Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

niedziela, 31 maja 2009

Lie To Me* Sezon 1


Jakiś czas temu zakończył się premierowy sezon hitowego serialu stacji Fox, przedstawiający przygody dr. Lightmana i jego współpracowników. Pierwsze trzynaście odcinków zostało bardzo ciepło przyjęte dzięki czemu teraz oczekuję na kolejną serię. Natomiast o czym jest ten serial, który niewątpliwie pozytywnie wyróżnił się pośród nowości z początku tego roku?

Pomysł opiera się na badaniach, wciąż żyjącego naukowca Paula Ekmana, które dowodzą, że ekspresja twarzy jest uniwersalna dla wszystkich ludzi i niezależna od uwarunowań bilogicznych lub społecznych. Wspomniany dr Cal Lightman jest chodzącym wykrywaczem kłamstw. Brzmi to trochę śmiesznie, jednakże dzięki znajomości zachowań mimiki twarzy, w różnych sytuacjach, potrafi odczytać skrywane wewnątrz emocje. Jego firma - 'Lightman Group' - zatrudniana jest przez różnego rodzaju agencje i instytucje (często rządowe), które pragną odkryć prawdę o jakimś incydencie. Prócz głównego bohatera dostajemy kilka ciekawych postaci. Długą współpracowniczkę i psycholog - dr Gillian Foster; doskonale wyuczonego w wykrywaniu skrywanych uczuć, i mającego problem nadmiernej szczerości - Eli Loker; oraz świeżo zrekrutowaną, z naturalną umiejętnością rozpoznawania emocji - Ria Torres. Jest to dość ciekawa mieszanka osobowości.


Sam serial nie jest może wilekim odkryciem i przełmem w telewizyjbej rozrywce. Jednakże potrafi wciągnąć i zainteresować tematem. Wszystkie odcinki są zamkniętymi sprawami i łączą je jedynie problemy bohaterów z byłą żoną lub mężem. Niczym w serialu detektywistycznym, na początku zostajemy zapoznani ze sprawą a potem obserwujemy jak pracownicy biura starają się ją rozwikłać przedstawiając szczegóły i interpretacje zachowań podejrzanych. Tutaj dochodzimy do bardzo ciekawego pomysłu, który przewija się od samego początku. Zachowania przesłuchiwanych osób, ich reakcje i mimika twarzy są konfrontowane ze zdjęciami prawdziwych ludzi. I tak widzimy gesty kłamstwa z procesów O.J. Simpsona lub z tłumaczenia Billa Clintona na temat stosunków z Moniką Levinsky. Przerażenie administracji Busha Jr. po raporcie w sprawie broni biologicznej w Iraku i wiele innych odniesień do świata rzeczywistego. Odcinki trwają około 45 minut i jak można się spodziewać kończą się rozwiązaniem sprawy, jednakże nie zawsze jest to szczęśliwe zakończenie. Wraz z kolejnymi odcinkami sprawy stają się coraz bardziej złożone, a finał mógłby być niezłą fabułą na film pełnometrażowy. Do rzeczy mniej pozytywnych należy pewna schematyczność i przewidywalność epizodów, więc mam nadzieję że kolejny sezon zostanie rozbudowany o jakąś większą sprawę, która spowoduje jeszcze większe zainteresowanie tym tytułem.

Na koniec zostawiłem kwestie aktorskie. I jeśli chodzi o role drugoplanowe to są całkiem dobre, jak na produkcje telewizyjną. Kelli Williams, Monica Raymund i Brendan Hines zrobili to co mieli. Odegrali swoje i nie zepsuli niczego. Natomiast gwiazdą i największą zaletą "Lie to Me" jest oczywiście Tim Roth. Jego swoboda i umiejętności aż biją z ekranu, wyróżnia się spośród reszty ekipy. To co podobało mi się w jego grze w "4 pokojach" dostałem tutaj w 13 dawkach. Nonszalancja, lekkość wypwiadanych kwestii to wszystko jest znakiem charaktersytycznym tego aktora. Po zagraniu w "The Incredible Hulk", musiał przejść do TV aby znów zaświecić i pochwalić się kunsztem, którego dawno nie było widać. Mi odpowiada jeżeli świetni aktorzy idą do telewizji i wybierają ponadprzeciętne seriale. Nie ma w tym nic złego.


Jeżeli interseuje Cię psychologia to możę być serial dla Ciebie. Jeżeli lubisz detyktywistyczne zgadywanki rozwiązywane trochę nietypowymi metodami, jak najbardziej poproś znajomych o kopię. Jeżeli podziwiasz Tima Rotha i po prostu dobre aktorstwo to nie wahaj się i zaczynaj oglądać już teraz. Może nazbyt optymistyczny jest to opis, jednakże ja się świetnie bawiłem. Może nie tak jak przy "Zagubionych" czy "Dr. Housie" ale pozytywne wrażenia jak najbardziej pozostawił w mojej pamięci.

sobota, 30 maja 2009

Koralina


Film Henry'ego Selicka wyróżnia się spośród ostatnich filmów animowanych dla dzieci. Przede wszystkim stroną wizualną, która została stworzona z wykorzystaniem animacji po klatkowej i prawdziwych kukiełek. Komputer posłużył jedynie do złożenia wszystkiego w barwną całość. Mimo to, niektóre sceny mogą zadziwiać swoją złożonością i spektakularnością, której nie powstydziłyby się obrazy całkowicie wygenerowane przez maszyny.

Fabuła opiera się na świetnym opowiadaniu Neila Gaimana, który napisał mroczną ale bardzo mądrą historię dla młodszych czytelników. Na szczęście, Hollywood nie zmiękczyło wersji filmowej i dostajemy ją równie straszną i przerażającą. Nie jest to jednak strach, którego celem jest jedynie doprowadzenie dzieci do płaczu. Służy on jedynie wyeksponowaniu pewnych prawd, z którymi dzisiejsze maluchy muszą się zmierzyć. Tak jak tytułowa bohaterka, która po przeprowadzce do nowego domu, nie może liczyć na zapracowanych rodziców. Szuka rozrywek w nowym miejscu, jednakże samemu nie jest dobrze się bawić, a mama i tata wciąż ją od siebie odganiają mówiąc aby nie przeszkadzała. W ten sposób odnajduje ukryte drzwi, za którymi istnieje dużo weselszy świat, z rodzicami, którzy zawsze mają czas na zabawę z córką. Nowe miejsce przyciąga Karolinę i uzależnia od siebie pomimo widoku guzików w miejscach oczu u napotykanych ludzi. Czy w zamian za utratę swoich oczu będzie chciała na zawsze zostać w świecie gdzie każdy ma dla niej czas i dostaje to na co ma ochotę?


Film może być dość okropny, nie boi się pokazywać śmierci. Co prawda wypchanych lalek, z których sypie się piasek zmiast krwi. Zdaje mi się że nie jest to coś nienadającego się dla dzieci. Bajki i baśnie od zawsze były takie, tylko człowiek w XX wieku postanowił bronić swoje potomstwo od wszelkiej przemocy i łagodził znane opowieści braci Grimm czy chociażby Andersena. Neil Gaiman i tym samym Selick wrócić do korzeni gdy zamiast wiadomości TV to historie uczyły najmłodszych o świecie, który nie jest cały różowy i przyjazny. Koralina poznaje, że ciężkie życie z rodzicami jest znacznie bezpieczniejsze niż przyszycie guzików do twarzy w zamian za całodzienne rozkosze.

Dodatkowo w film (i pierwowzór również) łączy w sobie klasyczne opowieści. "Alicje w Krainie Czarów", która trafia do innego, niesamowitego świata. W "Koralinie" występuje nawet gadający kot! Jednakże zamiast złej królowej mamy czarownicę, która poluje na zagubione dzieci ("Jaś i Małgosia"), kusząc ich słodkościami i wygodnym życiem zabiera im dusze. Czerpanie z tak doskonałych wzorów mogło wyjść jedynie na dobre.


Po premierze przeszła dość spora fala krytyki na twórców i kina, że wypuszczają tak brutalne film dla dzieci. Nie można się jednak oburzać na ciemną stronę tego filmu, a jednocześnie kląć przy dzieciach i pozwalać oglądać kreskówki, w której zdarzenia bliskie śmierci są w każdym odcinku. A poza tym film jest przez dystrybutora oznaczony jako dla widzów powyżej 12 lat, więc niech rodzice znajdą trochę więcej czasu dla swych pupili i dokładniej się dowiedzą na co ich zabierają. Chociaż w tym przypadku zrobili dla nich więcej pożytku niż mogliby sądzić.

poniedziałek, 25 maja 2009

21st Century Breakdown

4 lata po świetnym i bardzo popularnym albumie "American Idiot" Green Day powracają z nowym materiałem. Poprzednimi nagraniami zespół zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko i wszyscy byśmy oczekiwali, że tym razem będzie podobnie . Ja co prawda do zagorzałych fanów nie należę i pojawienie się albumu "21st Century Breakdown" było sporą niespodzianką i zaskoczeniem.



Act I - Heroes and Cons
01. "Song of The Century"
02. "21st Century Breakdown"
03. "Know Your Enemy"
04. "¡Viva La Gloria!"
05. "Before the Lobotomy"
06. "Christian's Inferno"
07. "Last Night on Earth"
Act II - Charlatans and Saints
08. "East Jesus Nowhere"
09. "Peacemaker"
10. "Last of the American Girls"
11. "Murder City (Desperate)"
12. "¿Viva La Gloria?"
13. "Restless Heart Syndrome"
Act III - Horseshoes and Handgrenades
14. "Horseshoes and Handgrenades"
15. "The Static Age"
16. "21 Guns"
17. "American Eulogy"
I. "Mass Hysteria"
II. "I Don't Wanna Live in the Modern World"
18. "See the Light"
Bonus track
19. "A Quick One While He's Away" (The Who)
20. "Another State of Mind" (Social Distortion)
21. "That's Alright Mama" (Elvis Presley)
22. "Like a Rolling Stone" (Bob Dylan)

Od razu można zauważyć że zespół powędrował drogą, która przyniosła im zasłużony sukces i popularność poprzedniej płyty. Nie grają tak jak kiedyś ostrego, agresywnego i zwariowanego punka. Złagodnieli i wygładzili dźwięki pod znacznie szerszą publikę. I chyba dobrze ponieważ potrafią zainteresować ludzi swoją muzyką. 'Załamanie 21 Wieku' nie jest albumem tak dobrym jak "American Idiot" i musiałem się do niego przekonywać przez parę dni i przesłuchań.

Trójka z Kalifornii powtózyła to co udało się poprzednio i niewiele jest tutaj eksperymentów z różnymi rytmami. Fajny jest "Peacmaker" śpiewany jako serenada, początek "?Viva La Gloria" ze skoczną melodią, "Christian's Inferno" z przedsterowanym graniem na początku. Reszta piosenek jest bardzo podobna do tego co mieliśy już okazje słuchać. Nie znaczy że jest to rzecz wstórna. Wręcz przeciwnie. Kiedy w "American Idiot" pojedyncze piosenki były hitami, tak tutaj trzeba docenić spójność całej płyty. Jako single również będą się sprawdzać, ale to przesłuchanie całości w zaplanowanej kolejności da dużo lepszą ocenę.

Płytę polecam do przesłuchania, gdyż kolejny raz Green Day udwodnił że jest naprawdę świetnym zespołem.

poniedziałek, 18 maja 2009

Lepiej późno niż wcale

Właśnie dowiedziałem się o bardzo dobrej wiadomości. Zarząd Juventusu Turyn, wreszcie, postanowił podjąć odpowiednie środki do zastałej sytuacji, kiedy jeden z najlepszych klubów świata nie wygrywa od siedmiu meczów. Zwolnił trenera, który musi pogodzić się z tym, że to on bierze odpowiedzialność za wyniki piłkarzy. A więc głośno i wyraźnie: Claudio Ranieri nie jest już trenerem Juventusu, jego obowiązki przejmuje legenda klubu i dotychczasowy szkoleniowiec Primavery - Ciro Ferrara!

Już po przegranym dwumeczu z Chelsea Londyn, pisałem że jedynym wyjściem aby klub mógł się rozwinąć jest zmiana trenera. Niestety to co było wyraźne dla fanów i obserwatorów piłkarskich od dawna, dla właścicieli stało się jasne dopiero gdy groźba nie uczestniczenia w Lidze Mistrzów stała się realnym zagrożeniem. Jeszcze miesiąc temu Juve było jedynym konkurentem Interu w walce o Scudetto, a teraz musi strzec się Fiorentiny aby nie spaść na czwartą lokatę. Chciałbym aby dodatkowym plusem takiej sytuacji było zwiększenie wydatków na klasowych zawodników. Jeżeli chce się tworzyć wspaniały zespół i marzyć o wygrywaniu z najlepszymi nie można oszczędzać i polegać jedynie na zdolnych (czasami bardzo) wychowankach.

Ciro Ferrara należy do tej generacji piłkarzy Starej Damy, którzy wygrali wszystko co było możliwe w klubowych rozgrywkach (Puchar UEFA z Lazio). Przez 11 lat pobytu w Turynie udowodnił, że jest jednym z najleszych obrońców świata choć nigdy nie miał szczęścia do reprezentacji. Po zakończeniu kariery 'kopacza' został asystentem Marcelo Lippiego w reprezentacji Włoch, a potem prowadził drużynę młodzierzową Juventusu, z której do wielkiej piłki właśnie wkracza Sebastian Giovonco - chyba największa nadzieja włoskiego futbolu, który swoją grą przypomina inną legendę z Turynu - Alessandro Del Piero.

W każdym razie oby działanie Ferrary w seniorskiej trenerce były równie owocne, i żeby został głównym menedżerem na dłużej a nie tylko do czasu znelzienia trenera z lepszymi papierami.

czwartek, 7 maja 2009

Freedom

Pod koniec 2006 roku na japońskim rynku pojawił się pierwszy odcinek (z siedmiu) serii OAV pod dużo mówiącym tytułem „Freedom”. Na początku można było odnieść wrażenie że jest to kolejna bajeczka o przygodach przyjaciół w kosmosie, gdyby nie jeden z współtwórców. Mowa oczywiście o jednym z popularniejszych i genialnych współczesnych japońskich mistrzów – Katsuhiro Otomo – człowiek odpowiedzialny za stworzenie między innymi „Akiry”. W tym projekcie odpowiadał jedynie za design postaci i pojazdów, jednakże to wystarczyło, aby całkowicie poświęcić się temu tytułowi.

Początkek bardzo podobny jak we wspomnianej „Akirze” – gang i wyścigi motocyklowe. Po raz kolejny mamy okazje zaobserwować kunszt i wyobraźnie Otomo, jeśli chodzi o jednoślady. Postaci są prawie identyczne do tych z mangi i jej ekranizacji. Źle nie wpływa to na samą historię, jednakże można odnieść lekkie rozczarowanie, ale dobrze, że chociaż motocykle wyglądają świetnie.


Świat przedstawiony w serii jest dość okrutny. Po tym jak Ziemia stała się jałową planetą, z powodu wojny nuklearnej, resztki ludzkości osiedlili się na księżycu pod wielką kopułą. Tam wszyscy są pod ścisłą kontrolą władz, aby nie dochodziło do niepotrzebnych konfliktów i nie zostały powtórzone błędy przeszłości. Główna historia opowiada o grupce młodych ludzi – Takeru, Kazuma i Bismarck - którzy uwielbiają się ścigać, przez co często wpadają w kłopoty i muszą odbywać, jako karę, pracę społeczne. Pewnego razu znajdują zdjęcie ślicznej dziewczyny na nieznanym tle. Okazuj się to być wiadomość z Ziemi. Od tego czasu, z pomocą pewnego staruszka Alana, będą chcieli dostać się na Niebieską Planetę. Nie będzie to łatwe zadanie, gdyż władzom jest na rękę utrzymywać fakty o niej w tajemnicy.

Anime to jest bardzo przyjemną w oglądaniu serią. Akcja toczy się dość dynamicznie i nie ma dłużyzn. „Gwiezdnym Wojnom” lub chociażby „Cowboy Bebopowi” nie dorównuje rozmachem jednakże bez wahania mogę ją polecić wszystkim. Jest to bardzo optymistyczna historia o przyjaźni i wolności wyboru, którego czasami nie jesteśmy w stanie wykorzystać.


Jako ciekawostkę napiszę, że sponsorem i inicjatorem tego wydawnictwa jest firma ‘Nissin Foods’ Momofuku Ando – twórcy zupek i makaronu instant. Na 35-lecie swojego największego wynalazku została stworzona ta seria. Ich „Cup Noodle” bardzo często pojawia się w historii, ale zupełnie nie miałem wrażenia, że jest to celowa reklama.

Murakami - Norwegian Wood

Po długim czasie, w końcu, pogodziłem się z książkami. Niejako zostałem zmuszony do tego gdyż nie chciałem zbyt długo przetrzymywać pożyczonego egzemplarza. Z Harukim Murakamimi spotkałem się wcześniej przy krótkim zbiorze opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą” (2008), który był dość przyjemną lekturą. Tym razem miałem okazję przeczytać wcześniejszą jego powieść „Norwegian Wood” z 1987 roku.

Bohaterem jej jest dwudziestoletni Toru Watanabe, który opisuje swoją historie z końca lat sześćdziesiątych. Wtedy to przyszło mu zacząć studia w Tokio i zamieszkać w akademiku. Jest to chłopak o nieprzeciętnej inteligencji i dość odważnym podejściu do życia. Nie boi się czerpać z niego przyjemności, ale również nie robi tego ze szkodą dla innych. Wszystko, co robi wykonuje, aby jemu samemu sprawiało radość i przyjemność. Nie stara się z nikim na siłę przyjaźnić. To wszystko sprawia, że jest dość samotny, jak również to, że spotyka na swojej drodze ludzi bardzo wyjątkowych, którzy potrafią docenić jego charakter. W opowieści głównymi osobami, z którymi spędza czas są dziewczyny. Jedynym przyjacielem był Nagasawa, z którym, poza rozmowami o książkach, chodził na dziewczyny. Kobietami, którymi się interesował były Naoko i Midori. Pierwsza z nich była jego przyjaciółką z dzieciństwa, i dziewczyną dawnego przyjaciela, który popełnił samobójstwo w wieku 17 lat. Druga zaczepiła go podczas obiadu między zajęciami już na uniwersytecie. Dwie zupełnie przeciwne osobowości, a zajmujące w jego sercu tyle samo miejsca. Jednakże relacje z żadną z nich nie należały do łatwych. Mimo tego do końca czekał cierpliwie i nie chciał żadnej skrzywdzić.

Całość jest dość przejmującą opowieścią o dojrzewaniu w samotności i tęsknocie do drugiej osoby, która nie jest przecież aż tak daleko. Jak dla mnie jest to bardzo współczesna i kaleka wersja romantyzmu, gdzie młodzi ludzie są w stanie czekać na drugą osobę i opowiadać sobie w listach o wielkości swojego uczucia. W tym czasie jednak nie rezygnują z zaspokajania swojego pożądania i wmawiają innym, że uprawiają seks z innymi jedynie aby uspokoić hormony, i skoro nie ma w tym żadnego uczucia to się nie liczy. Motyw samobójstwa również jest dość wyraźny. Wokół Watanabego, wiele osób w ten sposób zakończyło swój żywot, jednakże on dzięki temu stawał się coraz silniejszy i zaczynał jeszcze bardziej doceniać życie.



Styl książki jest dość łatwy i przyjemny w czytaniu. Ma się wrażenie dużej lekkości i płynie się wraz z opowieścią. Autor, co prawda skończył studia na Wydziale Literatury, nadużywa tytułów i autorów wielu klasycznych powieści. Bohaterowie, co chwila chwalą się co za książkę przeczytali lub mają właśnie w trakcie, ale z tego nic nie wynika, gdyż poza wymienieniem owe opowieści nie mają żadnego związku z fabułą (no może w dwóch przypadkach). Inaczej jest z muzyką, wiele tytułów również się przewija, która pomaga w określeniu nastroju bohaterów. Z piosenki Beatlesów wziął się tytuł całości, jednakże zupełnie nietrafiona analogia. Co prawda główny bohater często kończył noce poza łóżkiem dziewczyn, ale nigdy nie odbierał tego jako swoją porażkę i nie miał im tego za złe.

Ogólnie książkę polecam gdyż lektura jest dość interesująca, zwłaszcza w kontekście kulturowym. Kiedy w Polsce lata sześćdziesiąte kojarzą się z szarością i komunizmem, otrzymujemy obraz wolnej młodzieży z dalekiej Japonii, którzy cieszą się życiem i nieskrępowanie, którego u nas moglibyśmy pozazdrościć po dziś dzień.

niedziela, 3 maja 2009

Co w kinie piszczy...

W ostatnim miesiącu miałem okazje być trzy razy w kinie. Chciałem zatem podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami odnośnie obejrzanych filmów. Ponieważ należą do innych gatunków i ciężko je ze sobą zestawić, mogę pokusić się jedynie o określenie dobry lub zły.

Pierwszy z nich to "The International" w reżyserii Toma Tykwera (m.in. "Pachnidło"). W rolach głównych wystąpili Clive Owen i Naomi Watts. Obraz miał być z założenia mieszanką thrillera i sensacji. Dwójka agentów za wszelką cenę chce dotrzeć do osób stojących za potężnym układem finansowym mającym na celu wspieranie puczów wojskowych w krajach Trzeciego Świata. Główny bohater grany przez Owena jest mało interesującą postacią i nie ma szans na pamięć dłuższą niż trwanie seansu. Ciężko mi zmusić się do myślenia o Owenie jako o aktorze. Był najsłabszym punktem tragicznego "Króla Artura" i świetnego "Sin City" a "The International" to kolejny film, w którym nie pokazuje nic prócz tego, że potrafi powtarzać kwestie z kamienną twarzą. Równie irytująca jest Naomi Watts, która szwenda się za partnerem marszcząc brwi niczym pięciolatka nie mogąca pojąć całek. Sama fabuła jest nudnawa i nie wciąga, ale na swoją obronę ma kilka nieźle zrealizowanych scen strzelanin i pościgów. Nie ma tu niestety mowy o napięciu i dramaturgii thrillera. Bardzo przeciętnie.

Kolejnym filmem jest obraz zatytułowany "Co się stało?". W roli głównej Robert DeNiro a towarzyszą mu Sean Pean i Bruce Willis - co ciekawe, ci dwaj grają samych siebie - wielkie sławy z Hollywood. DeNiro wciela się w producenta filmowego, który musi użerać się z reżyserem-ćpunem (całkiem niezły Michael Wincott), szefową studia filmowego i aktorem nie chcącym zgolić brody do nowego filmu (Willis). Bohater ma problemy z dorastającą córką z pierwszego małżeństwa, musi ratować drugie, które właśnie przechodzi separacje. Staje na głowie żeby zadowolić szefową i zmusić ekipę do pracy nad nowym filmem a w między czasie ma premierę poprzedniego dzieła na Festiwalu w Cannes. Gdzieś w tle pojawia się wątek samobójstwa jednego z producentów oraz romans żony. Tylko po co to wszystko!? Żaden wątek nie jest rozbudowany ani porządnie przedstawiony, DeNiro jeździ w te i z powrotem, reklamując przy okazji swoje Porsche, i bez sensu się wszędzie spieszy. Nieliczne sceny komediowe mają żenująco niski poziom (problemy żołądkowe jednego z współpracowników). Jeżeli to miało być ambitne kino to tego nie dostrzegłem, zauważyłem za to (z całym szacunkiem dla wcześniejszych dokonań), że pan Robert powinien poważnie pomyśleć o emeryturze. Ani śmieszne ani pouczające, zwyczajnie nudne.

Ostatnim opisywanym dziś filmem jest "X-Men Geneza: Wolverine". Idąc na ten seans spodziewałem się jednego: dynamicznej rozwałki czynionej pazurami rosomaka, okraszonej wybuchowymi efektami specjalnymi! Film trzyma w napięciu i nie nudzi widza
(w porównaniu do opisanych powyżej). Fabuła trochę przewidywalna i sztampowa posiada kilka ciekawszych zwrotów akcji. Scenariusz zaskakuje masą śmiesznych scen i dialogów, przy tym tytule można się naprawdę pary razy pośmiać. Moim zdaniem początek zdecydowanie lepszy od zakończenia - zabrakło inwencji na cały projekt i finał zdaje się zbyt wymęczony. Aktorstwo stoi na dobrym poziomie i trzeba specjalnie szukać żeby się do czegoś przyczepić. Mi nie odpowiadał Jhon Wraith (Will I Am) oraz Gambit (Taylor Kitsch), ale to postaci drugoplanowe. Dwójka głównych bohaterów, czyli Wolverine (Hugh Jackman) i Sabertooth (Liev Schreiber) są świetni i miło jest śledzić ich przygody (dla tego duetu warto by zrobić część drugą;D). Reszta postaci to aktorstwo na dobrym, zadowalającym poziomie. W kategorii rozrywki jako takiej film wypada, zgodnie z moim oczekiwaniami - dobrze. W zasadzie jedyny zarzut to jakość efektów specjalnych pozostawiająca trochę do życzenia - były niedopracowane i sztuczne. Dla fanów X-men i Wolverine'a pozycja godna polecenia, dla innych raczej na jedno obejrzenie. Ogólnie bardzo poprawnie.