Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Baśnie #3 - Kroniki miłosne


Trzeci tom serii Baśnie zaczerpnął swój tytuł od jednej z historyjek zawartych w tej części. W sumie jest ich cztery co sprawia, że dostajemy do czytania dość grubą książkę. Jednakże żadna ze stron nie jest w nim zbędna. Jak dla mnie najlepsza do tej pory wydana u nas część. Jak zwykle za scenariusz odpowiedzialny jest Bill Willingham. Rysunki jak zawsze są świetne i wciąż sprawiają przyjemność.

Jak wspomniałem jest to zbiorek krótszych opowiadań, z których dowiadujemy się jeszcze więcej o Baśniowcach na wygnaniu w Nowym Jorku. Pierwsza z nich jest historią dziejącą się w czasie Wojny Secesyjnej, gdy po jednej ze stron walczył Jack Horner i dla urodziwej panny postanowił złapać Śmierć (szkoda, że nie tę znaną z "Sandmana"). Dość zabawna historyjka ukazująca pewne cechy charakteru Jacka - przez wielu uznawanego za lenia i kombinatora. Kolejna część pokazuje do czego zdolne są postaci z bajek jeżeli ich anonimowość zostanie naruszona - w ten czy inny sposób. Są na tyle zorganizowani i przebiegli, że nie pozwolą aby zwykły człowiek mógł ich szantażować. Dodatkowo pojawiają się pewne spięcia między samymi Baśniowcami i pozostawiają naruszoną ambicje, co ma swoje bezpośrednie konsekwencje w następnej, tytułowej historii. W Baśniogrodzie jest wielu mieszkańców, którzy mają dużo większe plany niż spokojne życie na wygnaniu. Im na drodze zazwyczaj staje Bigby Wilk jako szeryf i Królewna Śnieżka jako wiceburmistrz, więc aby dokonać reazlizacji swoich celów, należałoby się ich pozbyć. Po części się to udaje, jednakże wróg nie docenił ich. Koniecznie trzeba zobaczyć co z tego wyjdzie! Poza krnąbrnością niektórych osób poznajemy również z innej strony zimną i zamkniętą, do tej pory, w sobie Śnieżkę oraz złego Wilka. Ostatnia część jest stylizacją na bajkę dla dzieci i takie też rysunki ją ubarwiają co zupełnie nie przeszkadza. W bardzo klasyczny sposób opowiadania dowiadujemy się o dość bogatej historii i tradycji Liliputów z Folwarku.

Kolejny tom i kolejne zachwyty nad niezmiernie ciekawym światem Baśni. Tak jak poprzednie tomy, jest to lektura obowiązkowa, która sprawia masę frajdy.

Dragon Ball: Ewolucja

Stało się. Po wielu latach plotek i szeptów, film aktorski na podstawie znakomitej i bardzo popularnej mangi stał się faktem. Co lepsze, zawitał nawet do polskich kin. Jedynym minusem umniejszającym radość z tej produkcji było to, że został zrobiony przez Amerykanów ze studia Fox, a nie Japończyków. Choć nie wiadomo czy zrobiłoby to dużą różnicę.

Już pierwsze zdjęcia i trailery dawały do zrozumienia, że wybitnym dziełem ten film nie będzie. Poza tym rozczarowały całą rzeszę oddanych fanów, gdy okazało się że główny bohater - Son Goku - nie będzie miał swojej bujnej czupryny, a Genialny Żółw - skorupy na plecach. Mimo tego wszystkiego, postanowiłem wybrać się na seans. Będąc odpowiednio przygotowany (kilka piw przed) i nie spodziewając się za wiele przeżyłem srogi zawód.

Pierwsze 10/15 minut nawet dało się przełknąć i zgodziłem się na zupełnie inny świat, w którym istnieją magiczne kule spełniające życzenia. Jest dużo bardziej przekonywujący niż gdyby po ulicach chodziły różnego rodzaju człekopodobne zwierzęta. Jednakże od pojawienia się Yamchy (Joon Park, mogliby jakiegoś ładniejszego azjatę znaleźć) film przestał być zupełnie interesujący. Jak chwilę wcześniej Muten Roshi (Yun-Fat Chow) był śmieszny tak od tej chwili za każdym razem robił te same miny przy zbieraniu energi KI. Zaczęła się jakaś pogoń za Smoczymi Kulami (w polskim tłumaczeniu 'Dragonballami'), która nie przynosiła niczego ciekawego. Można było jedynie przyjrzeć się kobiecym bohaterkom i tak Bulma (Emmy Rossum) jest niezbyt udanym wcieleniem słodkiej i rozpieszczonej panikary. Chi Chi (Jamie Chung) też nie przypomina swojego pierwowzoru, choć tutaj przynajmniej jest na co popatrzeć. Justin Chatwin jako Goku, nie wypadł tak źle, choć mógłby popracować nad mimiką, gdyż jego groźne spojrzenia i miny raczej bawiły widzów. Natomiast główny oponent - Piccolo - to już chyba efekt lenistwa i skąpstwa ekipy. Założyli Jamesowi Marstersowi jakąś czarną kamizelkę, która niby jego mięśnie miała imitować. Dobrze, że chociaż głowę miał zieloną.

Sądziłem też, że jeżeli film będzie kiepski to przynajmniej popatrzy się na efektowne sceny walk. Niestety tutaj kolejne rozczarowanie. Przed decydującym pojedynkiem z Piccolo nie zawiele ich uraczymy. A nawet finałowe starcie w niczym nie przypomina Dragon Balla. Została wykonana jedna Kamehameha, do tego w jakiś dziwny sposób, z wyskokiem. Poza tym w samej historii została tak namieszane fakty znane z anime i mangi, że czasami płakać się chciało. Dla ludzi lubiących oryginał jest to rzecz na jedno obejrzenie a dla reszty polecam trzymanie się z tego jak najdalej.

czwartek, 23 kwietnia 2009

"To nie moje są słowa"

Dnia 22, w miesiącu kwietniu, Roku Pańskiego 2009. Na kilkunastu koncertach już byłem, na wielu zespołu KULT, ale to co tego dnia działo się w warszawskim Palladium przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po raz pierwszy uczestniczyłem w koncercie super-grupy KazikNaŻywo!!! Jak to jest możliwie, że prawie 50 letni człowiek może z taką energią wciąż śpiewać i porywać tłumy. Ja mogę mu jedynie podziękować, za to co stworzył i niech nie przerywa tego.

Drugi koncert w stolicy reaktywowanego KNŻetu był wielką energetyczną bombą, która przy każdej piosence na nowo wybuchała. Cała sala skakała w rytm niebywale mocnego grania. Wersje chociażby znane z płyty "Występ" zupełnie nie przypominają tego co można było usłyszeć. Siedzę zmęczony po koncercie i wciąż gra mi ta muzyka w uszach, nie mogę się pozbyć wrażenia, że wciąż stoję na przeciwko piątki radujących się muzyków. Jak emocje opadną postaram się coś więcej dopisać, ale może to trochę długo trwać. Nie będę pisać, abyście żałowali swojej nieobecności tam, aby nie psuć humoru osobom ze złamanymi kończynami w nieszczęśliwych wypadkach.

środa, 15 kwietnia 2009

Anime - Kwiecień 2009 #3

Dziś kolejna lista nowych anime prosto z dalekiego kraju. Część pierwsza i druga.

Zacznę od "Phantom ~Requiem for the Phantom~". Serial prezentuje się wyśmienicie. Świetna, dynamiczna animacja, szczegółowe tła, dużo akcji. Dość ładnie wyglądające postaci, orkiestrowa muzyka dobrze wkomponowana w to co widać na ekranie, choć może trochę zbyt wzniosła jak na głupkowatą opowieść. I właśnie, fabuła zupełnie nie pasuje do ogromu pracy jaki został włożony w stworzenie, technicznie bardzo udanego anime. Oglądając pierwszy odcinek zupełnie nie potrafiłem się skupić na historii gdyż była tak głupkowata i mało oryginalna. Jakaś organizacja zatrudnia dzieci i szkoli ich na zabójców. Oczywiście te dzieci nie mają pojęcia skąd się wzięły i dlaczego robią to co robią. Na zlecenie swoich szefów zabijają mafiozów w środku dnia, lub przebrani za ich służących. Nawet nie trzeba oglądać za dużo anime, żeby wiedzieć o podobnych już istniejących wariacjach na takie tematy. Dla samej animacji można przejrzeć jeden/dwa odcinki, dla więcej będzie to już raczej strata czasu.


Kolejny serial będzie przeciwieństwem poprzednika. Z zapowiedzi wynikało, że ma to być kolejna komedia romantyczna dziejąca się w typowym japońskim liceum . Bohaterkami są 4 dziewczyny, które próbują stworzyć zespół muzyczny. Czyli wszystko co już widzieliśmy, i zdążyliśmy znienawidzić (to znaczy ja zdążyłem) w anime. Mimo wszystko zobaczywszy przefajny plakat jednej z dziewczyn z gitarą postanowiłem spróbować "K-ON". Na początku było zaskoczenie (negatywne bardziej) że serial wyświetlany jest w standardzie telewizyjnym (4:3) i tym samym jakość nie była powalająca. Sama animacja jest średnią krajową, czyli poprawną i często spotykaną w takich szkolnych gatunkach. Ale największym plusem jest humor i urok głównych bohaterek, które za wszelką cenę chcą utrzymać przy życiu Szkolny Klub Lekkiej Muzyki. Ja się dałem wciągnąć i naprawdę mam dużą frajdę.


"Higashi no Eden" czyli "Eden zachodu" jest najnowszym dzieckiem Production I.G. co widać doskonale. Samochody, ludzie na ulicach, ruchy postaci i design od razu przypominają wcześniejsze prace jak "Tokyo Marble Chocolate" lub obie serie "Ghost in the Shell S.A.C.", które zapoczątkowały ten sposób animacji. Nawet reżyser jest ten sam co w przypadku przygód Motoko Kusanagi i Skecji 9. Serial ma liczyć 11 odcinków plus film kinowy z zamknięciem wszystkich wątków. Pierwszy odcinek przedstawia nam młodą japonkę, która przed Białym Domem w Waszyngtonie spotyka nagiego chłopaka z bronią i telefonem komórkowym w drugiej. Ten zupełnie nie wie jak znalazł się w takiej sytuacji (brzmi znajmom, prawda?!). Splot różnych wydarzeń, dość ciekawie pokazanych na tle stolicy USA, doprowadza parę dzieciaków na lotnisko z którego chcą wrócić do Japonii. Tam na ekranach telewizorów obserują tragedię, która się wydarzyła w Tokio. Jako fanatyk tego studia obejrze bez zastanowienia tę serię, choć również polecam innym gdyż naprawdę pierwszy odcinek był intrygujący i zapowiada dość ciekawą historię. Warto również zobaczyć animację piosenki końcowej, która jest nieziemsko piękna!


Ostatnią na dziś serią jest "Guin Saga". I niestety kolejną, przed którą chcę ostrzec. Tutaj wszystko z wizualno-dźwiękowych aspektów jest średnie. Nie ma nic czym mogłoby się wyróżnić na tle innych tytułów. Jest to opowieść fantasy o dwójce królewskiego rodzeństwa, którzy zostali zmuszeni do ucieczki z pałacu przez najazd Mongołów (taki naród). Kiedy zostają znalezienie w pobliskim lesie, ratuje ich olbrzymi facet z głową leoparda. Twierdzi, że jest to jedynie maska, której przez czary nie może zdjąć, ale tego nie pamiętam bo już miałem dość. Całość pewnie dąży do happy endu, kiedy dzieci wrócą dna tron a wojownik odzyska swoją twarz...


Na jakiś dłuższy czas będzie to przerwa z frontu nowości anime. Na kilka tytułów trzeba jeszcze poczekać a jeden muszę raz jeszcze obejrzeć aby sprecyzować swój pogląd.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Anime - Kwiecień 2009 #2

Kolejna porcja nowości z Kraju Kwitnącej Wiśni, które wzbudziły moje zainteresowanie. Tak jak w poprzednim poście przedstawię trzy serie i moje wrażenie po pierwszych odcinkach.

Zacznę od "Ristorante Paradiso", które niezbyt mnie zaciekawiło. O tej serii usłyszałem po raz pierwszy na tegorocznym WSK, gdy Hanami zapowiedziało wydanie mangi o tym tytule. To jest właśnie anime na podstawie rzeczonego komiksu. Niestety, ten serial zupełnie nie trafił w moje gusta. Historia opowiada od dziewczynie, która w poszukiwaniu matki przyjeżdża do Rzymu. Trafia do wykwintnej restauracji, w której pracują sami przystojni kelnerzy (w okularach!) a matka jest dziewczyną szefa. Dodatkowo nie chce się przyznać do swojego dziecka. Już w pierwszym odcinku mamy romantyczne spojrzenia, dwuznaczne zachowania i zero akcji, za to dużo pseudo-znawczego gadania o włoskich potrawach. Anime dla osób, które lubią patrzeć na wolno płynącą historię, która w sumie nie wiadomo do czego dąży. Oraz dla dziewczyn, które będą mogły się ślinić do wysokich, szczupłych i ładniutkich rysunkowych facetów. Animacja również nie robi piorunującego wrażenia, a design kobiet jest wręcz odpychający, więc nawet popatrzeć nie ma na co...


Następne dwie serie będą dużo zabawniejsze i przyjemniejsze w oglądaniu. Najpierw "Charady no Joke na Mainichi" czyli Codzienne żarty Charady. Jak wskazuje tytuł są to 3, 4 minutowe epizodziki przedstawiające żartobliwe scenki i emitowane są codziennie. Docelowo ma być ich aż 365, czyli okrągły rok od 1. kwietnia, kiedy rozpoczęła się ta seria. Do tej pory widziałem 11 odcinków i nie były może powalające poczuciem humoru, jednak przy takiej ilości może coś fajnego się kiedyś znaleźć. Ja bardziej skupiam uwagę na animecję, któa za każdym razem jest zrobiona w innym stylu. Nie są to wspaniałe obrazy jak produkcje studia Production I.G. ale dużo prostsze i wręcz statyczne rysunki, które jednak przyciągają wzrok. Jest okazja aby zapoznać się z świeżymi pomysłami. Jedyną rzeczą łączącą pojedyncze epizody jest Charady, która wraz ze swoimi zwierzątkami/maskotkami zaczyna i podsumowuje każdy żart. To już jest zrobione w ohydnej grafice komputerowej. Ze względu na krótką formę i ciekawą realizację polecam.


Trzecia seria również jest humorystyczna. Jednakże tutaj dowcip jest trochę bardziej absurdalny i skierowany do ludzi z większą wyobraźnią. Mowa o "Higepiyo" czyli Brodatym Podglądaczu. Owym brodaczem jest kurze piskle, którego na jarmarku nikt nie chce zakupić i przygarnąć. W końcu znajduje się rodzinka, która zgadza się na prośbę syna. Owe pisklę okazuje się być uzależnionnym od alkoholu i telewizji, nigdy nienażartym ptaszyskiem żerującym na dobroci opiekunów. Jednak pozory mogą mylić i w drugim odcinku ukazuje się nam nowe oblicze Higepiyo, który nie będzie bezczynnie patrzył jak innym dzieje się krzywda. Epizody trwają jedynie 5 minut więc warto zapoznać się z tym tytułem. W tej serii animacja również nie rzuca na kolana i jest dość uboga jednak bardzo pasuje do historii. Mimo to ogląda się bardzo przyjemnie i całość (przynajmniej mi) daje dużo zabawy.


Jeszcze trochę nowości zostało, więc pojawi się przynajmniej jeden post kontynuujący ten temat.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Dragon Ball - KAI vs. Z


W poprzednim poście wspomniałem o rozpoczęciu emisji odświeżonej wersji "Dragon Balla". Po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków jestem niezmiernie ucieszony. Raczej ze względu na powrót do dawnych czasów, kiedy miało się naście lat i z zapartym tchem czekało się na kolejne starcia Son Goku z coraz to silniejszymi wrogami, niż z jakości samego anime. Historia niewiele się zmieni, jedynie zostanie ukazana trochę szybciej. I te wspomniane epizody zbierały 3 części oryginalnej wersji. Nie przyspieszyli póki co za bardzo, ale to pewnie dlatego, że musieli dodać trochę retrospekcji z poprzednich serii, w których chodziło bardziej o zbieranie Smoczych Kule, a nie o walki. Teraz chciałbym pokazać zmiany w samym wyświetlaniu jakie zaszły. Stworzyłem małe porównanie aby lepiej pokazać na czym polega wizualna różnica między nowym a starym.

Według zapowiedzi kadry nie miały być ucinane i żeby uzyskać kinowy współczynnik ekranu miały być dorysowywane tła. Z moich obserwacji wynika, że nie zawsze i dość rzadko jest to stosowane. Najczęściej kadry są przycinane od góry i dołu, aby centralną część zachować. Jednakże nie robione jest to z automatu i widać, że w zależności od tego co dzieje się na ekranie zabiera się więcej z jednej lub drugiej strony. Dzięki temu wspaniałe włosy Sayanów są widoczne, a zabiera się część tułowia lub nóg. Czasami też widać że jednak trochę pracy włożono i część kadrów jest rozszerzona o to co nie było widać wcześniej.

Aby więcej się nie rozpisywać stworzyłem małą galerię gdzie samemu będzie można się przekonać o zmianach, które zaszły.

Baśnie #2 - Folwark zwierzęcy

Historia, która rozgrywa się w drugim tomie "Baśni", jest konsekwencją rozwiązania sprawy morderstwa Róży Czerwonej z "Na wygnaniu". Jeżeli nie czytałeś poprzedniego tomu, a planujesz, to odpuść sobie ten tekst, aby nie zepsuć sobie zabawy z lektury.


Na zakończenie pierwszej części dowiadujemy się, że nie tak martwa siostra Królewny Śnieżki i jej chłopak Jack dostali kary za głupi pomysł z upozorowaniem morderstwa. Chłopak sprząta Ratusz Baśniogrodu, dziewczyna ma towarzyszyć siostrze w wyprawie, na północ od Noweg Jorku, do Farmy. Zamieszkuje ją całe rzesze bohaterów, którzy mają postać zwierząt lub po prostu nie pasują do życia w wielkim mieście. Śnieżka, jako burmistrz, chce skontrolować sytuację i przy okazji nauczyć Różę trochę pracy na rzecz innych. Na miejscu okazuje się, że kontrola Baśniogrodu została utracona a zwierzęta pod przewodnictwem świń (te od 3 świnek i zdmuchiwanych chatek) organizują przewrót i przygotowują się do wojny z Adwersarzem - grabieżcą ich dawnych ziem.

Willingham nie tylko tytułem nawiązuje do świetnej powiści George'a Orwella, która była ostrzeżeniem przed totalitaryzmem. W komiksie również możemy odnleźć takie głosy i ukazanie czym może się stać bunt za wszelką cenę. Nawet przywódcy rewolucji są tego samego gatunku i mają dość życia w zamknięciu niczym poddani miasotwych baśniowców. Pomaga im jedyna człowiecza mieszkanka Farmy - Złotowłosa. Jest najbardziej skłonna do przemocy, co kończy się dla wszystkich dość tragicznie. Mamy też okazję się dowiedzieć o kolejnych mocach postaci z baśni, które zamieszkały w naszym świecie.


Ryasunki Marka Buckinghama z tuszemi Steve'a Leialoha prezentują się bardzo ładnie. Tym razem tła może nie są aż tak bogate, jednkaże wciąż mamy do czynienia z bardzo realistyczną kreską. Dodatkowo mamy frajdę w oglądaniu ogromu nowych postaci zamieszkujących Farmę.

Po raz kolejny możemy się przekonać, że komiks świetnie nadaje się do przekazywania trudnych i ważnych kwestii. Dodatkowo nie tracąc nic z dobrej zabawy razem z bohaterami naszego dzieciństwa.

niedziela, 12 kwietnia 2009

Anime - Kwiecień 2009 #1

Kwiecień jest w japońskiej telewizji okresem wysypu nowości. Rozpoczynają się kolejne sezony starych hitów i wprowadzane są nowe tytuły. Ilość jest tak ogromna, że każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. Ja zawsze staram się wyłapać najciekawsze pozycje już na starcie. Z tego powodu, w tym okresie bacznie śledzę doniesienia o nich i zawczasu planuję, które anime będę chciał sprawdzić. Obecnie jestem w trakcie i udało mi się przejrzeć pierwsze odcinki kilku serii, które wydawały mi się w jakiś sposób ciekawe. Czy to ze względu na twórców, przykładowe zdjęcia, zarys fabuły lub po prostu z czystej ciekawości.


Na początek przedstawię dwa pewniaki. Pierwszym jest nowa wersja popularnej i dość udanej serii z 2003 roku - "Full Metal Alchemist". Po dogonieniu mangowego pierwowzoru, twórcy postanowili zakończyć akcję po swojemu na 51 odcinku. Lepsze to niż sztuczne zapychanie bzdurnymi elementami fabuły, aż znów będzie można czerpać z pomysłów Hiromu Arakawy. Teraz, wykorzystując dużo więcej powstałych tomów, dostajemy odświerzoną wersję z podtytułem "Brotherhood". Bracia Edward i Alphonse Elric wyruszają na poszukiwanie Kamienia Filozoficznego aby odzyskać to co stracili przy próbie ożywienia swojej matki. Poprzednia seria mi bardzo podeszła. Akcja była prowadzona dość żwawo, dużo humoru i ciekawy świat alchemii sprawiły, że bardzo szybko zleciał czas na oglądaniu. Nowa wersja zapowiada się równie intrygująco, a dodatkowo mamy jeszcze lepszą jakość obrazu (tym razem widescreen i w HD). Dzięki temu osoby, które nie widziały starego Alchemika, nie muszą do niego wracać i od razu zabrać się za to co dostajemy w tej chwili.


Drugim pewniakiem, z zupełnie innych powodów, jest DRAGON BALL KAI. Nie są to niestety nowe przygody Goku i spółki wymyślone przez Akirę Toriyamę. Producenci znaleźli kolejny sposób aby zarobić dodatkowe pieniądze na tym kultowym tytule. Ja, jak większość polskich fanów m&a, wychowałem się właśnie na walkach o Smocze Kule. Rok 2009 jest dwudziestą rocznicą rozpoczęcia pierwszej emisji, najbardziej znanej i popularnej części, "Dragon Ball Z". Licząca 291 epizodów podróż została skrócona tak aby, jak najdokładniej, odpowiadała pierwotnej historii znanej z mangi. Według zapowiedzi pozbyto się wszystkich mało znaczących fillerów i sztucznie wydłużonych scen. Wszystko ma być dużo bardziej dynamiczne i pasować do XXI wieku i wymagań dzisiejszej młodzieży. Poza nowym montażem postarano się o nową muzykę, która zasąpiła proste dźwięki z dziecięcego keyboarda. Wszystkie kwetsie zostały nagrane od początku, zachowując (tam gdzie nie istniały przeszkody śmiertelne) pierwotnych seyuu. Zremasterowano wszystkie klatki aby dostosować obraz do wymagań HD. Z tego powodu również dostajemy wersję 16:9 i jak zapewniają twócy bez straty obrazu, gdyż zamiast obcinać, dorysowywali rozszerzone tła. W pierwszym epizodzie nie zawsze jest to prawdą. Mimo to efekt i tak jest piorunująco oszałamiający. Trzeba samemu zobaczyć! To co się wydarzy znam na pamięć, ale i tak z zapartym tchem czekać będę na kolejne odcinki (dziś drugi). Mam nadzieję, że skrócenie liczby epizodów o około 200, pozwoli na wydane !wreszcie! "Dragon Balla" w Polsce, czego wszystki życzę z całego serca. Samej serii nie muszę polecać, gdyż każdy kto miałby ją polubić, już ją kocha.


Kolejną serią, którą chciałbym przedstawić jest "Tears of Tiara". Jednakże w tym przypadku nie będę jej polecać. Zaintersowałem się nią poprzez bardzo ładne rysunki bohaterek jednakże gdy są one już w ruchu tak intersująco nie było. Anime jest zrobione na podstawie jakiejś gry RPG, więc fani tego typu zabawy może będą zadowoleni - ja nie. Fabuła w żadnym stopniu nie jest oryginalna. Jakaś dawna, fantastyczna kraina, trochę średniowieczna, jest zagrożona, zbiera się grupa wojoników (wojowniczek), którzy będą jej bronić przed złem. Animacja jest przeciętna a postaci wyglądają jak wyjęte z typowego szkolnego romasidła. Nawet wspomniane bohaterki nie prezentują się tak fajnie jak na zdjęciach promocyjnych. Jeśli lubisz takie klimaty samemu sprawdź, ja podziękowałem już po pierwszym epizodzie.


Na razie tyle. Niedługo napiszę o kolejnych nowościach, które polecam i odradzam. Część z planowanych jeszcze nie wystartowała a jest kilka, które po pierwszym epizodzie nie do końca mnie przekonały.

piątek, 10 kwietnia 2009

Hard Boiled


Dobry komiks powinien składać się w równej części z porządnego scenariusza i przyjemnych dla oka rysunków. Dla mnie, ewentualnie, może wystąpić pewne zaniedbanie ilustracji przy znakomitej historii. Gdy to rysownik nadrabia braki w opowieści już taki zadowolony nie jestem. Dlatego też z kupnem "Hard Boiled" zwlekałem kilka miesięcy. We wszystkich recenzjach i relacjach z lektury tego komiksu powtarzała się właśnie ta kwestia - rysunki znacznie przewyższają samą treść. Pomimo, że dostępne w internecie próbki i cena nie ułatwiały decyzji postanowiłem zaryzykować i posiadłem dzieło Geofa Darrowa.

Aby potem nie zapomnieć, wspomnę jedynie że scenariusz wypłodził Frank Miller - ten od "Sin City", "300", "Powrotu Mrocznego Rycerza" ale również reżyser totalnego nieporozumienia, czyli filmu "Spirit - Duch Miasta". W "Hard Boiled" zbliżył się do tego ostatniego. W Los Angeles przyszłości istnieje pewien poborca podatkowy Nixon (albo Seltz albo Burns - zależnie od dnia), który dzięki swej niezniszczalności jest dość efektywny (efektowny też, ale o tym za chwilę) w tym co robi. Jedyny szkopuł jest taki, że nie zdaje sobie sprawy, że jest robotem na usługach wielkiej korporacji. Próby ukazania mu prawdy, kończą się dla wielu istnień tragicznie. I to by było wszystko jeśli chodzi o oś fabularną. Niektórzy twierdzą, że jest to historia inspirowana "Łowcą Androidów" i prozą Philipa K. Dicka. Jak dla mnie, rozpierducha niewiele ma wspólnego z rozmyślaniem o swoim istnieniu. Jedynym plusem tej prostoty jest rysownik.


Geof Darrow zrobił z króciutkiej i banalnej historyjki robota, który ma chwilę zwątpienia, album malowideł. Większość stron zdobią pełnostronnicowe rysunki żyjącego miasta lub zniszczelnia powodowanego przez głónego bohatera. Powiedzieć o nich, że są szczegółowe to tak jakby zachwycać się "Bitwą pod Grunwaldem" Moniuszki w wersji pocztówkowej. Komiks ten jest hiper-realistyczny, jeśli nie jeszcze bardziej. Na kadrach zostało umieszczone wszystko co można sobie wyobrazić w danym miejscu. Od przechodniów na każdym rogu ulicy, po najmniejszy niedopałek papierosa i kluczyk od aluminiowej puszki po napoju. Widać nagłówki gazet i reklamy produktów. Można doliczyć się każdej cegły, która została wybita z muru przy zderzeniu z samochodem lub każdego zarysowania na szybach. Sam styl rysunków mocno mi przypomina Katsuhiro Otomo z jego największego dzieła "Akiry", który również jest pokazem wspaniałego kunsztu rysownika.

Każda ramka jest tak nasycona szczegółami, że oglądanie ich całkowicie uniemożliwia płynne czytanie całości. Za każdym razem próbowałem wpatrzeć się w nie jak najdokładniej i zobaczyć jak najwięcej. Jednakże wystarczy wrócić do poprzedniej strony aby odnaleźć wcześniej nie zaobserwowane elementy. Poziom zamieszczanych detali przyprawia o zawrót głowy. Po pewnym czasie takiego oglądania mogą zacząć boleć oczy, mimo to ja chciałem dalej patrzeć na to co znajdowało się przed nimi. Często przeszywała mnie myśl - jak długo ON musiał to rysować? Jakkolwiek, został za tę ciężką pracę nagrodzony Nagrodą Eisnera w 1991 roku.


Każdy zaintersowany cyber punkiem powinien choć przejrzeć ten album i wtedy zdecydować. Czytanie nie ma sensu, gdyż sama teść niewielu przekona. Natomiast rysunki trzeba zobaczyć na żywo, gdyż skany nie oddają mocy jaką posiadają na papierze. Wydanie sprezentowane przez Egmont jest (poza ceną) bez zarzutu. Kredowy papier, twarda okładka i przede wszystkim format A4 pozwalają na delektowanie się wspaniałymi obrazami i zapomnienie o czytaniu dymków, które nic nie wnoszą do zaznawanej przyjemności.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Baśnie #1 - Na wygnaniu


Po dość dużym, jak na polskie warunki, sukcesie "Sandmana" Egmont znalazł godne następstwo. Nie mam na myśli, również dobrej, historii Lucyfera, o której już pisałem kilka razy, a coś znacznie oryginalniejszego. Od 2007 roku drukowana w Polsce jest seria "Baśnie", do której od 2003 roku Bill Willingham pisze scenariusz. Ilustracje tworzone są przez wielu bardzo zdolnych rysowników i zaspokoją gusta wielu czytelników.

Wszyscy, w większym lub mniejszym stopniu, znamy, z literatury lub filmów, światy gdzie wśród ludzi żyją fantastyczne stworzenia jak elfowie i krasnoludy. Willingham natomiast, w rzeczywistość wepchnął coś dużo bardziej nam znanego. Głównymi bohaterami są postaci z legend, opowiadań, bajek i oczywiście baśni, którymi karmili nas, za młodu, rodzice na dobranoc lub straszyli abyśmy wreszcie się uspokoili. Niestety nie spotkamy naszych rodzimych znajomych - Szewczyka Dratewki, Lajkonika czy Bazyliszka. Główną siłę stanowią postacie wykreowane przez braci Grimm i Hansa Ch. Andersena.


W pierwszym tomie, poznajemy całą plejadę bohaterów, którzy zwą siebie baśniowcami. W jednym z bloków Nowego Jorku stworzyli magiczne miejsce - Baśniogród - w którym mieszka większa część obywateli. Burmistrzem jest Król Cole, jednak rzeczywistym zarządcą jest Królewna Śnieżka, której przedstawiać nikomu nie trzeba. Szeryfem jest Bigby Wilk (ten od Trzech Świnek i Czerwonego Kapturka) - dzięki magii utrzymuje ludzką postać. Jednakże, nie każdego stać na zakup u czarownic takiego uroku, więc wszyscy zwierzęcy baśniowcy zamieszkują Farmę poza granicami miasta. W "Na wygnaniu" dowiadujemy się również, czemu ci, zdawałoby się wyimaginowani, bohaterowie opuścili swoje krainy, w których odgrywali dobrze nam znane role.

Historię, która jest opowiedziana w tej części, można zaliczyć do klasycznej opowieści detyktywistyczno-kryminalnej. Zaczyna się od zgłoszenia zaginięcia Róży Czerwonej (siostry Królewny Śnieżki), której całe mieszkanie jest wywrócone do góry nogami i zalane krwią. Wilk rozpoczyna śledztwo, w którym towarzyszy mu (wbrew jego woli) siostra zaginionej. Podróże od jedngo do drugiego podejrzanego pozwalają nam poznać świat, w którym toczy się cała seria. Dobrze znanych bohaterów naszego dzieciństwa obserwujemy w zupełnie innym świetle i w innych okolicznościach. Nie są to już osoby, które miłymi słówkami i dobrocią zdobywały naszą sympatię. Po wielu wiekach istnienia i życia na wygnaniu stali się często zgorzkniali i cyniczni. Dla samego dialogu z Pinokiem, warto przeczytać ten tom. Cała sprawa kończy się dość mało zaskakująco i ostatni zeszyt znacząco odstaje od reszty, ale należy to darować i brać się za lekturę kontynuacji.


Za rysunek odpowiedzialny jest Lan Medina, a tusz kładli Steve Laialoha i Craig Hamilton. Ilustracje stoją na najwyższym poziomie. Są przepiękne, tła są bogate w szczegóły, które jeszcze bardziej przybliżają nam świat Baśniogrodu. Kadrowanie jest dość spokojne, i nie ma odstępwstw od zwykłych ramek, dzięki czemu płynnie czyta się całość. Do tego dochodzą jeszcze świetne okładki Jamesa Jeana.

Na końcu albumu znajduje się krótkie opowiadanie Willinghama o ucieczce baśniowców do Nowego Amsterdamu (dawna nazwa Nowego Jorku).

środa, 1 kwietnia 2009

Bad Blood


Moja przygoda z Archiwum X wciąż trwa. Kolejnym odcinkiem, który chciałbym przedstawić jest dwunastym w piątym sezonie, oryginalnie nadany w lutym roku 1998. Tak jak poprzednio, ten epizod również niewiele ma wspólnego z typową tematyką całego serialu. Jednakże jego oryginalność nie polega na mnóstwie nawiązań do klasycznych filmów grozy a jedynie na śmiechu. Tak, tym razem scenarzyści wpadli na pomysł komediowej wersji przygód najsławniejszej pary agentów FBI. I to się im udało, gdyż ja, patrząc na ekran, śmiałem się przez cały czas.

Początkiem zdarzeń jest pościg Muldera za pewnych chłopakiem. Agent dopada go i wbija mu kołek w serce. Przybyła za nimi Scully, sprawdzając uzębienie zmarłego odkrywa, że kły są sztuczne. To wydarzenie doprowadza dwójkę agentów do biura Skinnera przed, którym muszą się tłumaczyć z zamrodowania niewinnej osoby. Przed tym postanawiają wysłuchać swoich wersji zdarzeń, które okazują się nie do końca takie same. Cała zabawa w tym odcinku polega właśnie na rozbieżnościach w relacji z miasteczka, w którym prowadzą śledztwo w sprawie martwego, pozbawionego krwi, z śladami ugryzienia turysty. Małe różnice, takie jak wielkość zębów szeryfa, wzbudzają niemałą radość w oglądaniu. Te same sceny z innych perspektyw czasami różnią się dość znacznie, co pokazuje nam prawdziwe charaktery dwójki bohaterów. Wersja Scully skupia się na zapale jej partnera do kolejnego nienaturalnego zjawiska. Mulder natomiast opisuje siebie jako zrównoważonego i chłodnego w ocenie, choć wierzącego w istnienie wampirów, specjalistę. Do tego oczywiście dochodzi znakomita gra aktorska, dzięki której jeszcze bardziej uwypuklają się sprzeczności w zeznaniach. Ale to nie wszystkie atrakcje, gdyż koniec, jak to powinno być w dobry serialu kryminalnym, jest mocno zaskakujący.


Angielski tytuł "Bad Blood" można tłumaczyć na język polski jako "Zła krew" co w odniesieniu do wątku wampirów będzie w porządku. Jednakże w angielskim zwrot ten posiada dodatkowe znaczenie - niechęć, wrogość między ludźmi - co zostało w pewien sposób ukazane poprzez konfrontacje opisów śledztwa obu agentów. Nie ma się co dziwić, że "Z Archiwum X" przeżyło do dziewiątego sezonu, jeśli w połowie wciąż można natknąć się na wybitnie świeże pomysły, które tylko wzbogacają świat kosmitów i spisków. Tym razem o dużą doze śmiechu.