Stało się. Po wielu latach plotek i szeptów, film aktorski na podstawie znakomitej i bardzo popularnej mangi stał się faktem. Co lepsze, zawitał nawet do polskich kin. Jedynym minusem umniejszającym radość z tej produkcji było to, że został zrobiony przez Amerykanów ze studia Fox, a nie Japończyków. Choć nie wiadomo czy zrobiłoby to dużą różnicę.Już pierwsze zdjęcia i trailery dawały do zrozumienia, że wybitnym dziełem ten film nie będzie. Poza tym rozczarowały całą rzeszę oddanych fanów, gdy okazało się że główny bohater - Son Goku - nie będzie miał swojej bujnej czupryny, a Genialny Żółw - skorupy na plecach. Mimo tego wszystkiego, postanowiłem wybrać się na seans. Będąc odpowiednio przygotowany (kilka piw przed) i nie spodziewając się za wiele przeżyłem srogi zawód.
Pierwsze 10/15 minut nawet dało się przełknąć i zgodziłem się na zupełnie inny świat, w którym istnieją magiczne kule spełniające życzenia. Jest dużo bardziej przekonywujący niż gdyby po ulicach chodziły różnego rodzaju człekopodobne zwierzęta. Jednakże od pojawienia się Yamchy (Joon Park, mogliby jakiegoś ładniejszego azjatę znaleźć) film przestał być zupełnie interesujący. Jak chwilę wcześniej Muten Roshi (Yun-Fat Chow) był śmieszny tak od tej chwili za każdym razem robił te same miny przy zbieraniu energi KI. Zaczęła się jakaś pogoń za Smoczymi Kulami (w polskim tłumaczeniu 'Dragonballami'), która nie przynosiła niczego ciekawego. Można było jedynie przyjrzeć się kobiecym bohaterkom i tak Bulma (Emmy Rossum) jest niezbyt udanym wcieleniem słodkiej i rozpieszczonej panikary. Chi Chi (Jamie Chung) też nie przypomina swojego pierwowzoru, choć tutaj przynajmniej jest na co popatrzeć. Justin Chatwin jako Goku, nie wypadł tak źle, choć mógłby popracować nad mimiką, gdyż jego groźne spojrzenia i miny raczej bawiły widzów. Natomiast główny oponent - Piccolo - to już chyba efekt lenistwa i skąpstwa ekipy. Założyli Jamesowi Marstersowi jakąś czarną kamizelkę, która niby jego mięśnie miała imitować. Dobrze, że chociaż głowę miał zieloną.
Sądziłem też, że jeżeli film będzie kiepski to przynajmniej popatrzy się na efektowne sceny walk. Niestety tutaj kolejne rozczarowanie. Przed decydującym pojedynkiem z Piccolo nie zawiele ich uraczymy. A nawet finałowe starcie w niczym nie przypomina Dragon Balla. Została wykonana jedna Kamehameha, do tego w jakiś dziwny sposób, z wyskokiem. Poza tym w samej historii została tak namieszane fakty znane z anime i mangi, że czasami płakać się chciało. Dla ludzi lubiących oryginał jest to rzecz na jedno obejrzenie a dla reszty polecam trzymanie się z tego jak najdalej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz