Czas Świąt Bożego Narodzenia, Sylwestra a gdzieś tam w tle czai się mroczne widmo sesji. Dlatego w tym miesiącu znalazłem czas tylko na jeden wypad do kina. Wybór padł na "
.
Film rozpoczyna się od sceny przebudzenia z hibernacji Jacka Sully'ego, który na pokładzie promu kosmicznego zmierza na planetę Pandora. Po sześcioletniej podróży statek osiąga swój cel i ląduje w ludzkiej placówce na powierzchni. Brat Jacka zginął zaraz przed wylotem i musiał zostać zastąpiony w ostatniej chwili przez bliźniaka. Projekt przy, którym pracował zmarły, był wysoko zaawansowaną inicjatywą naukową mającą na celu zbadanie Pandory. Szybko zostajemy wprowadzeni w szczegóły misji razem z Jackiem i poznajemy nowy świat. Planetę zamieszkuje rasa obcych Na'vi, ludzie trafili tu podczas poszukiwań złóż cennego metalu i postanawiają rozwinąć działalność wydobywczą. Aktualna sytuacja jest dość napięta, gdyż jak łatwo się domyślić, jedni nie pozwolą niszczyć planety, drudzy nie zrezygnują z dużego zysku. Równolegle do działań kompani górniczej wspomaganej przez najemników, swoje cele realizuje też organizacja badaczy, którzy dążą do jak najgłębszego poznania Pandory i kultury jej ludu. Aby możliwie najbardziej zbliżyć się do tubylców, stworzono genetyczną hybrydę człowieka i Na'vi - tytułowego Avatara. Wyselekcjonowani naukowcy, dzięki skomplikowanym urządzeniom, łączą się z ciałem obcego i poruszają w nim podczas wypraw badawczych. Ponieważ każdy Avatar jest ściśle połączony z dawcą dna, Jack może być jedynym zastępcą bliźniaka, inaczej hybryda warta miliony byłaby bezużyteczna. Bohater szybko oswaja się z kierowaniem nowego ciała i już nie długo wyrusza na pierwsze misje. Podczas jednej z nich, musi uciekać przed dziką bestią i gubi się w lesie. Pozostawiony sam sobie nie ma szans na przeżycie w niebezpiecznym otoczeniu. Po zmroku, kiedy sytuacja staje się krytyczna i minuty dzielą go od pożarcia przez stado kosmicznych hien, ratunek przychodzi ze strony wojowniczki z plemienia Na'vi. Jack trafia przed oblicze wodza osady, który decyduje o przyjęciu go na szkolenie i naukę. Ekipa naukowców jest zachwycona posiadaniem swojego człowieka wśród tubylców, u samego źródła wiedzy o kulturze i obyczajach miejscowego klanu. Inne korzyści widzą w tym przemysłowcy i żołnierze z kompani wydobywczej, nakłaniając Jacka do szpiegowania i rozeznania się w silę Na'vi na wypadek starcia.

W tym miejscu pozostawmy bieg wydarzeń. Nie chcę oczywiście za dużo zdradzić ale prawda jest też taka, że scenariusz jest banalny do bólu! Mamy wojowniczego bohatera z ideałami, córkę wodza obcego plemienia, i co z tego wynika, wątek miłosny, dorzućmy jeszcze złego drania, który zrówna wszystko z ziemią dla osiągnięcia celu i mamy schematyczną opowieść jakich tysiące. Historia jest prosta jak dzida Na'vi a każda kolejna scena zdradza co będzie w następnej. Z jednej strony to źle, bardzo źle, gdyż nie tego się spodziewałem po produkcji Camerona. Z drugiej... to dobrze, gdyby widz miał poznawać nowe, bardzo rozbudowane i bogate uniwersum, jednocześnie śledząc wydumaną i zawiłą fabułę, wyszedł by dość niestrawny tytuł. Sam, mimo że wiedziałem co się stanie, nie nudziłem się ani chwili, a biorąc pod uwagę 160 minut trwania, to świetny wynik. W 2009 roku, jeszcze tylko "
Bękarty wojny" nie spowodowały nerwowego wiercenia się w oczekiwaniu na koniec seansu. Główna zasługa przypada tutaj niewątpliwie efektom specjalnym. Widziałem nowy "
Star Trek", "
Transformers" czy "
Zemstę Sith" ale to wszystko nic. Praca włożona w wizualną stronę Avatara jest porażająco wielka. Cały film stworzono w technice blue-box, czyli aktorzy grali w pustym pokoju a reszta dodawana była później przez grafików. Wielkie przestrzenie, panoramiczne widoki to ledwo wstęp. Przyjrzyjcie się szczegółom! Ruch liści i wody, falowanie włosów czy choćby takie drobiazgi jak misternie wyszywane bransolety i naszyjniki. Całość została dopracowana w każdym, najdrobniejszym szczególe. Postacie Avatarów stworzono z obrobionych komputerowo twarzy aktorów, więc de facto przez większość filmu nie uświadczymy nawet jednego człowieka z krwi i kości. Ciekawe ile jeszcze czasu minie zanim takie rozwiązanie całkowicie wyprze aktorów z filmów i zastąpi ich rzeszą informatyków w studio, a Oscar będzie przyznawany najlepszemu animatorowi. Patrząc jak starych gwiazdorów ubywa a młodych-zdolnych jak na lekarstwo, to może i dobrze. Dodam jeszcze, że seans był w wersji 3D, gdzie dzięki czarodziejskim okularkom świat Pandory dosłownie wlewał się do sali kinowej a głębia dodawała realizmu renderowanemu obrazowi. Idąc do kina powinniście taką właśnie opcję wybrać, później już tak nie odczujecie magii 3D na kinie domowym.

Prosty scenariusz i zachwycające efekty tworzą razem wciągającą mieszankę będącą świetną rozrywką. Ale osobiście uważam, że to co kradnie serce w tym filmie to uniwersum, w którym dzieje się akcja. Pandora posiada niesamowicie rozwiniętą florę, przypominającą gigantycznie rozrośnięte lasy tropikalne z niezliczoną ilością krzaczków i kwiatów, które po zmroku wydzielają fluorescencyjną poświatę. Wśród kosmicznej fauny rozpoznamy wariacje na temat hieny, konia, nosorożca czy dinozaurów. Szczegółowe dopracowanie i odniesienie do ziemskich gatunków daje tym roślinom i stworom dużą dozę realizmu i wiarygodności. W takich warunkach żyje plemię Na'vi. Przeszło trzy i pół metrowe istoty o niebieskiej skórze przypominają Indian z domieszką plemion Afryki i magii voodoo. Ich historia i wierzenia oddają cześć sile natury i jej równowadze. Cały ekosystem jest powiązany siecią przypominającą układ nerwowy, w którym płynie czysta moc natury odczuwana we wszystkich jej aspektach. Każdy organizm może połączyć się z nią za pomocą czegoś na wzór wiązki synaps i scalić się w jedność. Duża część filmu to swoiste National Geographic w świecie Pandory. Na tym tle, dokładne i funkcjonalne projekty ludzkich maszyn to tylko miły dodatek. Mam nadzieje, że jeżeli James Cameron nie pokusi się o sequel, to chociaż umożliwi powrót na planetę w jakimś programie stylizowanym na paradokument przyrodniczy.
Film stara się poruszyć kilka kwestii jak niszczenie środowiska naturalnego, dążenie do zysku za wszelką cenę czy dewastacja unikalnych kultur bez próby ich zrozumienia. Również kapsuły umożliwiające przeniesienie się do ciała Avatara zdają się zahaczać o problem życia w wirtualnej przestrzeni, jako ktoś inny, i zacieraniu granicy między rzeczywistością a fikcją. Niemniej, obraz ledwo zaznacza te kwestię a głównie koncentruje się na bieżących wydarzeniach. Dla mnie przygody Jacka i plemienia Na'vi to kwintesencja kina przygodowego i zarazem podróż w uwodzący świat Pandory. Rozmach i jakoś efektów wyznaczają nowy standard a, jak na Camerona przystało, finał jest równie monumentalny jak zatonięcie Titanica. Polecam gorącą bo warto zaufać reżyserowi i dać się wciągnąć!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz