Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

piątek, 30 kwietnia 2010

Essential Spiderman #2

Tytuł: "ESSENTIAL : The Amazing Spiderman #2"
Scenariusz: Stan Lee
Rysunek: Steve Ditko, John Romita

Recenzja tomu pierwszego.

Zachęcony lekturą pierwszego tomu szybko sprawiłem sobie drugą część. Genezę jednego z najbardziej rozpoznawalnych superbohaterów czytało się naprawdę przyjemnie. Lekka formuła scenariusza i linowa akcja nadspodziewanie dobrze sprawdziły się jako dorywcza lektura w wolnej chwili lub przerywnik między dłuższymi i poważniejszymi albumami. Korciła mnie też chęć zobaczenia jak dalej rozwiną się przygody Pająka i kiedy wreszcie poznamy Mary Jane Watson.


Scenariusz:
Za historię Spidermana ciągle odpowiedzialny jest ojciec postaci czyli Stan Lee. Będzie on głównym scenarzystą do setnego numeru po którym odda prowadzenie serii innym twórcom. Później napisze jeszcze kilka przygód ale będą to "gościnne" występy we własnym tytule. Essential 2 zbiera numery od 21 do 43 i drugie oraz trzecie wydanie Annual więc nie przekraczamy nawet połowy tego co Stan przyszykował dla czytelnika i Spidermana.

Biorąc do rąk kolejną część pomyślałem, że przydałaby się jakaś nić fabuły łącząca kolejne odcinki, tak aby opowieść o Peterze nabrała trochę "głębi" pozwalając na poprowadzenie bardziej rozbudowanej historii. Najwidoczniej Stan Lee myślał tak samo, gdyż po kilku pierwszych zeszytach pojawia się nareszcie zarys głównej osi wydarzeń. Dla serii to dobry kierunek bo przyznam że kolejne dwadzieścia zeszytów o pojedynkach z Sępami, Żukami i innymi Robotami byłby zbyt wtórne. Co prawda na razie jest to tylko wątek miłosny Parkera i Betty Brant ale wszystko zaczyna łączyć się w jedną całość i pojawia się coraz więcej odniesień do poprzednich odcinków. Oprócz początkowych problemów uczuciowych pojawia się również wspólny motyw Normana i Harrego Osbornów. Green Goblin macza paluchy w kilku zbrodniach a Harrego Parker poznaje na studiach. Stan Lee powoli wprowadza postać szalonego naukowca i jego syna w uniwersum Spidermana i nie spieszy się z ujawnieniem prawdziwej tożsamości Goblina. Jest to niewątpliwie zaleta serii ongoing gdzie scenarzysta może w spokoju rozpisywać historię i szlifować ją powoli w kolejnych odsłonach. Oczywiście w między czasie dzieją się też inne "amazing story". Poznajemy kilku nowych drani z Rhino i Molten Manem na czele ale głównie powracają starzy znajomi jak Dr. Octopus, Kraven, Skorpion i oczywiście J. Jonah Jameson czyli nawiedzony redaktor Daily Bugle. Największą nowinką, którą wprowadza drugi Essential, to długo oczekiwana prezentacja Mary Jane, przez większość tomu pojawia się w takich ujęciach że nie widać jej twarzy i dopiero na dwa zeszyty przed końcem poznajemy ją w pełnej, zgrabnej jak diabli, krasie.

Rysunek:
Steve Ditko dalej rysuje Pająka i jego historie podtrzymując swój klasyczny styl. Żeby nie powtarzać tego co napisałem przy okazji pierwszego Essentiala przejdę od razu do meritum czyli zmiany rysownika. Zeszytem numer 38 Ditko żegna się z serią i pałeczkę przejmuje John Romita Senior. O ile tło i jego szczegółowość nie różni się znacznie o tyle rysunek postaci zmienia się odchodząc od klasyki i wprowadzając powiew świeżości. Ditko miał problem z rysowaniem kobiecych bohaterek i czasem gubił proporcje w dynamicznych ujęciach walk. Betty Brant czy Gwen Stacy wyglądały po prawdzie jak faceci z długimi włosami. Pod ołówkiem Romity, panie te zyskały dużo wdzięku i spokojnie mogą konkurować z Mary Jane. Sądząc po szczątkowych ujęciach panny Watson autorstwa Ditko i prezentacji dziewczyny przez Romite panowie znacznie różnili się wyobrażeniami odnośnie największej miłości Parkera. Sam wygląda Petera również się zmienił a pierwsze na myśl przyszło mi porównanie do Kena (tego od Barbie). Romita tworzy jednolitą, grubą krechą wyraźnie oddzielając kontury w przeciwieństwie do Ditko którego kreska była szarpana. Zachowując dużą estymę dla współtwórcy Spidermana wolę jednak prace Romity, które bardziej przypadły mi do gustu przejrzystością oraz ładniejszymi projektami postaci.

W Polsce na tym tomie skończyła się seria wznowień Essential Spiderman. Wydawnictwo Mandragora upadło a razem z nim mnóstwo niedokończonych serii, których raczej nikt nie przejmie. Sam chętnie kupiłbym kolejne trzy części żeby skompletować cały run Stana Lee. Pozostaje oczywiście alternatywa w postaci oryginalnych wydań, które za około 50zł można sobie sprowadzić, szkoda tylko że to już gazetówka i miękka okładka (tom 3 jest aktualnie wyprzedany).

Wypada jeszcze nadmienić, że w naszym kraju, oprócz kolorowych zeszytów TM-Semica czy Dobrego Komiksu, pojawiło się jeszcze kilkanaście przygód Pająka w Essentialach innych postaci z uniwersum Marvela ale o tym napiszę przy okazji Punishera za jakiś czas.

poniedziałek, 29 marca 2010

Baśnie #6 "Strony rodzinne"

Tytuł: "Baśnie: Strony rodzinne" / "Fables: Homelands"
Scenariusz: Bill Willingham
Rysunki: Mark Buckingham, Tony Akins

Nareszcie ukazał się szósty tom jednej z popularniejszych serii komiksowych w Polsce. Był on o tyle wyczekiwany, że poprzedni zostawił duży niedosyt i rozczarował spadkiem formy tytułu. Dwa pierwsze zeszyty stanowią wyjaśnienie dalszych losów Jacka Hornera, który zniknął po Bitwie o Baśniogród. Okazuje się, że krętacz wywiózł w ciężarówce pokaźną ilość złota ze skarbca Woodlandu i zwiał do Hollywood. Tutaj postanowił rozkręcić biznes i otworzył studio filmowe a pierwszą megaprodukcją jest... trylogia o jego własnych przygodach. Sama historia nie wnosi wiele do samego uniwersum Baśni ale ma niebagatelny wpływ na dalsze losy Jacka i jest wprowadzeniem do oddzielnej serii "Jack of the Fables".

Głównym daniem szóstego tomu są tytułowe "Strony rodzinne" czyli przygoda Niebieskiego Chłopca, który także zniknął po bitwie z drewnianymi żołnierzykami. Wyrusza on na śmiertelną misję w głąb królestwa Adwersarza aby zabić tyrana i odnaleźć prawdziwego Czerwonego Kapturka. Zgodnie ze swoim zwyczajem nie zdradzę nic więcej aby nie psuć niespodzianek, które przygotował dla nas Willingham. Po raz kolejny scenarzysta zaskakuje nas zmianą klimatu opowieści. Wyprawa Niebieskiego należy do stricte przygodowego gatunku historii z domieszką płaszcza i szpady. Duża ilość pojedynków i wartka akcja trzyma w wirze wydarzeń do ostatniej strony. Po raz pierwszy mamy też możliwość zajrzenia za wrota portalu i zobaczenia jak wygląda aktualna sytuacja w podbitych krainach. Zdarzenia te są przerwane przez krótką wizytę w stolicy Baśniogrodu, w końcu to tutaj jest centrum wydarzeń i nie wypadałoby nie odwiedzić Księcia Uroczego. Nowy burmistrz kontynuuje realizację swoich założeń a Piękna i Bestia wdrażają się w pełnione funkcje coraz sprawniej je wykonując. Willingham podtrzymuje tradycję wprowadzania nowych bohaterów na scenę aby zapełnić luki po śmierci kilku Baśniowców podczas bitwy i po wyjeździe Śnieżki oraz Bigbiego. Kolejny debiut przypadł w udziale Mowgliemu z Księgi Dżungli. Chłopak wyrósł na postawnego mężczyznę i w pierwszej chwili skojarzył mi się z Sindbadem. Arabskiego księcia poznamy jednak dopiero w siódmym tomie pod tytułem " Arabian Nights (And Days)". Mowgli jest jednym z Baśniowców, którzy podróżują po świecie nie mając stałego miejsca zamieszkania. Podobnie do Kopciuszka wykonuje on tajne misje dla władz Baśniogrodu i tak też będzie tym razem. Uroczy sprowadza go aby przekazać instrukcje na temat kolejnego zadania - wychowanek wilków idealnie nadaje się do odnalezienia innego wilka jakim jest Bigby. Ceną za wykonanie rozkazu jest wolność dla Bagheery uwięzionej po buncie na folwarku ("Folwark zwierzęcy"). Przyznam, że aż zapiszczałem z radości na myśl o pojedynku tych dwóch outsiderów, reprezentujących siłę, przebiegłość i mocny charakter. Zapowiada się kolejny wątek, którego rozwinięcie może dostarczyć dużo radochy fanom serii.

Prace rysowników są już do znudzenia świetne. Buckingham w przygodach Niebieskiego, w kilku fragmentach, zaskakuje ciekawym rysunkiem. Sceny w mrocznej krainie są grubo cieniowane miękkim ołówkiem i wprowadzają mroczny klimat niczym z koszmarów. Poza tym eksperymentem odniosłem wrażenie że reszta jego prac w tym tomie to najbardziej dopracowane rzeczy jakie publikował w "Baśniach" do tej pory. Zaczyna doganiać Medine, który w tym tomie także miał swój numer poświęcony wprowadzeniu Mowgliego. Mój ulubiony rysownik serii nadal zachwyca szczegółowością i realizmem kreski, choć trzeba przyznać że rysowanie samochodów mu nie wychodzi. Jack Horner nie ma szczęścia do grafiki i jego przygoda ma ponownie najsłabszą oprawę, bardzo uproszczoną i byle jak pokolorowaną.

Podsumowując, tom szósty prezentuje wysoki poziom, niewiele ustępując "Marszowi drewnianych żołnierzyków". Seria wraca na właściwy kurs i łapie wiatr w żagle. Wspomniany już tom siódmy również zapowiada się intrygująco. "Baśnie", w przeciwieństwie do wielu innych komiksów, rozwijają swój potencjał i nie kończą się po kilku numerach. Wciągającą historia trwa i ciągle zaskakują czytelnika.

piątek, 19 lutego 2010

Rok za nami!

