Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

wtorek, 5 stycznia 2010

Baśnie #3 "Kroniki miłosne"

Tytuł: "Baśnie: Kroniki miłosne" / "Fables: Storybook Love"
Scenariusz: Bill Willingham
Rysunki: Mark Buckingham, Lan Medina, Bryan Talbot, Linda Medley

To trzeci tom serii i zarazem pierwszy w którym nie ma jednej, ciągłej historii. Tym razem dostajemy cztery oddzielne opowieści. Pierwsza przedstawia przygody Jacka Hornera podczas Wojny Secesyjnej kiedy, znany nam cwaniaczek, spotyka na swej drodze Śmierć. Ostatnia opowieść poświęconą została folwarkowi, a dokładniej rzecz biorąc, społeczności liliputów tam mieszkającej. Dowiadujemy się skąd swój początek wziął zwyczaj zakradania do bibliotek Woodlandu i jaki ma to związek z tradycją zdobywania narzeczonej. Traktuje te zeszyty jako dodatek do "Baśni" i rozwinięcie pogłębiające mitologie uniwersum.

Druga historia pod tytułem "Operacja 'Sharp'" to wartka opowieść sensacyjna. Baśniowcy muszą w niej uporać się z wścibskim dziennikarzem, który uważa ich społeczność za... klan wampirów. Mimo niedorzeczności tej hipotezy, pismak zebrał pokaźną ilość dowodów mogących poważnie zagrozić tajemnicy Baśniogrodu. Popełnia jednak poważny błąd próbując szantażować Bigbiego. Szeryf zbiera ekipie do zadań specjalnych złożoną z Jacka, Księcia Uroczego, Sinobrodego, Niebieskiego Chłopca oraz... Śpiącej Królewny. Nie chcąc tracić ani chwili, Wilk wprowadza w życie szalony pomysł wykradnięcia kompromitujących danych i zmuszenia dziennikarza do milczenia. Akcja toczy się na pograniczu sensacji i komedii dzięki czemu oprócz napięcia mamy sporo okazji do śmiechu. Cała sytuacja znajduje zaskakujące rozwiązanie i jest moim zdaniem numerem jeden niniejszego tomu.

Trzecia część to tytułowe "Kroniki miłosne" będące najdłuższym rozdziałem tego zbioru. Autorzy serwują nam zmianę klimatu i po lekkiej w sumie "Operacji 'Sharp'" dostajemy dość ciężki i brutalny thriller. Sinobrody ukrywa u siebie przywódce powstania z folwarku - Złotowłosą. Kiedy przypadkiem udaje im się odkryć, że zostali zdemaskowani przez tajną Mysią Policję, przypisują to Bigbiemu i Śnieżce. Nie widząc innego wyjścia postanawiają się ich pozbyć. Sinobrody, za pomocą magicznego uroku, każe im wyjechać w góry gdzie, bez żadnych świadków, ma się zająć nimi Złotowłosa. Największą niespodzianką tej opowieści jest Książę Uroczy, do tej pory bawidamek nie potrafiący utrzymać się bez pomocy bogatych kobiet, pokazuje się nam jako przebiegły i twardy rozgrywający. To on sprowadził z folwarku Mysią Policję i wykrył współpracę Sinobrodego i Złotowłosej. Uzyskując niezbite dowody od swoich tajnych agentów wyzywa Lorda na szermierczy pojedynek. Swoje działania motywuje chęcią pomocy Śnieżce jako zadośćuczynienie za zdrady jakich się dopuścił gdy byli małżeństwem. Nie bez znaczenia zapewne jest tu też możliwość przejęcia majątku po Sinobrodym i uwolnienie się od kobiecych sponsorów zyskując pełną niezależność finansową. Akcja zatem jest wciągająca i pełna dynamicznych scen. Na przemian śledzimy działania Księcia oraz Wilka i Królewny walczących o przeżycie ze Złotowłosą co nie pozwala się nudzić.

Każda z części została narysowana przez innego rysownika. Ku mojej radości powrócił Lan Medina, który znów potwierdza swój świetny warsztat ilustracjami do "Operacji 'Sharp'". Pozostali twórcy również nie mają się czego wstydzić a Buckingham świetnie wywiązuje się ze swej roli w opowiadaniu "Kroniki miłosne". Póki co "Baśnie" miażdżą oprawą graficzną i mam nadzieję, że ten poziom utrzyma się jak najdłużej.

Niniejszy tom potwierdza świetną kondycję serii i daje dużo radości czytelnikowi. Akcja dzieję się w szalonym tempie a postaci nieustannie rozwijają się zyskując nowe cechy i indywidualny charakter. Przy takim wachlarzu bohaterów każdy znajdzie kogoś komu będzie mógł kibicować w dalszych zmaganiach.

piątek, 1 stycznia 2010

Co w kinie piszczy...

Czas Świąt Bożego Narodzenia, Sylwestra a gdzieś tam w tle czai się mroczne widmo sesji. Dlatego w tym miesiącu znalazłem czas tylko na jeden wypad do kina. Wybór padł na "Avatara" w reżyserii dawno nie widzianego przy pracy Jamesa Camerona.

Film rozpoczyna się od sceny przebudzenia z hibernacji Jacka Sully'ego, który na pokładzie promu kosmicznego zmierza na planetę Pandora. Po sześcioletniej podróży statek osiąga swój cel i ląduje w ludzkiej placówce na powierzchni. Brat Jacka zginął zaraz przed wylotem i musiał zostać zastąpiony w ostatniej chwili przez bliźniaka. Projekt przy, którym pracował zmarły, był wysoko zaawansowaną inicjatywą naukową mającą na celu zbadanie Pandory. Szybko zostajemy wprowadzeni w szczegóły misji razem z Jackiem i poznajemy nowy świat. Planetę zamieszkuje rasa obcych Na'vi, ludzie trafili tu podczas poszukiwań złóż cennego metalu i postanawiają rozwinąć działalność wydobywczą. Aktualna sytuacja jest dość napięta, gdyż jak łatwo się domyślić, jedni nie pozwolą niszczyć planety, drudzy nie zrezygnują z dużego zysku. Równolegle do działań kompani górniczej wspomaganej przez najemników, swoje cele realizuje też organizacja badaczy, którzy dążą do jak najgłębszego poznania Pandory i kultury jej ludu. Aby możliwie najbardziej zbliżyć się do tubylców, stworzono genetyczną hybrydę człowieka i Na'vi - tytułowego Avatara. Wyselekcjonowani naukowcy, dzięki skomplikowanym urządzeniom, łączą się z ciałem obcego i poruszają w nim podczas wypraw badawczych. Ponieważ każdy Avatar jest ściśle połączony z dawcą dna, Jack może być jedynym zastępcą bliźniaka, inaczej hybryda warta miliony byłaby bezużyteczna. Bohater szybko oswaja się z kierowaniem nowego ciała i już nie długo wyrusza na pierwsze misje. Podczas jednej z nich, musi uciekać przed dziką bestią i gubi się w lesie. Pozostawiony sam sobie nie ma szans na przeżycie w niebezpiecznym otoczeniu. Po zmroku, kiedy sytuacja staje się krytyczna i minuty dzielą go od pożarcia przez stado kosmicznych hien, ratunek przychodzi ze strony wojowniczki z plemienia Na'vi. Jack trafia przed oblicze wodza osady, który decyduje o przyjęciu go na szkolenie i naukę. Ekipa naukowców jest zachwycona posiadaniem swojego człowieka wśród tubylców, u samego źródła wiedzy o kulturze i obyczajach miejscowego klanu. Inne korzyści widzą w tym przemysłowcy i żołnierze z kompani wydobywczej, nakłaniając Jacka do szpiegowania i rozeznania się w silę Na'vi na wypadek starcia.

W tym miejscu pozostawmy bieg wydarzeń. Nie chcę oczywiście za dużo zdradzić ale prawda jest też taka, że scenariusz jest banalny do bólu! Mamy wojowniczego bohatera z ideałami, córkę wodza obcego plemienia, i co z tego wynika, wątek miłosny, dorzućmy jeszcze złego drania, który zrówna wszystko z ziemią dla osiągnięcia celu i mamy schematyczną opowieść jakich tysiące. Historia jest prosta jak dzida Na'vi a każda kolejna scena zdradza co będzie w następnej. Z jednej strony to źle, bardzo źle, gdyż nie tego się spodziewałem po produkcji Camerona. Z drugiej... to dobrze, gdyby widz miał poznawać nowe, bardzo rozbudowane i bogate uniwersum, jednocześnie śledząc wydumaną i zawiłą fabułę, wyszedł by dość niestrawny tytuł. Sam, mimo że wiedziałem co się stanie, nie nudziłem się ani chwili, a biorąc pod uwagę 160 minut trwania, to świetny wynik. W 2009 roku, jeszcze tylko "Bękarty wojny" nie spowodowały nerwowego wiercenia się w oczekiwaniu na koniec seansu. Główna zasługa przypada tutaj niewątpliwie efektom specjalnym. Widziałem nowy "Star Trek", "Transformers" czy "Zemstę Sith" ale to wszystko nic. Praca włożona w wizualną stronę Avatara jest porażająco wielka. Cały film stworzono w technice blue-box, czyli aktorzy grali w pustym pokoju a reszta dodawana była później przez grafików. Wielkie przestrzenie, panoramiczne widoki to ledwo wstęp. Przyjrzyjcie się szczegółom! Ruch liści i wody, falowanie włosów czy choćby takie drobiazgi jak misternie wyszywane bransolety i naszyjniki. Całość została dopracowana w każdym, najdrobniejszym szczególe. Postacie Avatarów stworzono z obrobionych komputerowo twarzy aktorów, więc de facto przez większość filmu nie uświadczymy nawet jednego człowieka z krwi i kości. Ciekawe ile jeszcze czasu minie zanim takie rozwiązanie całkowicie wyprze aktorów z filmów i zastąpi ich rzeszą informatyków w studio, a Oscar będzie przyznawany najlepszemu animatorowi. Patrząc jak starych gwiazdorów ubywa a młodych-zdolnych jak na lekarstwo, to może i dobrze. Dodam jeszcze, że seans był w wersji 3D, gdzie dzięki czarodziejskim okularkom świat Pandory dosłownie wlewał się do sali kinowej a głębia dodawała realizmu renderowanemu obrazowi. Idąc do kina powinniście taką właśnie opcję wybrać, później już tak nie odczujecie magii 3D na kinie domowym.

Prosty scenariusz i zachwycające efekty tworzą razem wciągającą mieszankę będącą świetną rozrywką. Ale osobiście uważam, że to co kradnie serce w tym filmie to uniwersum, w którym dzieje się akcja. Pandora posiada niesamowicie rozwiniętą florę, przypominającą gigantycznie rozrośnięte lasy tropikalne z niezliczoną ilością krzaczków i kwiatów, które po zmroku wydzielają fluorescencyjną poświatę. Wśród kosmicznej fauny rozpoznamy wariacje na temat hieny, konia, nosorożca czy dinozaurów. Szczegółowe dopracowanie i odniesienie do ziemskich gatunków daje tym roślinom i stworom dużą dozę realizmu i wiarygodności. W takich warunkach żyje plemię Na'vi. Przeszło trzy i pół metrowe istoty o niebieskiej skórze przypominają Indian z domieszką plemion Afryki i magii voodoo. Ich historia i wierzenia oddają cześć sile natury i jej równowadze. Cały ekosystem jest powiązany siecią przypominającą układ nerwowy, w którym płynie czysta moc natury odczuwana we wszystkich jej aspektach. Każdy organizm może połączyć się z nią za pomocą czegoś na wzór wiązki synaps i scalić się w jedność. Duża część filmu to swoiste National Geographic w świecie Pandory. Na tym tle, dokładne i funkcjonalne projekty ludzkich maszyn to tylko miły dodatek. Mam nadzieje, że jeżeli James Cameron nie pokusi się o sequel, to chociaż umożliwi powrót na planetę w jakimś programie stylizowanym na paradokument przyrodniczy.

Film stara się poruszyć kilka kwestii jak niszczenie środowiska naturalnego, dążenie do zysku za wszelką cenę czy dewastacja unikalnych kultur bez próby ich zrozumienia. Również kapsuły umożliwiające przeniesienie się do ciała Avatara zdają się zahaczać o problem życia w wirtualnej przestrzeni, jako ktoś inny, i zacieraniu granicy między rzeczywistością a fikcją. Niemniej, obraz ledwo zaznacza te kwestię a głównie koncentruje się na bieżących wydarzeniach. Dla mnie przygody Jacka i plemienia Na'vi to kwintesencja kina przygodowego i zarazem podróż w uwodzący świat Pandory. Rozmach i jakoś efektów wyznaczają nowy standard a, jak na Camerona przystało, finał jest równie monumentalny jak zatonięcie Titanica. Polecam gorącą bo warto zaufać reżyserowi i dać się wciągnąć!

Podsumowanie roku 2009!



Kolejny rok właśnie minął. Mogę teraz pokusić się o małe podsumowanie tego co zostało zaproponowane czytelnikom komiksów przez ostatnie 12 miesięcy. Będzie to moja całkowicie subiektywna lista 10 rzeczy, które w jakiś sposób mnie zainteresowały lub zaintrygowały. Kolejność zupełnie przypadkowa, a więc zaczynam.


1. „Baśnie” od Egmontu. Najlepsza seria komiksowa regularnie wychodząca w naszym kraju. Szkoda jedynie, że były to tylko 2 tomy. Czytając chociażby „Marsz drewnianych żołnierzyków” marzy się o jeszcze większej ilości baśniowców na półce. W każdym razie trzeba się cieszyć z tego, że nie zanosi się na przerwanie wydawania. W tym miejscu chciałbym również pochwalić samo wydawnictwo. Poza wspomnianym tytułem udaje im się z powodzeniem ciągnąć jeszcze inne długie i ciekawe serie - Lucyfer (zapewne na fali Sandmana) i Hellblazer. Wprowadzili również całkiem nowe cykle, które ze względu na mniejszy format mają niższą cenę – XXwiekXXI, Sensacja, Science Fiction.

2. „Bez komentarza” od Kultury Gniewu. Chyba mój typ na komiks roku. Niemy komiks, gdzie bohaterowie posługują się piktografiami do komunikacji jest tak uderzająco brutalny i szczery do bólu, że tytuł mówi sam za siebie. Jak tylko odważę się znów po niego sięgnąć to będę chciał coś więcej napisać. Teraz trzeba uwierzyć mi na słowo.

3. „Death Note” od J.P.F. Ostatni seria mangowa w Polsce, którą chciałem mieć i przeczytać dobiegła końca. 12 tomów inteligentnego starcia młodych geniuszy – Kiry i L – mordercy w skórze policjanta i detektywa. Wartka akcja, która okraszona jest wyśmienitymi dialogami i zaskakującymi zwrotami a w to wszystko wplątani są bogowie śmierci. Oryginalny pomysł i bardzo dobre rysunki są przepisem na hit. Szkoda, że w zamian nie dostajemy nic równie ciekawego. J.P.F. zaczął wydawania kolejnego tasiemca po „Naruto” – „Bleach” ale to już nie moje klimaty. Coraz mniej ciekawych mang jak dla mnie.



4. „Star Wars Komiks” i „Fistaszki Zebrane”. Dwa projekty, które wystartowały w 2008 roku, a w kolejnym udowodniły, że ryzyko się opłaca. Egmontowi, za drugim podejściem do tematu, udało się stworzyć tani, regularny, dostępny w kioskach komiks dla szerokiej publiczności. Nasza Księgarnia natomiast zadeklarowała, że najwybitniejszy komiks gazetowy będzie publikowany dalej. Jest również szansa na częstsze ukazywanie się kolejnych tomów. Oby więcej takich ciekawych rzeczy w roku 2010 wszystkim życzę!


5. Manzoku. Najmniej przyjemne wydarzenie, czyli zastój w wydawnictwie, które dawało nadzieję na tani i dobry komiks z mainstreamu amerykańskiego. Szumne i odważne zapowiedzi skończyły się bardzo szybko a oczekujący fani zostali z niespełnionymi marzeniami. Na szczęście ten segment rynku, jako tako, próbuje zapełnić Mucha Comics, która po roku zapowiadania, w końcu wydała „Marvels” i wciąż nie rezygnuje z komiksów o superbohaterach.

6. Ekranizacja „Strażników” Alana Moore’a. Jeden z najlepszych komiksów w historii doczekał się wersji na dużym ekranie. Szczęśliwie, za reżyserię odpowiedzialny był Zack Snyder, który osobiście jest czytelnikiem historii obrazkowych. Wierność fabuły i klimatowi uszczęśliwiło większość wybrednych fanów, którzy obawiali się spłycenia wszystkich wątków na potrzeby szerokiej publiczności. Gwoli przypomnienia w zeszłym roku pojawił się również „X-Men origins: Wolverine”, czyli historia najpopularniejszego mutanta ze stajni Marvela.

7. „Bękarty Wojny” według Quentina Tarantino. Najnowszy film geniusza kinematografii. Pierwszy film w historii, który bierze wydarzenia z II Wojny Światowej i przerabia je po swojemu, bez patrzenia się na prawdy historyczne. Multum zabawy i mistrzowskie dialogi, z których Tarantino słynie. Spaghetti western gdzie nie do końca dobrymi są żydowscy żołnierze pod dowództwem Brada Pitta, a całkowicie złymi są niemieccy naziści na czele z pułkownikiem Hansem Landą (rewelacyjny Christoph Waltz). Brutalny, zabawny i inteligentny obraz, który zadowoli najwybredniejszych fanatyków współczesnego kina. Dla mnie najlepszy obraz roku, i faworyt do sporej liczby Oskarów® (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie).

8. Na koniec roku pojawił się jeszcze „Avatar”. Najnowsze dzieło wizjonera Hollywood – Jamesa Camerona. Prawdopodobnie najdroższy film w historii, który swoim rozmachem i epickością nie ma sobie równych pośród innych obrazów wykorzystujących połączoną animację komputerową z grą żywych aktorów. Film robi oszałamiające wrażenie, jednakże nie jest rewolucją, na jaką był zapowiadany. O samym filmie, więcej na blogu w niedalekiej przyszłości.

9. „Hurra” – KULT. Czternasty album długogrający legendarnej warszawskiej grupy. Już ponad 25 lat Kazik Staszewski za pomocą swoich tekstów i oryginalnej muzyki stara się opisywać rzeczywistość w naszej ciekawej ojczyźnie. Tym razem oddala się od polityki i skupia się na zmaganiach z religią i pokusami świata materialnego. Może trochę łagodniej, ale nadal najbardziej wyraziście spośród polskiego rockowego grania.

10. W 2009 ukazała się również wielka „Biała księga – czyli wszystko o wszystkich piosenkach Kultu”.
?Encyklopedia? Wiesława Weissa opisujący cały dorobek Kazika i reszty. 600 stron tekstów, zdjęć i wspomnień o niezliczonych utworach, które towarzyszą mi i wielu osobom od długiego już czasu. Gdy kiedyś zdołam przebrnąć przez nią w całości to również podzielę się wrażeniami.

Miniony rok był jak dla mnie bardzo udany. Trzeba się starać, aby rozpoczęty właśnie 2010 nie był gorszy. Życzę wszystkim kolejnych kilogramów świetnych komiksów i książek, miło spędzonych godzin w salach kinowych oraz smacznych spotkań ze znajomymi! Nie zapominajcie również o tym skromnym blogu!