Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

poniedziałek, 27 lipca 2009

Anioły i Demony


W połowie maja, do kina trafiła druga ekranizacja prozy Dana Browna. Poprzednia - "Kod Da Vinci" - wywarła na mnie mieszane uczucia. Niby była wartka akcja, porządni aktorzy i ciekawy pomysł, jednakże całość była przesiąknięta zbyt dużą dozą głupoty, jak na obraz wywołujący kontrowersję swoim tematem. W przypadku "Aniołów i Demonów" jest niestety podobnie.

Przy premierze książki, na autora lały się gromy od zażartych katolików. W czasie kręcenia filmu, Watykan zabronił ekipie wjazdu na swoje terytorium. Literackiego pierwowzoru nie czytałem uznając że znudzi mnie tak jak "Kod Leonarda da Vinci", ale samo obejrzenie filmu wystarczyło by się niezmiernie dziwić postawie Stolicy Apostolskiej. Już sam początek wskazuje, że obraz jest z gatunku science-fiction-action i należy zawarte w nim tezy brać z przymrużeniem oka. Jednakże nie ja tam rządzę i się nie znam.

Wracając do filmu. Zrealizowała go ta sama ekipa co wspominanego poprzednika, z reżyserem Ronem Howardem na czele, oraz Tomem Hanksem w roli naukowca-detektywa prof. Roberta Langdona. Za muzykę, której ja jakoś nie doceniłem w czasie seansu, odpowiada Hans Zimmer, czyli koleś od wielkich hitów. Od strony technicznej "Anioły i Demony" prezentują się znakomicie. Jak już wspominałem nie mogli kręcić zdjęć w prawdziwym Watykanie, więc,jak to Amerykanie, postanowili wszystko odtworzyć na planie. Nie byłem tam nigdy, ale i tak wydawało mi się wszystko bardzo realistyczne. Przepiękne ujęcia kościołów i Bazyliki Św. Piotra oraz wąskich ulczek Rzymu robią wrażenie.


Toma Hanksa cenię jako aktora, ale w tym filmie nie stworzył jakieś wybitnej roli, na szczęście też nie 'odwalił' fuszerki. Inni aktorzy również nie wybijali się ponad przeciętność całego filmu. Ewan McGregor i Ayelet Zurer próbowali czasami wnieść trochę aktorskiego polotu ale bez większych efektów. Mi najbardziej podobała się rola dowódcy Gwardii Szawjcarskiej - Richtera - granego przez Stellana Skarsgårda. Do końca nie wiadomo po której stronie stoi.


Na początku wspomniałem o głupocie tego obrazu. Szczęście w nieszczęściu jest to, że poznajemy ją na samym początku, więc w dalszej części można o niej już zapomnieć lub lepiej ją przyswoić. Piszę tutaj o >Bombie antymaterii<. Z centrum badawczego CERN zostaje skradziony pojemnik z wygenerowaną przed chwilą antymaterią - cząstkami, które w kontakcie ze zwykła materią generują wielkie ilości energii i tym samym wielki wybuch, tak jak przy początku świata. Złodziejem okazuje się być starożytna organizacja Iluminatów - zgromadzenie naukowców, którzy byli przeciwko wąskiemu myślenia Kościoła. Po 400latach postanowili się zemścić za śmierć ich czterech członków, porywając tuż przed konklawe czterech głównych kanydatów na papieża. Przy okazji wykorzystując najnowszą zdobycz nauki - antymaterię. Po takim wstępie następuję dynamiczna podróż po Watykanie. Poznajemy historię Iluminatów, wiele teorii na ich temat i kilka mroczniejszych sekretów Kościoła. Udajemy się do tajnych Archiwów, ktore przypominają te "Z Archiwum X". Bardzo przyjemnie się patrzy na niewidoczny dla zwykłych oczu przygotowania do konklawe i same głosowanie.

Film jako rozrywka sprawdza się całkiem nieźle, choć przypuszczam że nie zabraknie ludzi wierzących w zawarte w książce pseudo-badawcze brednie. Jeżeli macie ponad dwie godziny czasu, na rozluźnienie można obejrzeć. W sumie chyba trochę lepsze niż "Kod Da Vinci".

Brak komentarzy: