Scenariusz: Tom Weitch
Rysunek: Cam Kennedy
Wydanie: TM-Semic 1997
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce... rebeliancki oddział TM-Semic wydał komiks "Star Wars: Mroczne Imperium". Tytuł trafił na rynek w 1997 roku z okazji 20-lecia kinowej premiery "Nowej nadziei". Na całość składa się sześć części, u nas wydanych w trzech zeszytach. Numer pierwszy został wydany w sztywniejszej okładce i na papierze, który choć trochę cienki, nadal trzyma biały kolor. Kolejne części to już typowa dla TM-Semica "żółta gazetówka" i co gorsze, miększa okładka (przynajmniej za niższą cenę). Polskie wydanie nie uniknęło pomyłek. Znalazłem kilka błędów liternictwa gdzie pomylono końcówki, bądź całe wyrazy (np.'próbowania' zastąpiono 'porównania'). Najbardziej jednak irytowało tłumaczenie. Niektóre zdania są przełożone fatalnie! Nie mają ani sensu ani składni, co niesamowicie wkurza i rozprasza podczas czytania. Chmurki pełne są beznadziejnych zwrotów w stylu: 'droid łowca-zabójca', 'baza Pinnacle/iglica' czy choćby 'X-płatowiec' zamiast X-wing. Kwestie tracą także sens, gdy bohaterowie poruszają sprawę jasnej i ciemnej strony mocy oraz walki między nimi - wychodzi z tego zwyczajny bełkot (chyba, że tak było w oryginale, w co wątpię patrząc na całokształt pracy tłumacza).
Scenariusz:
Historia rozgrywa się po wydarzeniach znanych z klasycznej trylogii filmowej. Imperium ponownie reorganizuje swe siły, aby zadać Rebelii cios ostateczny. Atak przeprowadzony z zaskoczenia pozwala na zajęcie centrum galaktyki - planetę Coruscant. W odpowiedzi Rebelia przeprowadza kontratak pod dowództwem Luke'a Skywlakera i Lando Carlissiana. W trakcje bitwy statek z bohaterami rozbija się na powierzchni planety. Czytelnik dołącza do wydarzeń w momencie, gdy Leia i Han Solo wraz z Chewbaccą ruszają na misję ratunkową poczciwym Sokołem Millenium. Szybko udaję się odnaleźć Lando i resztę załogi z statku. Nigdzie nie ma natomiast śladu Skywalkera. Kiedy oddział ratunkowy zostaję zaskoczona atakiem imperialnego wojska, w ostatniej chwili pojawia się Luke. Od czasu wydarzeń z Bitwy o Endor (Epizod VI) stał się on potężnym rycerzem Jedi. Jednym ruchem ręki powala na ziemię ogromny transporter opancerzony AT-AT i ratuje przyjaciół z opresji. Leia szybko wyczuwa, że z bratem dzieje się coś niedobrego. Skywalker nakazuje wszystkim opuścić planetę i uciekać, gdyż przeczuwa nadciągające zło. Na niebie pojawia się potężna burza Mocy, która niszczy wszelkie pojazdy i żołnierzy stojących jej na drodze. Luke dobrowolnie się jej poddaje i pozwala pochłonąć wiedząc, że jest to jedyna droga do poznania nowego wroga. Pozostali bohaterowie docierają szczęśliwie do tajnej bazy rebeliantów, jednak Leia martwi się o brata i nie może sobie darować pozostawienia go samego na Coruscant. Okazuje się, że dotychczasowe ataki tylko odwróciły uwagę Rebelii od prawdziwego przeciwnika. Niczego nieświadoma, nie zauważyła potęgi rosnącej w głębokim jądrze galaktyki. Teraz owa siła ujawniła się wysyłając na planetę Mon Calamari niszczycieli planet - Dewastatory. Potworne maszyny wsysające powierzchnie i przerabiające ją, w ogromnych piecach, na myśliwce i inne uzbrojenie.
Powyżej opisałem zaledwie połowę pierwszego zeszytu. Dla zachęt mogę jeszcze dodać, że Dewastatory nie są jedyną super bronią jaką dysponuje tajemniczy wróg Rebelii a Han Solo znów spotka się z Boba Fettem. Największą niespodziankę przynoszą jednak losy Luke'a Skywalkera i jego nieuchronna konfrontacja z Ciemną Stroną.
Rysunek:
Rysunki Cama Kennedy'ego są absolutnie MOCarne! Charakterystyczne jest zastosowanie w ramce odcieni jednej barwy. I tak na przykład sceny rozgrywające się w kosmosie są nakreślone morską zielenią w różnych odcieniach. Kiedy bohaterowie trafiają na księżyc Nar Shaddaa, dominuje jasna zieleń i kilka jej ciemniejszych tonów, które kontrastują z prawie czarnym tłem. Walki rozgrywające się na wodnej planecie Mon Calamari to całe spektrum niebieskiego i granatu. Osobiście podobają mi się również sceny w ciemnych trzewiach statków kosmicznych, gdzie dominującą barwą jest czerwień bijąca z ekranów komputerów pokładowych. Często sposób rysowania zdradza malarskie korzenie artysty, choćby planety wypełniane są plamami farby w kilku odcieniach zieleni i wyraźnie widać chlapnięcia pędzla.
Przejdźmy teraz do samego kroju rysunków. Wygląd postaci przywodzi na myśl komiksy science-fiction z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Bohaterowie charakteryzują się dość topornymi sylwetkami o szerokich ramionach i pieńkowatych nogach. Twarze z kościstymi policzkami i wydatnymi szczękami pozwalają rysownikowi na grę cieni, w której wydają się jeszcze ostrzejsze i posępniejsze. Jedynie Leia mogłaby być bardziej kobieca i mieć smuklejszą twarz - rysunek kobiet nie jest mocną stroną Kennedy'ego. Hana i Luke'a rozpoznamy bez problemu, reszta bohaterów też raczej nie nastręcza trudności w identyfikacji.
Oddzielną sprawą są szkice pojazdów, których całe mnóstwo przewija się przez strony komiksu. Autor nie tylko dokłądnie odwzorował znane wszytskim jednostki jak Sokół Millenium, fregata Nebulon-B czy niszczyciele Imperium ale stworzył zupełnie nowe maszyny, które weszły na stałe do kanonu Gwiezdnych Wojen - myśliwce E-Wing, Tie/D, wspomniane wcześniej Dewastatory oraz przemytnicze Starlight Intruder i Hyperspace Marauder.
Klimat prac oddaje brud i śmietnik jaki panuje w galaktyce ogarniętej wojną. Dookoła walają się szczątki rozbitych jednostek, odpadki i inne świnstwa. Ulice są pełne podejrzanych postaci i niebezpiecznych zakamarków. Stworzony w komiksie obraz diametralnie odbiega od tego co pokazywały filmy. Nie ma tu sterylnie czytsych miast i statków, a wszytsko jest ciemne i nieprzyjazne obcym.

Moc w tym komiksie jest silna. Przygoda, w której uczestniczą bohaterowie, może nie zachwyca epickością, ale za to tworzy obraz mrocznej galaktyki wobec której, nawet najwięksi herosi są bezsilni. Całości dopełniają genialne prace rysownika. "Dark Empire" jest obowiązkową pozycją z Expanded Universe dla każdego zainteresowanego tematem Star Wars. Warto rozważyć zainwestowanie w wersje oryginalną (pojedyńcze zeszyty lub wydanie zbiorcze) aby pominąć niedoróbki i błędy wydania polskiego.
Ciemna i Jasna strona w znakomitym wydaniu.
Recenzja Dark Empire II
Rysunek: Cam Kennedy
Wydanie: TM-Semic 1997
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce... rebeliancki oddział TM-Semic wydał komiks "Star Wars: Mroczne Imperium". Tytuł trafił na rynek w 1997 roku z okazji 20-lecia kinowej premiery "Nowej nadziei". Na całość składa się sześć części, u nas wydanych w trzech zeszytach. Numer pierwszy został wydany w sztywniejszej okładce i na papierze, który choć trochę cienki, nadal trzyma biały kolor. Kolejne części to już typowa dla TM-Semica "żółta gazetówka" i co gorsze, miększa okładka (przynajmniej za niższą cenę). Polskie wydanie nie uniknęło pomyłek. Znalazłem kilka błędów liternictwa gdzie pomylono końcówki, bądź całe wyrazy (np.'próbowania' zastąpiono 'porównania'). Najbardziej jednak irytowało tłumaczenie. Niektóre zdania są przełożone fatalnie! Nie mają ani sensu ani składni, co niesamowicie wkurza i rozprasza podczas czytania. Chmurki pełne są beznadziejnych zwrotów w stylu: 'droid łowca-zabójca', 'baza Pinnacle/iglica' czy choćby 'X-płatowiec' zamiast X-wing. Kwestie tracą także sens, gdy bohaterowie poruszają sprawę jasnej i ciemnej strony mocy oraz walki między nimi - wychodzi z tego zwyczajny bełkot (chyba, że tak było w oryginale, w co wątpię patrząc na całokształt pracy tłumacza).Scenariusz:
Historia rozgrywa się po wydarzeniach znanych z klasycznej trylogii filmowej. Imperium ponownie reorganizuje swe siły, aby zadać Rebelii cios ostateczny. Atak przeprowadzony z zaskoczenia pozwala na zajęcie centrum galaktyki - planetę Coruscant. W odpowiedzi Rebelia przeprowadza kontratak pod dowództwem Luke'a Skywlakera i Lando Carlissiana. W trakcje bitwy statek z bohaterami rozbija się na powierzchni planety. Czytelnik dołącza do wydarzeń w momencie, gdy Leia i Han Solo wraz z Chewbaccą ruszają na misję ratunkową poczciwym Sokołem Millenium. Szybko udaję się odnaleźć Lando i resztę załogi z statku. Nigdzie nie ma natomiast śladu Skywalkera. Kiedy oddział ratunkowy zostaję zaskoczona atakiem imperialnego wojska, w ostatniej chwili pojawia się Luke. Od czasu wydarzeń z Bitwy o Endor (Epizod VI) stał się on potężnym rycerzem Jedi. Jednym ruchem ręki powala na ziemię ogromny transporter opancerzony AT-AT i ratuje przyjaciół z opresji. Leia szybko wyczuwa, że z bratem dzieje się coś niedobrego. Skywalker nakazuje wszystkim opuścić planetę i uciekać, gdyż przeczuwa nadciągające zło. Na niebie pojawia się potężna burza Mocy, która niszczy wszelkie pojazdy i żołnierzy stojących jej na drodze. Luke dobrowolnie się jej poddaje i pozwala pochłonąć wiedząc, że jest to jedyna droga do poznania nowego wroga. Pozostali bohaterowie docierają szczęśliwie do tajnej bazy rebeliantów, jednak Leia martwi się o brata i nie może sobie darować pozostawienia go samego na Coruscant. Okazuje się, że dotychczasowe ataki tylko odwróciły uwagę Rebelii od prawdziwego przeciwnika. Niczego nieświadoma, nie zauważyła potęgi rosnącej w głębokim jądrze galaktyki. Teraz owa siła ujawniła się wysyłając na planetę Mon Calamari niszczycieli planet - Dewastatory. Potworne maszyny wsysające powierzchnie i przerabiające ją, w ogromnych piecach, na myśliwce i inne uzbrojenie.
