Dlaczego i po co?

Stworzyłem tego bloga przede wszystkim dla siebie. Aby pisać o wszystkim na co mam ochotę. Zdaję sobie sprawę że nie posiadam zbyt dużych umiejętności, ale właśnie tutaj będę próbował to zmienić.
Pewnego dnia dołączył do mnie mój kumpel, i od tamtej pory razem "tworzymy".

sobota, 21 lutego 2009

Przygody TinTina #6

Przed zakupem wydania zbiorczego Egmontu, o Tintinie wiedziałem tylko tyle że istnieje. Komiksu nie czytałem, serialu animowanego i filmów nie widziałem. Wszędzie chwalony, i uważany za najpopularniejszy europejski komiks postanowił po niego sięgnąć. Wybrałem tom 6 (stalowy), który składa się z przygód numer 15, 16 i 17. W latach 50, kiedy powstawały te komiksy, seria była już u szczytu popularności, a sam Hergé doszlifował swoje umiejętności, czyli teoretycznie kupiłem esencję Tintina.

Samo wydanie jest bardzo dobre. Oryginalnie przygody były publikowane w formacie A4, tutaj zostały pomniejszone do trochę większego od A5. Bynajmniej to nie przeszkadzało mi w czytaniu dużej ilości tekstu w chmurkach. Twarda okładka, miejscami lakierowana i ładny grzbiet robią wrażenie. W środku wysokiej jakości papier kredowy i 192 strony obserwowania przygód młodego dziennikarza i jego pieska. To wszystko za 39zł wydaje się niezbyt wygórowaną ceną, choć oczywiście mogło być o te 9zł tańsze, i wtedy dużo chętniej kupiłbym resztę integrali.


Jeśli chodzi o terść to chyba nie jest tak fajnie jak się spodziewałem z początku, ale po kolei.

Pierwszą przygodą jest "Tintin w krainie czarnego złota". Z niewyjaśnionych przyczyn benzyna wykorzystywana w samochodach i zapalniczkach wybucha i nie nadaje się do użytku. Tintin z Milusiem i dwójka policjantów Tajniak & Jawniak wyruszają do pewnego arabskiego kraju, który eksportuje cenny surowiec. Po serii niefortunnych zdarzeń i potyczek z przeciwnikami oraz rozpieszczonym bachorem bohaterom udaje się rozwiązać zagadkę.

Od razu rzuca się w oczy mocno uproszczony rysunek, który bardzo przypomina mi dokonania Mariana Walentynowicza w "Koziołku Matołku". Bynajmniej nie jest to wada, gdyż mimo prostoty jest on bardzo ładny i czytelny, a wszystkich bohaterów bez problemów da się rozróżnić. Najwięcej traci tło - bardzo ubogie w szczegóły, którym zazwyczaj jest goła ściana lub niebo. Nic nie wystaje poza ramki, które zawsze są prostokątne, nie ma także żadnych większych kadrów, a wszystko rozgrywa się w czterech wierszach na stronie. Hergé w zależności od tempa akcji zmniejsza lub wydłuża kadry. I tak gdy TinTin sprawdza czy ktoś jest w pokoju, rzucając w okiennice kamykami mamy 3 wąskie kadry, oraz dwa nad sobą w jednym wierszu. Natomiast podróżując przez pustynie, ramki są dłuższe, jedynie 3 w wierszu dzięki czemu czujemy długość podroży przez piaszczystą pustkę.



Czytając tę historię, miałem frajdę ze względu na humor, którego jest pod dostatkiem. Zazwyczaj polega on na przypadkowych upadkach lub zderzeniach z innymi. W czasach gdy w ludziach największy śmiech wzbudza goła dupa wystawiona przez okno jadącego samochodu, miło się ogląda takie niewinne sytuacje. Sama historia ma się odnosić do sytuacji z okresu lat 50, jednakże jakoś nie przywiązywałem do tego większej uwagi. Skupiłem się na akcji, której jest sporo. Nawet pewne niewiarygodne sytuacje, jak przetrwanie przez Tintina wybuchu flar w zamkniętym pomieszczeniu, nie są w stanie zepsuć całego dobrego wrażenia. Mimo wszystko odbieram "Przygody Tintina" jako komiks realistyczny, z małym dodatkiem wydarzeń mało prawdopodobnych.


Kolejne dwie części - "Kierunek Księżyc" i "Spacer po Księżycu" - tworzą spójną całość. Pierwsza opowiada o próbnej rakiecie mającej zrobić unikalne zdjęcia ciemnej stronie ziemskiego satelity. W drugiej, misją jest lądowanie ludzi na Księżycu. Pod względem graficznym nie różnią się od poprzedniej za bardzo. Rysownik dużo częściej korzysta z większych ramek na prawie całą stronę. Znalazła się nawet całostronicowa plansza ze schematem rakiety, która zabierze bohaterów w kosmos.

Scenariusz natomiast bardzo mnie rozczarował. Z komiksu można się dowiedzieć jak ludzie w latach 50. patrzyli na podbój kosmosu, jednakże cała historia jest strasznie dziecinna. Hergé robi krótkie wykłady na temat energii atomowej i sile przyciągania ale w żaden sposób nie pomaga to akcji, która w tych częściach jest dość powolna. Dużo gadaniny o kosmosie, rakietach i jakimś domniemanym spisku. Na początku mamy pokazane procedury zabezpieczające bazę, w której są przeprowadzane badania nad podbojem kosmosu, i przez co muszą przejść TinTin z kapitanem Baryłką, aby się do niej dostać. Następnie nie widomo jak i w sumie po co, przysłani zostają bliźniaczy policjanci. Większość historii zajmują sytuacje, w których Kapitan skarży się na swój pech i niemożność dogadania się profesorem Lakmusem. I tak jak w przygodzie w Arabii było to śmieszne, to tutaj jest tego stanowczo za dużo i szybko zaczyna nużyć.


Nawet gdy wspomniany spisek, zostaje wytropiony, to po pierwszej nieudanej próbie powstrzymania go, zapomina się o niebezpieczeństwie i nie ma ono wpływu na przebieg akcji. Dopiero pod koniec pierwszej części, dowiadujemy się że jest plan w takim wypadku. Dyrastyczny, choć nikt nie rozpacza, że nie podjęto lepszej prewencji. W ostatniej historii jest bardzo podobnie. Znów niezbyt dużo akcji w kadrach, a dużo wyjaśniania jak i dlaczego to się wydażyło. Liczba nieprawdopodobnych sytuacji wzrasta wraz z odrywaniem kolejnych pasażeró na gapę w rakiecie (sic!).

Tak jak pierwsza przygoda mi się podobała i wciągnęła, tak dwie kolejne strasznie się wlokły i nie mogłem doczekać się końca. Nastąpiło w nich przeładowanie identycznych żartów i nic nie wnoszących dialogów. W kązdym razie każdy powinien zapoznać się z tą serią i wyrobić sobie własne zdanie. Ja na resztę tomów się raczej nie skuszę w najbliższej przyszłości. Jedynie, który zakupię będzie zbiorcze wydanie pierwszych dwóch przygód młodego dziennikarza - "TinTin w kraju Sowietów" i "TinTin w Kongo" - tom niebieski.

Brak komentarzy: