szczęście istnieje możliwość dostania tego filmu poprzez internet i właśnie ten sposób polecam, gdyż zasługuje on na obejrzenie.

    "Walc z Baszirem" jest rozprawą na temat bezsensu wojny i pewną amnezję na to wszystko co się na niej wydarzyło. Głównym bohaterem jest reżyser tej animacji, który próbuje przypomnieć sobie czy uczestniczył w Pierwszej Wojnie Libańskiej. Po spotkaniu ze starym przyjacielem, zaczyna prześladować go wizja - jest na plaży w Bejrucie w dniu masakry Palestyńczyków przez libańskie oddziały maronickie, jednakże nie jest przekonany co do jej prawdziwości.

    Zaczyna się podróż do znajomych, którzy mogliby mu przypomnieć więcej o jego udziale w tej wojnie. W czasie spotkań, z towarzyszami broni, zaczyna odkrywać kolejne wspomnienia, z którymi musi się zmierzyć. Widzimy jak cała ta walka była pozbawiona sensu. Żołnierze, w czasie transportu na front, bawią się przy dyskotekowej muzyce i alkoholu; później wychodzą na ląd i nie wiedzą gdzie; zaczynają strzelać - nie wiadomo do kogo. Z perspektywy czasu wszystko wydaje się mało realne, ale niestety wydarzyło się naprawdę. Cała wojna polegała na strzelaniu wokoło i pozbywaniu się martwych i rannych. O samej masakrze żołnierze, stacjonujący przy obozach uchodźców, nie mieli pojęcia. Widzieli jak Falangi zabijają ludzi, jednakże ich interwencje u dowódców na nic się zdały, i cywile cały czas ginęli.


    Ari Folman był uczestnikiem tych wszystkich wydarzeń, jednakże stara się pokazać konflikt bardzo obiektywnie. Nie broni Izraelczyków ani nie wybiela palestyńskich terrorystów. Przede wszystkim zwraca uwagę na zapomnienie. Doszukuje się podobieństwa tej masakry z sytuacją Żydów w czasie II Wojny Światowej, co jest dość odważnym posunięciem. Wtedy oni byli ofiarami, a w Libanie, nie bezpośrednio, stali się katami.

    Na koniec filmu dostajemy dokumentalne obrazy tego co zaszło pod Bejrutem i dopiero wtedy odczuwamy że całe te absurdalne sytuacje, które do tej pory widzieliśmy, doprowadziły do brutalnego końca. Cały zamysł przedstawienia filmu, niemalże dokumentalnego, może na początku trochę razić, ale wraz z postępującą akcją coraz mniej nam to przeszkadza. Ta prawdziwa końcówka, dzięki kontrastowi z animowaną częścią, robi ogromne wrażenie. Film jest bardzo przejmującym obrazem cierpienia i wojny, ale mimo to powinno się go obejrzeć. Zwłaszcza Izraelczycy powinni go obejrzeć i przestać opowiadać, że są jedynym narodem poszkodowanym na tym świecie.

    wtorek, 10 marca 2009

    Juventus - Chelsea 2:2 (Rewanż)

    Bramki: Iaquinta (Juve, 19.), Del Piero (74. - karny), Essien (45.), Drogba (83.)

    Niestety stało się to czego bardzo nie chciałem. Juventus odpadł z Ligi Mistrzów i pozostaje mu walka jedynie o Scudetto, która do łatwych, w obecnej sytuacji, również nie będzie należeć. Sam mecz stał na bardzo wysokim poziomie. Od początku było widać, że Turyńczykom bardzo zależy na wygranej, co potwierdzili szybko strzeloną bramką. Jednakże najgorsze nadeszło z końcem pierwszej połowy. Dali się zepchnąć przez Chelsea i stracili bramkę po dobitce Essiena. Chwilę wcześniej Buffon popisał się wyśmienitą obroną strzału, z rzutu wolnego, Drogby. Druga połowa była bardziej wyrównana i obie drużyny miały okazje. Potem Chellini dostał czerwoną kartkę i jedynie karny strzelony przez Del Piero przedłużył nadzieję na awans. Niestety Londyńczycy nie są byle jaką drużyną i wykorzystali grę w przewadze. Po drugiej straconej bramce Juventus już nie zaatakował i pogodził się z wynikiem.

    Dzisiejszy mecz zapamiętam również ze względu na sędziego - Alberto Undiano Mallenco, który bardzo się postarał aby zepsuć widowisko. Jego kilka bardzo nieprzemyślanych decyzji doprowadziło do starć między zawodnikami i niepotrzebnych kłótni. Pokazywanie kartek też nie należało, tego wieczora, do najmocniejszych stron. UEFA powinna dokładniej dobierać sędziów na takim etapie Ligi Mistrzów.

    Wielka szkoda, że Juventus odpadł, pociesza mnie jedynie fakt, że Real Madryt zrobił to w zdecydowanie gorszym stylu... Z tego powodu o piłce nożnej najszybciej napisze przy okazji finału rozgrywek, wcześniej raczej nic ciekawego się nie zdaży. Choć nigdy nie wiadomo.

    Strzał w "10"? (część 1)

    Tytuł: „Za garść posoki” /’Fistful of Blood’/
    Scenariusz: Kevin Eastman
    Rysunki: Simon Bisley
    Wydanie: Hella Komiks 2008

    Na samym początku muszę przyznać się, iż jestem wielkim fanem twórczości Simona Bisley'a. Odkąd pierwszy raz miałem przyjemność zobaczyć rysunki ilustrujące komiks „LOBO: Ostatni Czarnian” (TM-Semic 1994), regularnie śledzę poczynania tego artysty i nie przepuszczam żadnej okazji, aby obejrzeć kolejne prace wychodzące spod ręki Bisley'a. Niestety odbywa się to głównie za sprawą Internetu, gdyż ciężko liczyć na rodzimych wydawców. Dlatego z dużym entuzjazmem przyjąłem wiadomość o wydaniu przez Hella Komiks tytułu „Za garść posoki” z grafiką jego autorstwa.

    Album ma niewątpliwie wiele zalet „technicznych”. Format większy od A4 idealnie eksponuje plansze z grafiką (często całostronicowe kadry) a świetnej jakości papier i twarda oprawa czynią z komiksu wręcz luksusowe wydanie. Dodając do tego objętość na poziomie 96 stron, cena 32zł wydaje się co najmniej kusząca (malkontenci mogą narzekać że rysunki są czarno-białe, ale to kwestia gustu).
    Teraz zajrzyjmy do środka.

    SCENARIUSZ:

    Akcja komiksu rozgrywa się w „nieokreślonej przyszłości”, a za tło służy sceneria miasteczka, będącego niegdyś planem filmowym westernów. Przez pierwszą połowę klimat dzikiego zachodu jest utrzymany i praktycznie nic nie zdradza, że znajdujemy się w przyszłość, a nie na prerii. Dopiero dalej zaczynają pojawiać się samochody, motocykle, a wreszcie mega-wielkie-spluwy i statek kosmiczny rodem z science-fiction.


    Sama fabuła to ni mniej, ni więcej, wariacja na temat filmu Akiry Kurosawy pod tytułem „Yojimbo”(1961). W obrazie tym, samotny ronin trafia do feudalnej wsi japońskiej, gdzie wikła się w spór pomiędzy dwoma rodzinami ówczesnej jakuzy. Film doczekał się remake’u "Ostatni Sprawiedliwy"(1996) z udziałem Bruce’a Willis’a, w którym feudalną Japonię zamieniono na Stany Zjednoczone lat trzydziestych, ronina na gangstera a jakuzę na mafię.

    W „Za garść posoki” scenariusz różni się detalami, mają one jednak wielkie znaczenie dla odbioru całości. Po pierwsze, głównym bohaterem jest kobieta (o nieznanym imieniu) co pozwala dodać wątek „gołego tyłka” czyli kilkanaście śmiałych kadrów z nagim ciałem w roli głównej (dobrze, że Bruce Willis też nie latał nago w filmie). Wreszcie, gdy „bezimienna” zdobywa odzienie, ogranicza się ono do pasa z bronią i kilku dodatków, a najwięcej zakrywa kapelusz z szerokim rondem. Nasza bohaterka w ogóle jest „oszczędna”, gdyż nie wypowiada nawet pojedynczego słowa w całym komiksie.


    Ale to nie koniec zaskakujących „modyfikacji”. Oprócz osadzenia akcji na dzikim zachodzie "A.D.przyszłość", najoryginalniejsza zmiana dotyczy dwóch gangów zaciekle walczących ze sobą o wpływy w mieście „…którego nazwa zmieniała się tak często, że nawet ja kompletnie nie mam pojęcia jak je nazwać…”. Otóż samurajów i gangsterów zastąpiono bandą zombie i wampirów! Celem ich sporu jest zdobywanie „świeżego mięsa” a tego nie ma za dużo w opuszczonej mieścinie. Wyobraźcie sobie ich poruszenie, gdy między nimi pojawia się człowiek w postaci kobiety (i to nagiej!). Już w pierwszym starciu z zombie, okazuje się jednak, że nasza bohaterka nie jest bezbronną sierotką rzuconą na pożarcie bestiom. Bardzo sprawnie posługuje się bronią palną i szybko „usypia” kilku truposzy na amen.

    Co z tej niecodziennego mieszanki wyniknie, musicie dowiedzieć się sami, ale nie liczcie na poważne dialogi i dylematy znane z filmów. Tych kilka wymienionych powyżej zmian, usuwa powagę opowieści o samotnym bohaterze walczącym o (prze) życie i szukającym zysku w myśl przysłowia: "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta". Golizna, wampiry i zombie dają w zamian klimat sennego miasteczka, przez które raz po raz przechodzi tornado porządnej młócki.

    CZĘŚĆ DRUGA