Dziś mija rok odkąd niniejszy blog zaczął funkcjonować (19 luty 2009), ja co prawda dołączyłem ciut później (2 marca) ale pozwolę sobie podsumować naszą działalność od momentu jej faktycznego rozpoczęcia a nie mojego przystąpienia. Jak widać strona działa nadal i realizuje swoje założenia czyli komentowanie filmów, komiksów i książek z dodatkiem innych tematów w tle.

Żadne podsumowanie nie może się obejść bez cyferek i zestawień więc na początku kilka liczb z naszej działalności.
*Do tej pory pojawiło się 88 postów
*Średnio daje to 7 sztuk miesięcznie
*helsing stworzył 68% postów do 32% moich.
*najczęściej pisaliśmy o komiksach (45%) i filmach (16%)

Długo szukałem jakiś zestawień w których ja jestem "numerem jeden" i udało się;) W kategorii regularności pisania, na 12 minionych miesięcy, nie napisałem nic tylko w jednym (kwiecień), helsing odpuścił sobie trzy - ilością Go nie pobiję ale przynajmniej jestem bardziej regularny;). Mam nadzieję, że jego spadek aktywności w ostatnim półroczu nie jest trwały.

Odnośnie popularności nie odnieśliśmy sukcesu sądząc po ledwie kilku komentarzach czytających. Albo tysiące fanów zgadzają się z nami i nie mają nic do dodania albo.... nikt nas nie czyta. To skrajne wersje wydarzeń i prawda leży za pewne gdzieś pomiędzy. Mam nadzieję, że ktoś jednak tu czasem zagląda. Jeżeli są ludzie czytający nasze "wysiłki" to dwa słowa do ojca prowadzącego będą mile widziane, bluzgi albo pochwały są zawsze cenne dla piszącego.

Z perspektywy roku mogę pokusić się o ocenę i wyciągnąć pewne wnioski odnośnie mojej działalności. Jak obiecałem na początku swojej drogi tutaj, miałem zająć się książką i muzyką ale praktyka pokazała zupełnie co innego. Połowa moich tekstów dotyczyła komiksów a na drugim miejscu wylądowały filmy. Myślę, że ten układ nie zmieni się w przyszłości. Kilka ciekawych książek czeka na półce ale póki co nie mam czasu po nie sięgnąć a odnośnie muzyki popełniłem jedną recenzję i była to pierwsza i ostatnia próba. Czytając ten tekst po kilku miesiącach doszedłem do wniosku, że pisanie o muzyce mi nie leży i jest wiele osób znających się lepiej:) Z zadowoleniem przyznam, że przelewanie myśli na... ekran, daje mi dużo frajdy i mam nadzieję, że choć część tego entuzjazmu udzieliła się Wam.

Na końcu chcę podziękować za dotychczasową współpracę z helsingiem. Wspólna inicjatywa daje mi dużo zabawy i pomaga spożytkować energię na coś pożytecznego. Co będzie dalej nie wie nikt!

Pozdrawiam... i do przeczytania!

wtorek, 9 lutego 2010

Baśnie #5 "Cztery pory roku"

Tytuł: "Baśnie: Cztery pory roku" / "Fables: the Mean Seasons"
Scenariusz: Bill Willingham
Rysunki: Mark Buckingham, Tony Akins


Piąty tom "Baśni" ukazał się we wrześniu 2009 roku. Po czterech poprzednich numerach, w których poziom systematycznie rósł, oczekiwałem czegoś totalnie powalającego. Niestety spotkało mnie spore rozczarowanie.

"Cztery pory roku" stanowią rodzaj przerwy po szalonych wydarzeniach z "Marszu drewnianych żołnierzyków". Baśniogród musi podnieść się po bitwie i odbudować zniszczenia a mieszkańcy potrzebują czasu na odpoczynek. Całym tym bałaganem musi zarządzać nowo mianowany burmistrz czyli Książę Uroczy. Oddzielna historia o wojennej przeszłości Bigbiego pełni podobną rolę jak opowieść o Jacku w trzecim tomie a więc wzbogaca postać Wilka ale nie wnosi dużo do głównego ciągu zdarzeń, mimo to warto jej poświecić chwilę, gdyż zakończenie jest zaskakujące. Dużym plusem jest opowieść o Kopciuszku i pochwała należy się tu Willinghamowi za wprowadzenie nowej, interesującej postaci do gry. Klimat szpiegowskiej sensacji i podchodów z wrogim wywiadem zapowiada skomplikowane intrygi w dalszych przygodach agentki Baśniogordu. Nie mogę się doczekać bliższego poznania Kopciuszka w jej własnej serii "From Fabeltown with Love". Oby Egmont nie czekał długo z wydaniem tej pozycji.

Ważnym wydarzeniem "Czterech pór roku" jest poród Śnieżki, który niebagatelnie wpływa na wydarzenia w Woodlandzie. Po zakończonych wyborach na burmistrza, stanowisko przejmuje Książę Uroczy. Jego pierwsze decyzje wprowadzają sporo zmian i jak to w polityce bywa ściąga swoich ludzi do władz. Miejsce Śnieżki i Bigbiego zajmują Piękna i Bestia, dzięki czemu świeżo upieczeni rodzice dostają przymusowy urlop macierzyński. Królewna trafia na folwark, gdyż dzieci odziedziczyły po Bigbym wilcze cechy i nie mogą, zgodnie z prawem Baśniogrodu, przebywać w mieście. Sytuacja byłego szeryfa jest znacznie bardziej skomplikowana. Jako jedyny z wielu zwierząt, mimo amnestii występków popełnionych w przeszłości, musiał mieszkać poza farmą pod ludzką postacią i nie miał możliwości wstępu na jej teren. Teraz nie może wychowywać dzieci, a w Woodlandzie nie ma już dla niego miejsca. Niesiony instynktem postanawia zniknąć, choć zapewne tylko pozornie aby stale mieć oko na rodzinę. Śnieżka nie jest jednak pozostawiona sama sobie, gdyż z pomocą przychodzi jej... ojciec Bigbiego. Północny Wiatr oferuje synowej swoją wiedzę i pomoc przy wychowaniu sześciorga wnucząt, które oprócz wilczych cech odziedziczyły także po nim pewne magiczne zdolności. Z porodem Śnieżki wiąże się również mroczna tajemnica, która burzy spokój Królewny i zapewne odbije się donośnym echem w dalszej historii Baśniowców.
Nadciągają zatem duże zmiany dla Baśniogrodu i w kolejnym tomie "Strony rodzinne" możemy się spodziewać zadymy na miarę "Marszu". Szkoda tylko, że w tej części z jedne strony spotyka się wyciszenie po bitwie a z drugiej wstęp do kolejnej przygody. Przez ten odpoczynkowo-wprowadzający charakter nie za wiele się dzieje. Odnosi się wrażenie, że całość jest przegadana i na siłę rozciągnięta. Zapewne odczucia te wiążę się z niespełnionymi oczekiwaniami, ale trochę martwi też sposób prowadzenia fabuły przez scenarzystę - oby to tylko chwilowy przestój i szósty tom znów zamieszał.

Na słabą ocenę ma także wpływ rysunek. Buckingham oczywiście radzi sobie nieźle ale debiutujący w serii Akins nie pokazuje nic ciekawego. Wręcz odwrotnie, jest chyba najsłabszym artystą jaki tworzył dla "Baśni". Jego prace są zwyczajnie niestaranne i brzydkie. A gdzie Lan Medina!?. Do tej pory to najmniej udany tom i srogo rozczarowuje. Niemniej, zapowiada sporo ciekawych wydarzeń w kolejnej części. Czekam z nadzieją...

środa, 3 lutego 2010

Baśnie #4 "Marsz drewaninych żołnierzyków"

Tytuł: "Baśnie: Marsz drewnianych żołnierzyków"/
"Fables: March of the Wooden Soliders"
Scenariusz: Bill Willingham
Rysunki: Mark Buckingham, Craig Hamilton, P.Craig Russell


Czwarty integral "Baśni" jest najgrubszym jaki do tej pory wydano. Na przeszło 240 stronach dostajemy jedną historię złożoną z ośmiu zeszytów a więc całkiem sporo. Poprzedza ją prolog cofający akcję do wojny z Adwersarzem i obroną ostatniego portalu umożliwiającego ucieczkę do naszego świata. "Ostatni Bastion" to krwawa bitwa okupiona śmiercią wielu bohaterskich Baśniowców. Dramat ten wprowadza nas do wydarzeń zmierzających do walki o Baśniogród. Do naszego świata po raz pierwszy od ponad 100 lat trafia Baśniowiec i to nie byle jaki ale sam Czerwony Kapturek! W mieście wybucha wielkie zamieszanie i radość. Król Cole chce jak najszybciej przyjąć uciekinierkę do społeczności i zamierza wykorzystać ją w swojej kampanii wyborczej. Okazuje się bowiem, że Książę Uroczy, bogatszy teraz o fortunę Sinobrodego, zamierza ubiegać się o najwyższe stanowisko i zająć miejsce króla. Sytuacja ta jest precedensem, gdyż od momentu założenia Woodlandu nikt inny nie konkurował z Colem i automatycznie to on zostawał władcą na kolejne kadencje. Te wydarzenia nikną jednak w mroku nadciągających kłopotów. Bigby odkrywa że z utraconych krain oprócz Kapturka przedostał się ktoś jeszcze. Strażnicy portalu w Kanadzie zostali wymordowani i jak łatwo się domyślić odpowiedzialny jest za to Adwersarz. Podczas gdy szeryf prowadzi swoje śledztwo daleko od Nowego Jorku, Śnieżka sama musi sobie radzić z napiętą sytuacją w Baśniogrodzie. Niespodziewanie przeciwnik ujawnia się sam i w zamian za zaniechanie ataku żąda wydania wszystkich magicznych artefaktów wywiezionych z rodzinnych stron i... Pinokia. Kapitulacja nie wchodzi w grę i Baśniowcy szykują się do walki. Mobilizowane są wszelkie możliwe jednostki, z farmy ściągane są zwierzęta, wiedźmy szykują zaklęcia a inni mieszkańcy uzbrajają się w każdą dostępną broń. Konfrontacja wydaje się nieunikniona. Zapewniam że finał jest gorący i napakowany akcją do granic możliwości. Pomysł Willinghama na tożsamość przeciwnika zasługuje na brawa.

W poprzednim tomie niespodzianką dla mnie było objawienie się Księcia Uroczego, który i w tym wydatnie się udziela. Teraz podobną nowością jest Pinokio. Do tej pory pokazał się tylko raz w "Na wygnaniu" gdzie był autorem słynnej już rozmowy z jedną z wróżek. Tym razem spotykamy go częściej i prezentuje się jeszcze ciekawiej. Mimo ciała chłopca, jego powiedzonka i uszczypliwości przywodzą na myśl zatwardziałego i trochę zgorzkniałego mężczyznę z bogatym doświadczeniem. Jego prezentacja nie jest przypadkowa i ma on swój wkład w wydarzeniach wielkiej bitwy. Mam nadzieję, że Pinokio będzie się również udzielał w kolejnych częściach opowieści.

Chciałem tym razem pominąć rysowników, chwalonych przeze mnie już wielokrotnie, choć spisali się wyśmienicie jak zawsze. Dzisiejsza porcja pochwał trafia do ludzi odpowiedzialnych za kolory i tusz. Oczywiście cześć z nich to te same osoby. Mark Buckingham czy P.Craig Russell świetnie sprawdzają się w podwójnej roli. Przede wszystkim należy jednak wyróżnić działającego od początku serii Steve'a Leialoha genialnie radzącego sobie z konturami i cieniami. Całość nie była by tak dobra gdyby kolorów nie nakładał Daniel Vozzo. Do tej pory nie wspomniałem także o okładkach poszczególnych zeszytów umieszczanych w każdym tomie. Z reguły przedstawiają one kilka postaci umieszczonych w wyrwanych z kontekstu pozach. Autorem tych dzieł jest James Jean, który ma niesamowitą smykałkę do tworzenia niezwykle mrocznych i klimatycznych prac. Dodają one od siebie ulotną atmosferę sennej wizji z posmakiem koszmaru czyhającego tuż tuż. Tym oto sposobem otrzymujemy przepis na klasę samą w sobie. Na tle innych wydawanych u nas pozycji z Vertigo ciężko wskazać mi serię z lepszą oprawą graficzną.

"Marsz drewnianych Żołnierzyków" to moim zdaniem najlepsza część serii. Świetnie skrojony scenariusz oprawiony dobrymi rysunkami jest wciągający i daje dużo przyjemności z czytania. Twórcy przypominają nam, że ta opowieść to nie bajką i każdy błąd można przypłacić życiem, gdyż przeciwnik nie okaże litości. Dosadność, brutalność i nieprzewidywalność świata "Baśni" są jednymi z najlepszych cech tego tytułu i tutaj odnajdujemy ich esencję.

wtorek, 5 stycznia 2010

Baśnie #3 "Kroniki miłosne"

Tytuł: "Baśnie: Kroniki miłosne" / "Fables: Storybook Love"
Scenariusz: Bill Willingham
Rysunki: Mark Buckingham, Lan Medina, Bryan Talbot, Linda Medley

To trzeci tom serii i zarazem pierwszy w którym nie ma jednej, ciągłej historii. Tym razem dostajemy cztery oddzielne opowieści. Pierwsza przedstawia przygody Jacka Hornera podczas Wojny Secesyjnej kiedy, znany nam cwaniaczek, spotyka na swej drodze Śmierć. Ostatnia opowieść poświęconą została folwarkowi, a dokładniej rzecz biorąc, społeczności liliputów tam mieszkającej. Dowiadujemy się skąd swój początek wziął zwyczaj zakradania do bibliotek Woodlandu i jaki ma to związek z tradycją zdobywania narzeczonej. Traktuje te zeszyty jako dodatek do "Baśni" i rozwinięcie pogłębiające mitologie uniwersum.

Druga historia pod tytułem "Operacja 'Sharp'" to wartka opowieść sensacyjna. Baśniowcy muszą w niej uporać się z wścibskim dziennikarzem, który uważa ich społeczność za... klan wampirów. Mimo niedorzeczności tej hipotezy, pismak zebrał pokaźną ilość dowodów mogących poważnie zagrozić tajemnicy Baśniogrodu. Popełnia jednak poważny błąd próbując szantażować Bigbiego. Szeryf zbiera ekipie do zadań specjalnych złożoną z Jacka, Księcia Uroczego, Sinobrodego, Niebieskiego Chłopca oraz... Śpiącej Królewny. Nie chcąc tracić ani chwili, Wilk wprowadza w życie szalony pomysł wykradnięcia kompromitujących danych i zmuszenia dziennikarza do milczenia. Akcja toczy się na pograniczu sensacji i komedii dzięki czemu oprócz napięcia mamy sporo okazji do śmiechu. Cała sytuacja znajduje zaskakujące rozwiązanie i jest moim zdaniem numerem jeden niniejszego tomu.

Trzecia część to tytułowe "Kroniki miłosne" będące najdłuższym rozdziałem tego zbioru. Autorzy serwują nam zmianę klimatu i po lekkiej w sumie "Operacji 'Sharp'" dostajemy dość ciężki i brutalny thriller. Sinobrody ukrywa u siebie przywódce powstania z folwarku - Złotowłosą. Kiedy przypadkiem udaje im się odkryć, że zostali zdemaskowani przez tajną Mysią Policję, przypisują to Bigbiemu i Śnieżce. Nie widząc innego wyjścia postanawiają się ich pozbyć. Sinobrody, za pomocą magicznego uroku, każe im wyjechać w góry gdzie, bez żadnych świadków, ma się zająć nimi Złotowłosa. Największą niespodzianką tej opowieści jest Książę Uroczy, do tej pory bawidamek nie potrafiący utrzymać się bez pomocy bogatych kobiet, pokazuje się nam jako przebiegły i twardy rozgrywający. To on sprowadził z folwarku Mysią Policję i wykrył współpracę Sinobrodego i Złotowłosej. Uzyskując niezbite dowody od swoich tajnych agentów wyzywa Lorda na szermierczy pojedynek. Swoje działania motywuje chęcią pomocy Śnieżce jako zadośćuczynienie za zdrady jakich się dopuścił gdy byli małżeństwem. Nie bez znaczenia zapewne jest tu też możliwość przejęcia majątku po Sinobrodym i uwolnienie się od kobiecych sponsorów zyskując pełną niezależność finansową. Akcja zatem jest wciągająca i pełna dynamicznych scen. Na przemian śledzimy działania Księcia oraz Wilka i Królewny walczących o przeżycie ze Złotowłosą co nie pozwala się nudzić.

Każda z części została narysowana przez innego rysownika. Ku mojej radości powrócił Lan Medina, który znów potwierdza swój świetny warsztat ilustracjami do "Operacji 'Sharp'". Pozostali twórcy również nie mają się czego wstydzić a Buckingham świetnie wywiązuje się ze swej roli w opowiadaniu "Kroniki miłosne". Póki co "Baśnie" miażdżą oprawą graficzną i mam nadzieję, że ten poziom utrzyma się jak najdłużej.

Niniejszy tom potwierdza świetną kondycję serii i daje dużo radości czytelnikowi. Akcja dzieję się w szalonym tempie a postaci nieustannie rozwijają się zyskując nowe cechy i indywidualny charakter. Przy takim wachlarzu bohaterów każdy znajdzie kogoś komu będzie mógł kibicować w dalszych zmaganiach.

piątek, 1 stycznia 2010

Co w kinie piszczy...

Czas Świąt Bożego Narodzenia, Sylwestra a gdzieś tam w tle czai się mroczne widmo sesji. Dlatego w tym miesiącu znalazłem czas tylko na jeden wypad do kina. Wybór padł na "Avatara" w reżyserii dawno nie widzianego przy pracy Jamesa Camerona.

Film rozpoczyna się od sceny przebudzenia z hibernacji Jacka Sully'ego, który na pokładzie promu kosmicznego zmierza na planetę Pandora. Po sześcioletniej podróży statek osiąga swój cel i ląduje w ludzkiej placówce na powierzchni. Brat Jacka zginął zaraz przed wylotem i musiał zostać zastąpiony w ostatniej chwili przez bliźniaka. Projekt przy, którym pracował zmarły, był wysoko zaawansowaną inicjatywą naukową mającą na celu zbadanie Pandory. Szybko zostajemy wprowadzeni w szczegóły misji razem z Jackiem i poznajemy nowy świat. Planetę zamieszkuje rasa obcych Na'vi, ludzie trafili tu podczas poszukiwań złóż cennego metalu i postanawiają rozwinąć działalność wydobywczą. Aktualna sytuacja jest dość napięta, gdyż jak łatwo się domyślić, jedni nie pozwolą niszczyć planety, drudzy nie zrezygnują z dużego zysku. Równolegle do działań kompani górniczej wspomaganej przez najemników, swoje cele realizuje też organizacja badaczy, którzy dążą do jak najgłębszego poznania Pandory i kultury jej ludu. Aby możliwie najbardziej zbliżyć się do tubylców, stworzono genetyczną hybrydę człowieka i Na'vi - tytułowego Avatara. Wyselekcjonowani naukowcy, dzięki skomplikowanym urządzeniom, łączą się z ciałem obcego i poruszają w nim podczas wypraw badawczych. Ponieważ każdy Avatar jest ściśle połączony z dawcą dna, Jack może być jedynym zastępcą bliźniaka, inaczej hybryda warta miliony byłaby bezużyteczna. Bohater szybko oswaja się z kierowaniem nowego ciała i już nie długo wyrusza na pierwsze misje. Podczas jednej z nich, musi uciekać przed dziką bestią i gubi się w lesie. Pozostawiony sam sobie nie ma szans na przeżycie w niebezpiecznym otoczeniu. Po zmroku, kiedy sytuacja staje się krytyczna i minuty dzielą go od pożarcia przez stado kosmicznych hien, ratunek przychodzi ze strony wojowniczki z plemienia Na'vi. Jack trafia przed oblicze wodza osady, który decyduje o przyjęciu go na szkolenie i naukę. Ekipa naukowców jest zachwycona posiadaniem swojego człowieka wśród tubylców, u samego źródła wiedzy o kulturze i obyczajach miejscowego klanu. Inne korzyści widzą w tym przemysłowcy i żołnierze z kompani wydobywczej, nakłaniając Jacka do szpiegowania i rozeznania się w silę Na'vi na wypadek starcia.

W tym miejscu pozostawmy bieg wydarzeń. Nie chcę oczywiście za dużo zdradzić ale prawda jest też taka, że scenariusz jest banalny do bólu! Mamy wojowniczego bohatera z ideałami, córkę wodza obcego plemienia, i co z tego wynika, wątek miłosny, dorzućmy jeszcze złego drania, który zrówna wszystko z ziemią dla osiągnięcia celu i mamy schematyczną opowieść jakich tysiące. Historia jest prosta jak dzida Na'vi a każda kolejna scena zdradza co będzie w następnej. Z jednej strony to źle, bardzo źle, gdyż nie tego się spodziewałem po produkcji Camerona. Z drugiej... to dobrze, gdyby widz miał poznawać nowe, bardzo rozbudowane i bogate uniwersum, jednocześnie śledząc wydumaną i zawiłą fabułę, wyszedł by dość niestrawny tytuł. Sam, mimo że wiedziałem co się stanie, nie nudziłem się ani chwili, a biorąc pod uwagę 160 minut trwania, to świetny wynik. W 2009 roku, jeszcze tylko "Bękarty wojny" nie spowodowały nerwowego wiercenia się w oczekiwaniu na koniec seansu. Główna zasługa przypada tutaj niewątpliwie efektom specjalnym. Widziałem nowy "Star Trek", "Transformers" czy "Zemstę Sith" ale to wszystko nic. Praca włożona w wizualną stronę Avatara jest porażająco wielka. Cały film stworzono w technice blue-box, czyli aktorzy grali w pustym pokoju a reszta dodawana była później przez grafików. Wielkie przestrzenie, panoramiczne widoki to ledwo wstęp. Przyjrzyjcie się szczegółom! Ruch liści i wody, falowanie włosów czy choćby takie drobiazgi jak misternie wyszywane bransolety i naszyjniki. Całość została dopracowana w każdym, najdrobniejszym szczególe. Postacie Avatarów stworzono z obrobionych komputerowo twarzy aktorów, więc de facto przez większość filmu nie uświadczymy nawet jednego człowieka z krwi i kości. Ciekawe ile jeszcze czasu minie zanim takie rozwiązanie całkowicie wyprze aktorów z filmów i zastąpi ich rzeszą informatyków w studio, a Oscar będzie przyznawany najlepszemu animatorowi. Patrząc jak starych gwiazdorów ubywa a młodych-zdolnych jak na lekarstwo, to może i dobrze. Dodam jeszcze, że seans był w wersji 3D, gdzie dzięki czarodziejskim okularkom świat Pandory dosłownie wlewał się do sali kinowej a głębia dodawała realizmu renderowanemu obrazowi. Idąc do kina powinniście taką właśnie opcję wybrać, później już tak nie odczujecie magii 3D na kinie domowym.

Prosty scenariusz i zachwycające efekty tworzą razem wciągającą mieszankę będącą świetną rozrywką. Ale osobiście uważam, że to co kradnie serce w tym filmie to uniwersum, w którym dzieje się akcja. Pandora posiada niesamowicie rozwiniętą florę, przypominającą gigantycznie rozrośnięte lasy tropikalne z niezliczoną ilością krzaczków i kwiatów, które po zmroku wydzielają fluorescencyjną poświatę. Wśród kosmicznej fauny rozpoznamy wariacje na temat hieny, konia, nosorożca czy dinozaurów. Szczegółowe dopracowanie i odniesienie do ziemskich gatunków daje tym roślinom i stworom dużą dozę realizmu i wiarygodności. W takich warunkach żyje plemię Na'vi. Przeszło trzy i pół metrowe istoty o niebieskiej skórze przypominają Indian z domieszką plemion Afryki i magii voodoo. Ich historia i wierzenia oddają cześć sile natury i jej równowadze. Cały ekosystem jest powiązany siecią przypominającą układ nerwowy, w którym płynie czysta moc natury odczuwana we wszystkich jej aspektach. Każdy organizm może połączyć się z nią za pomocą czegoś na wzór wiązki synaps i scalić się w jedność. Duża część filmu to swoiste National Geographic w świecie Pandory. Na tym tle, dokładne i funkcjonalne projekty ludzkich maszyn to tylko miły dodatek. Mam nadzieje, że jeżeli James Cameron nie pokusi się o sequel, to chociaż umożliwi powrót na planetę w jakimś programie stylizowanym na paradokument przyrodniczy.

Film stara się poruszyć kilka kwestii jak niszczenie środowiska naturalnego, dążenie do zysku za wszelką cenę czy dewastacja unikalnych kultur bez próby ich zrozumienia. Również kapsuły umożliwiające przeniesienie się do ciała Avatara zdają się zahaczać o problem życia w wirtualnej przestrzeni, jako ktoś inny, i zacieraniu granicy między rzeczywistością a fikcją. Niemniej, obraz ledwo zaznacza te kwestię a głównie koncentruje się na bieżących wydarzeniach. Dla mnie przygody Jacka i plemienia Na'vi to kwintesencja kina przygodowego i zarazem podróż w uwodzący świat Pandory. Rozmach i jakoś efektów wyznaczają nowy standard a, jak na Camerona przystało, finał jest równie monumentalny jak zatonięcie Titanica. Polecam gorącą bo warto zaufać reżyserowi i dać się wciągnąć!

Podsumowanie roku 2009!



Kolejny rok właśnie minął. Mogę teraz pokusić się o małe podsumowanie tego co zostało zaproponowane czytelnikom komiksów przez ostatnie 12 miesięcy. Będzie to moja całkowicie subiektywna lista 10 rzeczy, które w jakiś sposób mnie zainteresowały lub zaintrygowały. Kolejność zupełnie przypadkowa, a więc zaczynam.


1. „Baśnie” od Egmontu. Najlepsza seria komiksowa regularnie wychodząca w naszym kraju. Szkoda jedynie, że były to tylko 2 tomy. Czytając chociażby „Marsz drewnianych żołnierzyków” marzy się o jeszcze większej ilości baśniowców na półce. W każdym razie trzeba się cieszyć z tego, że nie zanosi się na przerwanie wydawania. W tym miejscu chciałbym również pochwalić samo wydawnictwo. Poza wspomnianym tytułem udaje im się z powodzeniem ciągnąć jeszcze inne długie i ciekawe serie - Lucyfer (zapewne na fali Sandmana) i Hellblazer. Wprowadzili również całkiem nowe cykle, które ze względu na mniejszy format mają niższą cenę – XXwiekXXI, Sensacja, Science Fiction.

2. „Bez komentarza” od Kultury Gniewu. Chyba mój typ na komiks roku. Niemy komiks, gdzie bohaterowie posługują się piktografiami do komunikacji jest tak uderzająco brutalny i szczery do bólu, że tytuł mówi sam za siebie. Jak tylko odważę się znów po niego sięgnąć to będę chciał coś więcej napisać. Teraz trzeba uwierzyć mi na słowo.

3. „Death Note” od J.P.F. Ostatni seria mangowa w Polsce, którą chciałem mieć i przeczytać dobiegła końca. 12 tomów inteligentnego starcia młodych geniuszy – Kiry i L – mordercy w skórze policjanta i detektywa. Wartka akcja, która okraszona jest wyśmienitymi dialogami i zaskakującymi zwrotami a w to wszystko wplątani są bogowie śmierci. Oryginalny pomysł i bardzo dobre rysunki są przepisem na hit. Szkoda, że w zamian nie dostajemy nic równie ciekawego. J.P.F. zaczął wydawania kolejnego tasiemca po „Naruto” – „Bleach” ale to już nie moje klimaty. Coraz mniej ciekawych mang jak dla mnie.



4. „Star Wars Komiks” i „Fistaszki Zebrane”. Dwa projekty, które wystartowały w 2008 roku, a w kolejnym udowodniły, że ryzyko się opłaca. Egmontowi, za drugim podejściem do tematu, udało się stworzyć tani, regularny, dostępny w kioskach komiks dla szerokiej publiczności. Nasza Księgarnia natomiast zadeklarowała, że najwybitniejszy komiks gazetowy będzie publikowany dalej. Jest również szansa na częstsze ukazywanie się kolejnych tomów. Oby więcej takich ciekawych rzeczy w roku 2010 wszystkim życzę!


5. Manzoku. Najmniej przyjemne wydarzenie, czyli zastój w wydawnictwie, które dawało nadzieję na tani i dobry komiks z mainstreamu amerykańskiego. Szumne i odważne zapowiedzi skończyły się bardzo szybko a oczekujący fani zostali z niespełnionymi marzeniami. Na szczęście ten segment rynku, jako tako, próbuje zapełnić Mucha Comics, która po roku zapowiadania, w końcu wydała „Marvels” i wciąż nie rezygnuje z komiksów o superbohaterach.

6. Ekranizacja „Strażników” Alana Moore’a. Jeden z najlepszych komiksów w historii doczekał się wersji na dużym ekranie. Szczęśliwie, za reżyserię odpowiedzialny był Zack Snyder, który osobiście jest czytelnikiem historii obrazkowych. Wierność fabuły i klimatowi uszczęśliwiło większość wybrednych fanów, którzy obawiali się spłycenia wszystkich wątków na potrzeby szerokiej publiczności. Gwoli przypomnienia w zeszłym roku pojawił się również „X-Men origins: Wolverine”, czyli historia najpopularniejszego mutanta ze stajni Marvela.

7. „Bękarty Wojny” według Quentina Tarantino. Najnowszy film geniusza kinematografii. Pierwszy film w historii, który bierze wydarzenia z II Wojny Światowej i przerabia je po swojemu, bez patrzenia się na prawdy historyczne. Multum zabawy i mistrzowskie dialogi, z których Tarantino słynie. Spaghetti western gdzie nie do końca dobrymi są żydowscy żołnierze pod dowództwem Brada Pitta, a całkowicie złymi są niemieccy naziści na czele z pułkownikiem Hansem Landą (rewelacyjny Christoph Waltz). Brutalny, zabawny i inteligentny obraz, który zadowoli najwybredniejszych fanatyków współczesnego kina. Dla mnie najlepszy obraz roku, i faworyt do sporej liczby Oskarów® (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie).

8. Na koniec roku pojawił się jeszcze „Avatar”. Najnowsze dzieło wizjonera Hollywood – Jamesa Camerona. Prawdopodobnie najdroższy film w historii, który swoim rozmachem i epickością nie ma sobie równych pośród innych obrazów wykorzystujących połączoną animację komputerową z grą żywych aktorów. Film robi oszałamiające wrażenie, jednakże nie jest rewolucją, na jaką był zapowiadany. O samym filmie, więcej na blogu w niedalekiej przyszłości.

9. „Hurra” – KULT. Czternasty album długogrający legendarnej warszawskiej grupy. Już ponad 25 lat Kazik Staszewski za pomocą swoich tekstów i oryginalnej muzyki stara się opisywać rzeczywistość w naszej ciekawej ojczyźnie. Tym razem oddala się od polityki i skupia się na zmaganiach z religią i pokusami świata materialnego. Może trochę łagodniej, ale nadal najbardziej wyraziście spośród polskiego rockowego grania.

10. W 2009 ukazała się również wielka „Biała księga – czyli wszystko o wszystkich piosenkach Kultu”.
?Encyklopedia? Wiesława Weissa opisujący cały dorobek Kazika i reszty. 600 stron tekstów, zdjęć i wspomnień o niezliczonych utworach, które towarzyszą mi i wielu osobom od długiego już czasu. Gdy kiedyś zdołam przebrnąć przez nią w całości to również podzielę się wrażeniami.

Miniony rok był jak dla mnie bardzo udany. Trzeba się starać, aby rozpoczęty właśnie 2010 nie był gorszy. Życzę wszystkim kolejnych kilogramów świetnych komiksów i książek, miło spędzonych godzin w salach kinowych oraz smacznych spotkań ze znajomymi! Nie zapominajcie również o tym skromnym blogu!