
Frank Miller jest chyba ulubieńcem Egmontu, skoro co kilka miesięcy pojawia się jego kolejny komiks. Ostatnio w edycji Mistrzów Komiksu opakowanej w twardą okładkę z kredowym papierem i formatem większym niż amerykańskie B5. Czytelnicy również muszą to czytać, innego wyjścia nie ma. Jeżeli chodziłoby tu o coś porównywalnego z serią Sin City, zupełnie by mi to nie przeszkadzało. Gorzej, że dostajemy drugo- albo nawet trzeciorzędne prace.
"Hard Boiled" było właśnie tego typu, słabszym komiksem. Jednakże wartym zapoznania, ze względu na wyśmienite rysunki Geofa Darrowa. "Bug Guy i Rusty Robochłopiec" jest powrotem tego duetu. Tym razem jednak, Miller świadomie tworzył historię tylko aby Darrow mógł się wykazać swoim kunsztem rysowniczym. Znów dostajemy hiper-szczegółowe obrazki, w większości składające się z całych plansz. Możemy zaobserwować każdy papierek i każdy wybity ząb walający się na ulicy. Nie ma nieznaczących plam, wszystko ma swoje zaplanowane miejsce. Komiks, który należy otworzyć i podziwiać.
Historia, jak już wspomniałem, jest bez znaczenia, lecz i w niej da się wyłapać pewne plusy. Miller stworzył pastisz kina grozy z wielkimi potworami. W japońskiej stolicy, w czasie szalonego eksperymentu, budzi się do życia przerażające monstrum, które chce zawładnąć całą ludzkością. Jedynym ratunkiem jest mały robocik, najnowocześniejsza myśl japońskiej techniki. Jednakże kiedy ten sobie nie radzi z pomocą przybywa amerykański wojownik - Big Guy. I zaczyna się jeszcze większa jazda.
Miller kpi sobie z dumy, patosu, pompatyczności, wielkiego patriotyzmu superbohaterów. Wkłada w usta bohaterów wielkie słowa o wolności, odwadze i dumie. Nawet zły stwór, w czasie pochodu zniszczenia, głośno przemawia o swojej potędze. Opisy narratora również nacechowane są emocjami i niepewnością co się dalej stanie. Wszystko, mimo że zrobione świadomie, tworzy niezbyt przyjemną lekturę, która męczy. Niby jest to wyśmianie amerykańskiego podejścia do patriotyzmu i dumy, jednakże mi dość szybko się znudziło. Gdyby nie rysunki, to nie doczytałbym tego do końca. A i one w pewnym momencie zaczęły być strasznie powtarzalne.
Komiks raczej jedynie dla fanów starego kina akcji i Godzilli. Do tego bardzo krótki, raptem 40 stron to dość mało jak na mistrzowski tytuł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz