Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

niedziela, 28 czerwca 2009

Origin


Pod koniec 2002 roku (Ś.P) Mandragora zaczęła wydawać bardzo świeżą wtedy mini-serię o początkach, jednego z najpopularniejszych superbohaterów, Wolverine'a. Teraz po wielu trudach, udało mi się uzbierać wszystkie sześć części za normalne pieniądze.

Kandyjski X-man od zawsze owiany był tajemnicą, i chyba to przyczyniło się do jego wielkiego sukcesu jako fikcyjnej postaci. Jego dążenie do odkrycia przeszłości interesowało wiele pokoleń czytelników i twórców. Kiedy w 1991 Barry Windsor-Smith stworzył "Weapon X", w którym opowiedział w jaki sposób Wolverine zotał posiadaczem niezniszczalengo szkieletu, wydawać by się mogło że to koniec największej tajemnicy. Jednakże na początku XXI wieku dostaliśmy coś jeszcze - komiks o narodzinach. Przecież i on musiał kiedyś być dzieckiem.


"Origin" jest historią stworzoną przez Paula Jenkinsa, Billa Jamesa i Joe'a Quesada. Zaczyna się pod koniec wieku XIX, gdy do wspaniałego dworu gdzieś w południowej Kanadzie przyjeżdża do pracy w służbie młoda dziewczynka Rose. To z perspektywy jej pamiętnika poznajemy losy rodu Howlletów. Ma być towarzyszką młodego panicza, chorowiteg i bojaźliwego Jamesa. Wśród służby jest też pijaczyna i rozrabiaka Thomas Logan i jego równie niezbyt grzeczny syn, nazywany Psem.

Sielskość dzieciństwa kończy się w momencie gdy James zostaje świadkiem samobójstwa swojej matki, której z jakiś względów prawie nie widywał oraz zabójstwa ojca przez Logana. Razem z Rose uciekają przed oskarżeniami o morderstwo, aż do północnych kamieniołomów. Tam zmieniają imiona i rozpoczynają całkowicie nowe życie. Jednakże czy łatwo jest zapomnieć o przeszłości? I czy ona jest w stanie zapomnieć o nich?


Komiks ukazuję dość wiarygodną genezę pierwszych lat życia przyszłego wojownika. Przedstawia kształtowanie się charakteru, dzięki któremu zasłuży na przydomek Rosomak. Okazuje się że ból i cierpienie z powodu przeszłości towarzyszyły mu daleko przed uczestnictwem w projekcie Weapon X. A zwierzęce instynkty to nie tylko mutacja DNA, ale też świadomy wybór oddalenia się od ludzi.

Rysunki Andy'ego Kuberta są naprawdę świetne, a ich dynamizm sprawia że komiks czyta się wyśmienicie. Postaci są bardzo charakterystyczne że nie sposób ich pomylić.

sobota, 27 czerwca 2009

Hellblazer - Original Sins

Przygody Johna Constantina od zeszłego roku mamy okazje śledzić, po polsku, dzięki Egmontowi. Do tej pory ukazały się trzy tomy autorstwa Gartha Ennisa, które zbierają zeszyty od numeru 41. Czemu wydawca nie zdecydował się na wcześniejsze tomiki, tego można się jedynie domyślać. Dlatego ja zdecydowałem się te brakujące numery kolekcjonować w oryginale i zacząłem od samiutkiego początku.

"Grzechy pierwotne" nie są żadnym początkiem i zapoznaniem z bohaterem. To wszystko odbyło się w (chyba) 3 tomie "Potwora z Bagien", którego Egmont również ma w planach. Dlatego też, od razu wchodzimy z Constantinem na głęboką wodę magii.

Na początek obserwujemy jego zmagania, aby pomóc swojemu koledze, który nieopatrznie zdenerwował demona - Mnemotha. Będąc na wolności, sieje niespotykany głód wśród napotkanych ludzi ścigając swoją ofiarę. Constatntine wraz z Papa Midnitem postanawiają naprawić błąd i spowrotem zapieczętować piekielne stworzenie, co jednak będzie miało swoją ofiarę. Jamie Delano stworzył bardzo dynamniczną historię, która trzyma w napięciu przez cały czas. Dodatkowo oprowadza nas po Londynie, który sam przypomina piekło.

Druga część albumu opiera się na wątkach piekielnej "Armii potępienia" i sekty "Języki Ognia". Obie organizacje pojawiają się gdy zaginęła siostrzenica Johna, który wraz z nowo poznaną kobietą - Zed - uczestniczy w poszukiwaniach. Przez swoją ciekawość i wścibskość naraża się jednym i drugim. Jest to bardzo rozbudowany wątek, który w mniejszym lub większym stopniu pojawia się w kolejnych zeszytach tomu. Dodatkowo prezentowane są ciekawe historie. Trochę 'Matriksowy' i podobny do 'Ghost in the Shell' odcinek o wniknięciu umysłu do komputera. Lub też bolesne wspomnienia z wojny w Wietnami, stają się brutalną rzeczywistością dla żołnierza, który przeżył ją, i jego otoczenia.

Historie w większości są wciągające, jednakże trzeba lubić dużo gadaniny i odprawianie czarów, zamiast walk i pościgów. Największą wadą są rysunki. Trzeba dużo czasu aby się przyzwyczaić do ilustracji Johna Ridgwaya. Sprawiają wrażenie niechlujnych i czasami prostackich. Na szczęście dzięki dobrym scenariuszom można na to przymknąc oko. Dodatkowym atutem są okładki Dave McKeana, znanego ze współpracy z Neilem Gaimanem. One robią dużo lepsze wrażenie niż rysunki w komiksie i wzbudzają zainteresowanie.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Murakami - Kafka nad morzem

W końcu udało mi się doczytać, do końca, kolejną powieść popularnego Japończyka. Wydana w 2002 roku powieść jest zupełnie inna niż "Norwegian Wood" Tym razem jest to opowieść dużo bardziej złożona i nasycona nawiązaniami do wielu aspektów kultury światowej.

Po skończeniu 15 lat, Kafka Tamura postanawia uciec z domu od ojca, z którym nie jest w najlepszych stosunkach. Matka opuściła ich wraz z adoptowaną córką, gdy ten miał zaledwie cztery lata i było to jedno z jego najgorszych wspomnień. Dodatkowo, jest przekonany że ciąży na nim klątwa, że niczym mityczny Edyp, zabije własnego ojca i prześpi się z własną matką i siostrą. Całego jego dotychczasowe życie opiera się właśnie na myśli jak nie dopuścić do spełnienia tej przepowiedni. Dlatego długo i systematycznie przygotowuje się aby podołać samodzielnemu życiu i dowiedzieć się czemu matka od niego uciekła.

Równolegle poznajemy historię Pana Nakaty, starszego mieszkańca tej samej, tokijskiej dzielnicy co Kafka. Jest to niezbyt rozgarnięty dziadek, który nie potrafi pisać i czytać z powodu wypadku, którego doznał będąc dzieckiem. Jednakże umie rozmawiać z kotami, dzięki czemu jest świetnym ich odnajdywaczem, co pozwala mu na dodatkowy zarobek. Podczas jednej z wypraw poszukiwawczych zdarza się tragiczny wypadek, który zmieni całkowicie jego proste życie. Zostaje niejako zmuszony do odbycia podróży w nieznane, na szczęście spotyka na swej drodze Hoshino, młodego chłopaka, który postanawia pomóc dość dziwnemu dziadkowi. Trójka bohaterów, z różnymi fantastycznymi przygodami, docierają na wyspę Shikoku, jednakże w jaki sposób ich losy się przetną i dlaczego, trzeba doczytać już samodzielnie.

Cała opowieść dzieje się na pograniczu rzeczywistości i snu. Pojawiają się liczne odwołania do czeskiego twórcy nie tylko w imieniu głównego bohatera. Po skończonej lekturze nadal nie ma pewności jaka jest prawda. W czasie licznych wędrówek poznajemy wiele przedziwnych postaci znanych z etykiet smażonych kurczaków lub drogich alkoholi. Zwiedzamy światy, które ciężko znaleźć na mapach. Murakami poza współczesną popkulturą wcisnął wiele odwołań do utworów muzyki klasycznej, antycznych dramatów lub japońskich wierzeń. Niemalże każde zachowanie bohaterów tłumaczone jest przez podobieństwo do znanych już w historii przypadków.

Poprzez tę powieść autor próbuje opowiedzieć o wielu problemach i sprawach. O miłości, która jest ponad wszystkim, która nie patrzy na czas i różnicę wieku. O życiu, któremu powinniśmy nadać nawet najmniejszy sens. O przyjaźni, która potrafi opróżnić nasze życie z pustki. W "Kafce nad morzem" prezentowanych jest wiele postaw i są podejmowane próby odpowiedzi na wiele pytań, które jednak z powodu swej mnogości są słabo zauważalne. W pewnym momencie przestaje się zwracać na to wszystko uwagę. Najważniejsze staje się doczytanie do końca i zaspokojenie swojej ciekawości, co do finału przygody Nakaty i Tamury.

Początkowo książkę czytało mi się dość ciężko. Akcja wlecze się ślamazarnie i w sumie nie wiedziałem czego się spodziewać dalej. Poza rozpaczaniami Tamury nad swoim ciężkim losem nic się nie działo. Dopiero traumatyczne przeżycie Nakaty wniosło ożywienie w lekturę. Nie poleciłbym tej książki, jako pierwsze spotkanie z Murakamim, choć zawiera ona wszystko z czego ten autor słynie. Jednakże jak pisałem jest tego tutaj tego wszystkiego trochę za dużo, i "Norwegian Wood" cenię trochę bardziej. Mam nadzieję że następne moje spotkanie z nim odbędzie się za niedługi czas.

wtorek, 9 czerwca 2009

Niebo nad Brukselą


Nowa seria wydawnicza Egmontu "XX Wiek/Wiek XXI" została zapoczątkowana, na WSK, albumem Bernara Yslaire'a. Jest to dość znany Belgijski rysownik. Zakupiłem ten komiks ze względu na bardzo ładnie zapowiadającą się grafikę i chęć zainteresowaniem się, w końcu, komiksami europejskimi. Wcześniej słyszałem jedynie zachwyty nad inną jego pracą wydaną w Polsce - "Sambre", poza tym widziałem przykładowe plansze, które były udostępnione przez wydawcę.

Yslaire stworzył ten album po rozpoczęciu inwazji na Irak przez armie amerykańską i brytyjską. Jest to jego protest przeciwko bezmyślnej brutalności i głupoty polityków, przez których najbardziej cierpią zwykli obywatele. Nawiązuje również do happeningu Johna Lennona i Yoko Onno, którzy protestowali przeciw wojnie w Wietnami publicznym stosunkeim seksualnym. Wtedy też utworzyli słynne hasło "Make Love Not War". W "Niebo nad Brukselą" dość często pojawia się również piosenka "Imagine", chyba najsłynniejszy protest-song w historii.


W Brukseli dochodzi do przypadkowego spotkania Żyda (a właściwie Chazara) z młodą Arabką (urodzoną w Belgii). Osób z nienawidzących się narodów, które od wieków walczyły ze sobą, a w XX wieku nastąpiła eskalacja tego konfliktu. Dziewczyna ma na sobie pas z materiałami wybuchowymi, co szybko wyłapuje chłopak. Jednakże nie próbuje jej powstrzymać przed dokonaniem samobójczego zamachu, a zaczyna się do niej "dobierać". Pomimo że ona tego nie chce, dochodzi do zbliżenia i po tym nic już nie jest oczywiste. Czy wykonała misje, dzięki której miała przekonać do siebie rodzinę, że jest jej warta? Całej tragedii dopełnia jeszcze swego rodzaju nieokreślenie bohaterów, którzy nie mogą o sobie powiedzieć, że są prawdziwym Żydem lub Arabką. W takim razie czemu popełniają grzechy swoich dawnych przodków. Przecież wojna i śmierć jest dużo gorsza niż miłość do "wroga".

Album jest nasycony seksem i odważnymi kadrami. Autor nie ukrywa, też że właśnie w ten sposób chciał ukazać nam śmieszność ludzkich poczynań. W świecie gdzie prowadzonych jest tyle wojen, które można na bieżąco śledzić w mediach, seks budzi często dużo większe zgorszenie, choć jest bardziej naturalny od zabijania się nawzajem.


Komiks czytało się całkiem przyjemnie choć rysunki okazały się dość "brudne". Jest parę ramek, na których można się zatrzymać ale większość była chyba robiona w pośpiechu. Do tego duża część stron to przebitki z telewizora, trochę zmienione przez photoshopa. Yslaire nie wysilił się nawet na rysunkową kalkę. Sama historia jest bardzo prosta a plan zamachu trochę naciągany. Po lekturze mam bardzo mieszane uczucia. Więc może jeszcze wrócę do niej, ale to za jakiś dłuższy czas.

sobota, 6 czerwca 2009

100 Naboi (5 z 13)


Korzystając z okazji, na allegro dokupiłem drugi i trzeci tom wydania kolekcjonerskiego 100 Naboi. Mandragora, póki istniała, miała fetysz wydawania swoich komiksów po raz drugi w mikroskopijnym nakładzie i twardych okładkach. Z tego powodu tom pierwszy z roku 2003 jest już praktycznie nie do dostania za zwykłe pieniądze. Ja, szczęśliwym przypadkiem, jestem jego posiadaczem. W burzliwy i mroźny wieczór grudnia 2004 roku, po zdanym egzaminie na prawo jazdy, postanowiłem wydać kasę przeznaczoną na kolejną próbę. A że wstąpiłem do sklepu z dość dobrze zaopatrzonym działem komiksów, kupiłem najdroższe co w danej chwili mieli. Chyba nie do końca sobie zdawałem co to takiego, choć tytuł nie był mi obcy. W każdym razie ze względu na kiepski stan ostatniego egzemplarza, czyli wylatujące prawie wszystkie strony, zapłaciłem jakąś połowę okładkowej ceny. Przez długi czas zastanawiałem się co z tym fantem zrobić, ale na szczęście lenistwo wygrało i cały czas leży u mnie na półce. Od kilku dni razem z dwiema kolejnymi twardo-okładkowymi częściami, które bardzo szybko wciągnęły mnie i gryzie mnie ciekawość, co stanie się dalej.

100 Naboi jest historią tworzoną przez Briana Azarello i Edurdo Risso. Owe trzy tomy zbierają pierwsze 36 zeszytów (5 oryginalnych TPB) serii. Ostatnio w USA ukazał się ostatnio, setny numer kończący całą opowieść. Czyli przede mną jeszcze 2/3, które będzie trzeba nadrabiać oryginałami, niestety. W każdym razie pomysł na komiks jest dość prosty. Do zwykłych aż do bólu obywateli przychodzi dobrze ubrany staruszek, przedstawiający się jako Agent Graves i wręcza im aktówkę z pistoletem i setką naboi, które są nie do wykrycia, oraz dowody na to kto sprawił, że ich życie jest takie a nie inne. Teraz od nich samych zależy co się stanie. Czy wykorzystają to by się zemścić, czy będą w stanie oprzeć się pokusie łatwego wzbogacenia się?


Jednakże dość szybko przekonujemy się, że Graves nie robi tego jedynie z dobrego serca. Część z poznanych bohaterów, którzy skorzystali z jego pomocy zostaje wplątanych w dużo większą intrygę, a ci szukający źródła szybko giną. Pojawiają się inni gracze jak Pan Shepard i współpracująca z nim potężna organizacja Trust, którzy za wszelką cenę będą chcieli powstrzymać Agenta, przed dalszym rozpowszechnianiem aktówek. Wszystko zaczyna się powoli klarować i poznajemy strony konfliktu. Pozostaje jedynie tajemnicą co się stało w Atlantic City i po co Gravesowi starzy Minutemani - najlepsi zabójcy na świecie.

Świetnie napisana historia, która wciąga od samego początku. Do tego, niesamowicie ilustruje ją Risso. Ten koleś świetnie rysuje kobiety, i swoją kreską podkreśla charaktery ludzi. Prostymi ruchami potrafi uchwycić każdą najbardziej dynamiczną chwile. Wymyśla przeróżne ujęcia, dzięki którym mamy szersze spojrzenie na świat wokół bohaterów. Tło odgrywa znaczącą rolę i często opowiada dodatkową historię niezwiązaną (póki co) z głównym wątkiem. To jest kolejny wielki plus 100 Naboi. Gdy poznajemy jakąś postać możemy być niemal pewni, że ona jeszcze wróci i odegra większą rolę w starciu pomiędzy Gravesem a Trustem.

czwartek, 4 czerwca 2009

Podsumowanie trzech miesięcy

Witam wszystkich zainteresowanych naszym blogiem, tych którzy czytają nas regularnie (mam nadzieje, że kilka osób się znajdzie) oraz tych którzy zaglądają tu sporadycznie.
Post helsinga podsumowujący naszą działalność na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy zainspirował mnie do podobnego komentarza - głownie dlatego, że nie odpowiada mi zarzut mojego lenistwa:] (nie zaprzeczaj helsing - wiem że to do mnie).

Kiedy idea bloga ruszyła w lutym, bardzo spodobał mi się pomysł pisania i próby recenzowania przeczytanych, obejrzanych i przesłuchanych przejawów twórczości na naszej stronie. Okres ten był o tyle piękny, że właśnie kończyła się sesja i było duuużo wolnego czasu. Dzięki temu mogłem dzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat tego co warto, lub nie, poznać. Na marzec przypadło apogeum naszej płodności literackiej i pojawiło się prawie 30 postów co daje średnio jeden dziennie:].
Później niestety nasiliły się obowiązki i czasu zaczęło brakować. Przyznaję, że w kwietniu dałem plamę i nic nie napisałem a resztki wolnego czasu poświęciłem na wizytacje kin czego efektem jest komentarz do obejrzanych filmów (2 z 3 zmarnowały mój cenny czas:]) Co do książek i komiksów to zająłem się jedną serią książkową liczącą cztery tomiszcze i już zbliżam się do końca oraz równolegle czytam dwie inne (efekty niedługo).

W moim przypadku problemem nie jest brak czasu na naskrobanie recenzji (czasem to brak weny). Ale głównie brak czasu na zapoznanie się z czymś nowym. Oprócz wymienionych książek nie mam już chwili na czytanie nowego komiksu i wszystkie nowości (łącznie z tymi z WSK9) leżą na półce czekając na swoją kolej - stos rośnie w zastraszającym tempie. Ostatnio wygospodarowałem ledwie kilka wieczorów na zapoznanie się z świetnym serialem "Californication".

Niestety nadciągający okres nie zapowiada więcej luzu (sesja jest mordercą wolnego czasu). Mogę tylko obiecać, że idea bloga nadal mi się podoba i chcę go współtworzyć, choćby jednym tekstem na miesiąc. W lipcu planuje powrócić do kilku serii komiksowych i wtedy na pewno pojawi się więcej moich postów.

Pozdrawiam

Marsz Drewnianych Żołnierzyków


Najgrubsza, dotychczas opublikowana, część Baśni miała swoją premierę w marcu przy okazji Warszawskich Spotkań Komiksowych. Zbiera 8 zeszytów, w sumie 240 stron, tworzącą bardzo interesującą historię, która zmieniła losy wszystkich dotychczas poznanych bohaterów.

Bill Willingham tym razem postanowił poddać mieszkańców Baśniogrodu największej z prób. Po setkach lat życia w względnym pokoju, w Nowym Jorku pojawia się Czerwony Kapturek - uciekinierka z dawnych ziem. Społeczność przyjmuje ją z otwartymi ramionami, a Niebieski Chłopiec w końcu może zapomnieć o nękająych go wyrzutach. Jednakże nie wszyscy są zadowolenie z takiej sytuacji. Bigby Wilk postanawia sprawdzić jakim cudem udało jej się wrócić do świata doczesnego przez bramę, która była, do tej pory, pieczołowicie strzeżona przez wojska Adwersarza. Wyrusza na północ zostawiająć bez opieki cała resztę. Jest to znakomity moment aby uderzyć i zniszczyć ostatnie skupisko baśniowców sprzeciwiających się najeźdźcy. Jednakże czy tytułowa armia drewianych żołnierzyków będzie w stanie osiągnąć swój cel, czy wszyscy są w stanie ponieść ofiarę za wolność?

W tak ogromnej opowieści poza wojną wpisany jest szereg innych równie ciekawych wątków. Chociażby kampania wyborcza Księcia Uroczego, który po przejęciu majątku Sinobrodego zapragnął zostać burmistrzem. Uczucie Śnieżki do Wilka zaczyna poważnieć i widzimy jak niebezpieczeństwo zbliża tak dwie różne osoby. Zbliża nie tylko kochanków, ale i rodzinę. Wspólny wróg łączy również Folwark z miastem i dwie siostry, które kilka tomów wcześniej mogłyby się pozabijać.

Willingham we współpracy z Lenem Mediną po raz kolejny stworzyli bardzo przekonywujący świat baśniowców, uwikłanych w bardzo dobrze znane nam problemy wojny i zdrady. Rysunki cały czas stoją na najwyższym poziomie i nie można siędo nich przyczepić. Historię czyta się płynnie i z ciekawością oczekuje na ciąg dalszy. Szczególnie, że do końca nie można przewidzieć co się stanie i co Adwersarz chce ugrać na przeprowadzeniu ataku w świecie śmiertelników.

środa, 3 czerwca 2009

3 miesiące

Nadszedł czerwiec i naszła mnie ochota na małe podsumowanie. Minęły 3 miesiące jak już piszemy sobie tutaj o różnych głupotach, które mieliśmy okazje zobaczyć, przeczytać lub usłyszeć. Czytelników nam nie przybywa, ale to raczej z naszej winy. Choć przyczyną może być też fakt, że piszemy niemiłosiernie słabo i nudno, że nawet ludzie, których jedynym celem w życiu jest śmianie się z innych nie są w stanie u nas zostawić komentarza. W każdym razie nie poddajemy się!

Po marcu kiedy praktycznie codziennie się coś pojawiało przyszły dużo gorsze momenty. Nie jest to spowodowane naszym zmniejszonym zainteresowaniem kulturą (duże słowo), ale brakiem wystarczającej ilości czasu. Niektórzy stali się jeszcze bardziej leniwi, inni w końcu stali się zapracowani. Po przeczytaniu nowej książki lub obejrzeniu kolejnego filmu, człowiek nie ma już siły i ochoty usiąść do komputera i naskrobać tych paru zdań. Bardzo by się chciało, ale zdrowiej będzie wybrać sen.

Ze swej strony gwarantuję (tym pojedynczym rozbitkom, wchodzącym na tę stronkę) że co jakiś czas publikować będę mniej lub bardziej rozgarnięte teksty. Jest parę komiksów, które czekają na opis i jeszcze więcej na przeczytanie. Dodatkowo zbliża się sesja, więc będzie dużo okazji do odłożenia nauki, na rzecz relaksu - bardzo ważnego w tym okresie zwiększonej aktywności.

Pozdrawiam!

wtorek, 2 czerwca 2009

Californication

Zakładam, że większość z Was widziała serial "Z Archiwum X". W moim przypadku oglądanie przebiegało według mniej więcej takiego scenariusza: "Boże, ale ta Scully gorąca... O! jest i Mulder" i przez resztę odcinka ruda bogini schodziła na drugi plan. Nie żebym gustował w mężczyznach czy coś, ale Mulder był nietuzinkową postacią i bez niego serial nie byłby tak dobry (z całym szacunkiem dla Gillian Anderson). To Fox był magnesem i postacią główną. Z kolei sam agent nie powstał by bez Davida Duchovnego. Kiedy więc serial X umierał po dziewięciu sezonach i dwóch filmach (moim zdaniem trochę wcześniej) wydawało się, że Duchovny zostanie zapomniany i z metką Mulder przyklejoną do czoła zamknięty w szufladce. Przez kilka lat nie pokazywał się za często na ekranie a kilka filmów z nim ciężko nazwać hitami. Do czasu... W 2007 roku, na kanale Showtime, rozpoczęła się emisja serialu "Californication". Pierwszy sezon ciepło przyjęty zaowocował drugim sezonem w 2008 roku i trzecim, którego emisja ruszy w 2009. Przyznam szczerze, że planowałem napisać o każdej serii oddzielną notkę, ale nie dałem rady! Ten serial skonstruowano tak, że widz przykleja się do fotela a jego oczy robią się kwadratowe jak ekran. Nim się obejrzałem już byłem w połowie drugiego sezonu i bez namysłu oglądałem dalszy ciąg.

Serial opowiada historię poczytnego pisarza Hanka Moody'ego. Z Nowego Jorku przeniósł się wraz z dziewczyną Karren (Natascha McElhone) i córką Beccą (Madeleine Martin) do Los Angeles - tutaj niestety związek się rozpadł. Kiedy poznajemy bohaterów, Karren planuje ślub z nowym partnerem Billem a Hank bezskutecznie próbuje napisać czwartą książkę i pilnuje produkcji filmu w oparciu o poprzedni tytuł. Brak weny i chęci do pracy powoduje, że pisarz snuje się po el ej i przesiaduje w barach podrywając dziewczyny. Brzmi jak dramat prawda? Nic z tego. Serial skrzy się ostrym humorem. Mamy tu całą masę odważnych dialogów o seksie, używkach, porno i całkiem sporo gołych tyłków. Dlatego polecałbym tą produkcję głównie starszym (nie mówię: dorosłym) widzom, nawet nie ze względu na goliznę ale na pewną dojrzałość dialogów. Perełką są rozmowy Hanka z Billem podczas odwiedzin u eks i próby odzyskania ukochanej. Obok głównych charakterów kręcą się jeszcze inne postaci. Przyjaciel Hanka i zarazem jego agent Charlie Runkle (Evan Handler)wraz z uzależnioną od kokainy żoną Marcy(Pamela Adlon). Córka Billa Mia, sekretarka Charliego Dani i gwiazdor rocka Lew Ashby(Callum Keith Rennie), który dołącza do ekipy w drugim sezonie. Chwała producentom za tak genialny dobór aktorów i scenarzystom za dialogi. Co prawda odcinki trwają średnio 20 minut ale to wystarczy aby upakować w nie dużo śmiechu i zabawy.

W moim osobistym odczuciu serial ma też do przekazania coś więcej. Za moralizatora robi tu córka Hanka - Becca. Dwunastoletnia dziewczynka z kamienną twarzą, ciemnymi włosami i cała ubrana na czarno przypomina mi Wednesday Addams z "Rodziny Addamsów". Po każdej wpadce ojca, ruga go poważnym kazaniem, które zarazem jest głosem rozsądku odnośnie całego wariackiego życia bohaterów i ich pokręconych przygód. Obok rozrywki, z "Californication" bije również dużo ciepła i otuchy. Hank i Karren, niezależnie od tego co jest między nimi, bezwarunkowo kochają córkę, Charlie i Marcy to idealne małżeństwo wybaczające sobie każdy błąd a sam Charlie i Hank to przyjaciele do grobowej deski. Tych bohaterów nie można nie polubić!

Przy odrobinę wyobraźni można w Hanku zobaczyć agenta Foxa, który odszedł z FBI i zajął się pisaniem książek. Duchovny ponownie kreuje postać sympatycznego faceta z lekko spaczonym podejściem do życia, trochę samotnika, trochę utracjusza... Ale co najważniejsze odrywa z czoła metkę "Mulder" i znów wypływa na powierzchnię. Hank Moody jest jednym z moich ulubionych bohaterów w ogóle. Mam nadzieję, że "Californication" zachowa poziom w dalszych sezonach i dojdzie do dziewięciu jak "Z Archiwum X". Czego Wam i sobie życzę.
A teraz do oglądania!