Powyżej opisałem zaledwie połowę pierwszego zeszytu. Dla zachęt mogę jeszcze dodać, że Dewastatory nie są jedyną super bronią jaką dysponuje tajemniczy wróg Rebelii a Han Solo znów spotka się z Boba Fettem. Największą niespodziankę przynoszą jednak losy Luke'a Skywalkera i jego nieuchronna konfrontacja z Ciemną Stroną.
Rysunki Cama Kennedy'ego są absolutnie MOCarne! Charakterystyczne jest zastosowanie w ramce odcieni jednej barwy. I tak na przykład sceny rozgrywające się w kosmosie są nakreślone morską zielenią w różnych odcieniach. Kiedy bohaterowie trafiają na księżyc Nar Shaddaa, dominuje jasna zieleń i kilka jej ciemniejszych tonów, które kontrastują z prawie czarnym tłem. Walki rozgrywające się na wodnej planecie Mon Calamari to całe spektrum niebieskiego i granatu. Osobiście podobają mi się również sceny w ciemnych trzewiach statków kosmicznych, gdzie dominującą barwą jest czerwień bijąca z ekranów komputerów pokładowych. Często sposób rysowania zdradza malarskie korzenie artysty, choćby planety wypełniane są plamami farby w kilku odcieniach zieleni i wyraźnie widać chlapnięcia pędzla.
Przejdźmy teraz do samego kroju rysunków. Wygląd postaci przywodzi na myśl komiksy science-fiction z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Bohaterowie charakteryzują się dość topornymi sylwetkami o szerokich ramionach i pieńkowatych nogach. Twarze z kościstymi policzkami i wydatnymi szczękami pozwalają rysownikowi na grę cieni, w której wydają się jeszcze ostrzejsze i posępniejsze. Jedynie Leia mogłaby być bardziej kobieca i mieć smuklejszą twarz - rysunek kobiet nie jest mocną stroną Kennedy'ego. Hana i Luke'a rozpoznamy bez problemu, reszta bohaterów też raczej nie nastręcza trudności w identyfikacji.
Oddzielną sprawą są szkice pojazdów, których całe mnóstwo przewija się przez strony komiksu. Autor nie tylko dokłądnie odwzorował znane wszytskim jednostki jak Sokół Millenium, fregata Nebulon-B czy niszczyciele Imperium ale stworzył zupełnie nowe maszyny, które weszły na stałe do kanonu Gwiezdnych Wojen - myśliwce E-Wing, Tie/D, wspomniane wcześniej Dewastatory oraz przemytnicze Starlight Intruder i Hyperspace Marauder.
Klimat prac oddaje brud i śmietnik jaki panuje w galaktyce ogarniętej wojną. Dookoła walają się szczątki rozbitych jednostek, odpadki i inne świnstwa. Ulice są pełne podejrzanych postaci i niebezpiecznych zakamarków. Stworzony w komiksie obraz diametralnie odbiega od tego co pokazywały filmy. Nie ma tu sterylnie czytsych miast i statków, a wszytsko jest ciemne i nieprzyjazne obcym.
Moc w tym komiksie jest silna. Przygoda, w której uczestniczą bohaterowie, może nie zachwyca epickością, ale za to tworzy obraz mrocznej galaktyki wobec której, nawet najwięksi herosi są bezsilni. Całości dopełniają genialne prace rysownika. "Dark Empire" jest obowiązkową pozycją z Expanded Universe dla każdego zainteresowanego tematem Star Wars. Warto rozważyć zainwestowanie w wersje oryginalną (pojedyńcze zeszyty lub wydanie zbiorcze) aby pominąć niedoróbki i błędy wydania polskiego.
Ciemna i Jasna strona w znakomitym wydaniu.
Recenzja Dark Empire II
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz